Praskie metro skrywa wielką tajemnicę – istnieje stacja o której mało kto wie. Jedno jest natomiast pewne – nikt nie ma do niej wstępu. Wszystko co tajemnicze budzi jednak ciekawość. Czechofil sprawdza dla Was. co się kryje za żelazną bramą na Klárově.
Wnętrze stacji w roku 2000
Był 2002 rok, powódź w Pradze. Niektóre stacje metra zostają zalane. Między innymi i ta, o której istnieniu mało kto wiedział. Powstało pytanie: co robią służby porządkowe za żelaznymi wrotami, co się tam znajduje?
Stacja była budowana w latach 1952-1959. Żeby robotnikom nikt nie zaglądał na budowę, przestały nawet kursować tramwaje między Klarovem a Mostem Czecha. Zaczęto się zastanawiać czy budowano wtedy prawdziwą stację praskiego metra czy był to kamuflaż do czegoś zupełnie innego. Żelazna brama znajduje się wszak naprzeciwko Strakově akademii, siedziby władzy, która w latach 70-tych służyła obronie cywilnej. Co się za bramą skrywa?
Z długiego holu rozpościera się widok na tunele i korytarz, który sklepieniem przypomina dzisiejszą stację metra Kobyliska. Niestety tunele są ślepe, ale ich budowa mogła wskazywać na to, że miały tędy jeździć składy metra. Dzisiaj obiekt ten służy jako centrum techniczne praskiego metra.
Budowla przypomina stację metra, jednak budowana była w czasach, gdy nawet nie istniała koncepcja praskiego metra – powiedział kierownik archiwum metra Pavel Fojtík.
Smaczku tej historii dodaje fakt, że cała dokumentacja danego obiektu jest ściśle strzeżona w praskich archiwach.
Mimo przesiedleń po II wojnie światowej, w zachodniej części kraju przetrwała silna wspólnota niemieckojęzyczna. Dziś jej kultura powoli zamiera. Ale ci, którzy tam jeszcze są, patrzą na te kilkadziesiąt lat współżycia z Czechami bez cienia goryczy i żalu.
Pavel Schreiber
Na 3 mln ludności jedynie około 150 tys. czeskich Niemców uniknęło po wojnie przesiedlenia. Większość z nich to byli niezbędni do pracy robotnicy, bez których zbankrutowałyby znacjonalizowane położone przy granicy fabryki. Wśród tych, którzy zostali byli również rolnicy – oni nie mogli być przesiedleni, ponieważ Niemcy, kraj kompletnie zniszczony, nie był w stanie przyjąć do siebie wszystkich.
Powrót do roku 1948. Przegrody z drutów kolczastych na granicach zaczęły dzielić Zachód i Wschód. Zakończył się okres przesiedleń. Wydawać by się mogło, że rodzina Berthy Růžičkovej nigdy nie opuści Czechosłowacji. Widziała, jak wyjechała połowa jej sąsiadów. Niemców została zaledwie niewielka mniejszość w Czechosłowacji, odtąd etniczne homogenicznej.
„Wszyscy wyjechali i zostaliśmy tu sami. Przyzwyczailiśmy się do życia razem i nagle nastała cisza”, mówi Bertha, przypominając sobie epokę, gdy z dnia na dzień, zaczęła przynależeć do narodowej mniejszości. „To uczucie bycia obcym u siebie było okropne. Już nic więcej nie należało do nas”.
Ale niegdysiejsi mieszkańcy Rudaw i nowi przybysze, pochodzący z centrum kraju, przestali nagle być jedni dla drugich obcymi. Warto również dodać, że przyczynił się do tego także rozkwit historii miłosnych, które ignorują przecież granice narodowe. „Mój mąż mówił po czesku, a ja mu odpowiadałam po niemiecku. Nie bardzo pojmowaliśmy to, co do siebie mówimy, ale, aby się zrozumieć, niepotrzebne nam były słowa. To dopiero dużo później nauczyłam się od niego czeskiego”, mówi, śmiejąc się, Bertha Růžičková.
W Polsce panuje moda na Czechy. Ale Czechom trudno przełamać stereotyp Polaka: biedaka, awanturnika, oszukującego handlarza, nieroba. Dlaczego nas nie lubią? O tym w felietonie Bernadetty Waszkielewicz z wprost.pl
Kierowcy ostrzegają się przed wyjazdami do Czech: weź z sobą komplet żarówek i bezpieczników. Czeski policjant dokładnie cię sprawdzi, znajdzie każdy brak i wlepi mandat nawet 2000 zł!
Po części to drogowe mity, jednak sporo osób z Czech wywozi złe wspomnienia. O swoich sąsiadach piszą, że to „smutny i nieuprzejmy naród. W Pradze udają, że nie rozumieją, co się do nich mówi po polsku. Lepiej rozmawiać po angielsku”.
Polaków w Czechach nazywa się pogardliwie handlarzami, jak my kiedyś ludzi ze Wschodu na naszych bazarach. Kiedy runęła żelazna kurtyna, ówczesny minister finansów Václav Klaus obawiał się, że wykupimy towary z czeskich sklepów. Straszył wręcz, że przemytnicy wywiozą do Polski wszystkie czeskie jajka.
Ta żywnościowa wojenka utrzymuje się do dziś. Czesi zarzucają naszym firmom, że sprzedają produkty niskiej jakości. A przez Czechy od czasu do czasu przetacza się fama o trującej polskiej żywności. Kiedy w zeszłym roku wybuchł skandal z metanolem sprzedawanym z Czechach jako markowy alkohol, próbowano znaleźć polski wątek afery. Czeski dziennik „Lidové Noviny” doniósł, że metanol mógł pochodzić z Polski. – Momentalnie wszystkie czeskie media rzuciły to na pierwszą stronę – wspomina Witold Kożdoń, cieszyński dziennikarz „Dziennika Zachodniego”.
Komentarze Polaków pod newsami były ostre: „Czesi są perfidni. Niedawno podawali, że zanieczyszczone powietrze pochodzi z Polsko, niedługo rozgłoszą, że ten syf płynący Odrą pod Ostrawą też. Za komuny, gdy mieli braki cukru na rynku, też pisali, że Polacy go wykupują. Kiedy jadę na zachód Europy, to wybieram tranzyt przez Słowację i omijam szerokim łukiem ten nadęty naród”.
Odpowiedzi też były mocne: „My, Pepiki, mamy skodiczkę, dobre piwo, wspaniałe metro, czyste pociągi, mamy superszybkie Pendolino, zabytki, o których wy marzycie. A wy, Polaczki, co macie? Metro? Buhahaha. Wszędzie śmierdzi, bród, bieda, obdrapane budynki, jeść na mieście strach. Straszna ta Polska. Nie chlejcie tyle wódki, tylko tak jak my – do pracy!”.
Czesi w domu, ale też nawet i w pracy nie wyobrażają sobie życia bez kapci. Odwiedzając znajomych w ich domach, nie wypada wejść w butach, trzeba zdjąć buty i przyjąć kapcie od gospodarza domu.
Gospodynie nie chcą by ktokolwiek brudził i rysował butami ich świeżo umytą podłogę. Już lepiej widziana jest dziura w skarpetce gościa, niż niezdjęcie przez niego butów. Niegdyś buty zostawiało się przed drzwiami. Sąsiedzi z uśmiechem na twarzy liczyli pary butów i wiedzieli jak liczną grupą nas odwiedzono. Teraz jednak na buty polują różni złodzieje i bezpieczniej jest zostawić swoje buty od Bat’y w przedpokoju.
Zdejmowanie butów często jest uważane jako relikt z doby socjalizmu. Biada tomu maluchowi, który zapomniał wziąć ze sobą do szkoły buty na zmianę. Nauczycielki pilnowały czy uczniowie zmieniali buty niczym stróż budowy. Zwyczaj ten przeniósł do do domowych gospodarstw – adidasy zmieniano na ciepłe kapcie.
Inni z kolei o przymus noszenia kapci w gościach oskarżają Tomasza Batę, który w latach dwudziestych zaczął produkować i sprzedawać za grosze różnego rodzaju kapcie. Intensywna kampania reklamowa obiegła całą republikę, każda czeska stopa chciała zażyć wygody jaką obiecywał Tomasz.
Milý je dárek, papučí párek,Noha v teple, nemoc v pekle.Spíš než tretky, dětem trepky.Hned se nám to lépe učí, když vklouzneme do papučí.
Zmienianie obuwia miało swój rozkwit w latach sześćdziesiątych, gdy masowo stawiano socjalistyczne bloki. Wieżowce powstawały szybciej niż chodniki wokół nich. Konieczność zdjęcia brudnego obuwia i zmiana na ciepłe kapcie była nieunikniona. W tych czasach, gdy ktoś szedł w odwiedziny do znajomych, niósł ze sobą kapcie w torbie. O tych czasach najlepiej opowiada film Panelstory (Panelstory aneb Jak se rodí sídliště) z 1979 roku.
Wydawało by się, że wpływ amerykańskich seriali na czeską kulturę będzie znaczny i Czesi niczym Amerykanie zaczną siedzieć podczas wizyty u znajomych w butach – nic podobnego! Zwyczaj nakładania kapci u Czechów jest wciąż żywy – uczą się go młodzi i praktykują starsi. Aby się o tym przekonać wystarczy obejrzeć choć jeden odcinek programu Prostřeno! w którym zobaczymy, że czeski zwyczaj „rozbuwania się” (tutaj pokłon w stronę mieszkańców Białegostoku) jest wciąż żywy.
Dzisiaj przypadają 665. urodziny Uniwersytetu Karola w Pradze (Univerzita Karlova v Praze) Został założony 7 kwietnia 1348 przez króla Czech Karola IV Luksemburskiego i jest najstarszym uniwersytetem w Europie Środkowej.
Uniwersytet zorganizowano na wzór paryskiej Sorbony. Jedno z kolegiów dla polskich i litewskich studentów zostało ufundowane przez królową Polski Jadwigę. Znaczącą rolę w dziejach uniwersytetu odegrali husyci, których przywódca Jan Hus był tutejszym wykładowcą i rektorem.
W 1882 uniwersytet podzielono na dwa odrębne uniwersytety: czeski i niemiecki. Uniwersytet niemiecki, funkcjonujący pod nazwą Karl-Ferdinands-Universität, w 1921 został przeniesiony do Liberca. W 1920 uniwersytet czeski otrzymał obecną nazwę. W 1939 został zamknięty, a w jego miejsce utworzono uniwersytet niemiecki, który funkcjonował pod nazwami: najpierw Deutsche Karls-Universität in Prag, a następnie Frontuniversität. W 1939 podczas protestu studentów i w jego wyniku Niemcy zabili kilku studentów a 1200 wywieźli do Sachsenhausen. W 1945 został zamknięty (obecnie kontynuuje swoją działalność w Monachium jako Collegium Carolinum) i reaktywowano uniwersytet czeski.
Aktualnie uniwersytet kształci 1/6 wszystkich czeskich studentów na 17 wydziałach studiów (625 kierunków):
nauki społeczne i humanistyczne, w tym prawo, filologia, dziennikarstwo itp.
nauki przyrodnicze wraz z matematyką i informatyką
nauki medyczne w tym również farmacja.
W 2009 roku na praskim uniwersytecie studiowało ponad 61 tys. studentów, z czego ponad 7 tysięcy to obcokrajowcy. Uniwersytet Karola może się poszczycić najniższym bezrobociem wśród swoich absolwentów – tylko 1,6 proc. Praska uczelnia zatrudnia ponad 12 tys. pracowników.
Najbardziej znanymi absolwentami Uniwersytetu Karola w Pradze są:
Projekt znaczka pocztowego z podobizną nowego prezydentem Czeskiej Republiki Miloša Zemana jest już gotowy. W przyszłym tygodniu ruszy druk dziesięciu milionów znaczków.
Jeśli ktoś nie może się doczekać, aby polizać podobiznę nowego prezydenta, musi poczekać do 24. kwietnia –wtedy dopiero znaczki będą dostępne w sprzedaży. Zamiast ceny 10 koron, nadrukowana będzie litera A.
Jeśli ktoś chciałby wysłać pocztówkę z Pragi do Warszawy, będzie musiał nakleić dwóch Zemanów. Przyjemność lizania lica nowego Prezydenta będzie podwójna.
Zeman nie był wybredny jeśli chodzi o wybór wzoru ze swoją podobizną. Spodobał się mu już pierwszy projekt Břetislava Janíka, artysty Czeskiej Poczty. Poprzedni prezydent tak bardzo marudził, że ostatecznie wydrukowano trzecią wersję klausowych znaczków.
Ulubionymi znaczkami Czechów były te z T. G. Masarykem oraz z Václavem Havlem. Te drugie wyprzedały się na pniu i były takie sytuacje, że klienci ich po prostu nie mogli dostać na żadnej poczcie. Znaczki z Klausem nie miały takiego powodzenia i do tej pory zalegają na poczcie. Obowiązywać będą dalej, bo zdejmowanie ich z obiegu jest nieekonomiczne.
Republika Czeska szesnaście lat temu zaczęła przyzwyczajać się do nowego tworu jakim się stały centra handlowe. Pierwsza galeria powstała w Pradze w 1997 roku. Dzisiaj w całych Czechach działa już 99 galerii i będą powstawać nowe. Sen z powiek handlowcom spędza kwestia przyciągnięcia klientów do swych sklepów.
Centrum handlowe Pallaium w Pradze
Wszystkie centra handlowe zajmują powierzchnie ponad dwóch milionów metrów kwadratowych. W przeliczeniu na jednego Czecha wychodzi 0,25 m2. Chociaż centrów handlowych przybywa, liczba klientów jest stała. Właściciele nowych galerii stają na głowie, aby klienci przyszli właśnie do nich. Organizowane są pokazy mody, targi z żywnością ekologiczną czy koncerty.
Znana marka Czechom już nie wystarczy, bardziej niż metka liczy się dla Czechów cena. Żadna wyprzedaż czy przecena nie ujdzie uwadze Czechom. Polowanie na okazje stało się nowym sportem narodowym Republiki Czeskiej. Za okazjami Czesi jadą nawet do Niemiec. Niemieckie galerie zatrudniają Czechów w swoich sklepach aby klienci z Republiki mogli czuć się lepiej i kupić więcej.
Szybki rozwój centrów handlowych zmienia życie społeczne miast. Śródmieścia się wyludniają a życie towarzyskie przenosi się do galerii. Zjawisko to dotyczy przede wszystkim Ostrawy, Opawy czy Ústí nad Labem. Mniejsze sklepy upadają, reszta przedsiębiorców walczy o przetrwanie.
Zły wpływ centrów handlowych na tkankę miejską widzą nie tylko socjologowie. Mieszkańcy Pilzna dzięki swym protestom zatrzymali budowę centrum handlowego za 3 miliardy koron w miejscu zburzonego domu kultury. Również politycy dostrzegają negatywną rolę centów handlowych. Ugrupowanie ČSSD chce wprowadzenia zakazu handlu podczas siedmiu świąt państwowych, np.: w poniedziałek wielkanocny czy 1. i 8. maja. W dniu Wigilii sklepy miałyby być otwarte krócej. ODS jest przeciwko – patria uważa, że taka ustawa to byłby zamach na swobodę wolnego handlu. Dalsza przyszłość ustawy pozostaje na razie niejasna.
Czeski Senat w poniedziałek skierował przeciwko prezydentowi tego kraju skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Wśród pięciu zarzutów znajdują się: ogłoszona przez Vaclava Klausa amnestia połączona z abolicją wobec największych przestępców gospodarczych, opóźnienia w podpisywaniu umów międzynarodowych, w tym z Unią Europejską i lekceważenie treści zapisów w konstytucji.
We wtorek sędziowie Trybunału Konstytucyjnego zakwestionowali główny zarzut Senatu wobec Klausa, dotyczący ogłoszonej w styczniu amnestii. Według Senatu amnestia była niezgodna z konstytucją. Tymczasem sekretarz generalny TK Ivo Pospiszil poinformował, że sędziowie zdecydowali, że „nie będą zajmować się amnestią ogłoszoną przez prezydenta, bo Klaus ogłaszając ją nie naruszył czeskiej konstytucji”. Pospiszil dodał, że decyzja sędziów w tej sprawie nie była jednomyślna, a posiedzenie było burzliwe. Czterech z 12 sędziów, w tym przewodniczący Trybunału Pavel Rychetsky, było odmiennego zdania.
Nie oznacza to jednak, że sędziowie odrzucili całkowicie wniosek Senatu o impeachment prezydenta. Senatorowie zarzucili bowiem Klausowi nie tylko naruszenie konstytucji w związku z amnestią, ale także „lekceważenie treści ustawy zasadniczej”. Chodzi o to, że – zdaniem Senatu – prezydent nie podpisywał uchwał zatwierdzonych przez obie izby parlamentu, nie podpisał paktu fiskalnego i złamał konstytucję, nie mianując nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Pospiszil powiedział, że Trybunał zajmie się tymi zarzutami „w najkrótszym możliwym terminie” i wyda orzeczenie „najprawdopodobniej w marcu”.
Kadencja Klausa kończy się w najbliższy czwartek. Gdyby prezydent został uznany za winnego, groziłaby mu utrata prezydenckiej emerytury i prawa do kandydowania w przyszłości w wyborach.
Za wypędzenia i przymusowe wysiedlenia Niemców sudeckich z Czechosłowacji po II wojnie światowej przeprosił „byłych współobywateli” premier Czech Petr Neczas. Kancelaria ustępującego prezydenta Vaclava Klausa uznała, że przeprosiny te są „szokujące” – podaje „Gazeta Wyborcza”.
Strona czeska żałuje, że zarówno w wyniku powojennych wygnań, jak i przymusowych wysiedleń sudeckich Niemców z ówczesnej Czechosłowacji, wywłaszczania i odbierania obywatelstwa przyczyniono się do wielu cierpień i krzywd niewinnych ludzi, także biorąc pod uwagę zbiorowy charakter przypisywania winy – powiedział Neczas w czasie wizyty w Monachium (premier Czech przemawiał w bawarskim parlamencie). Neczas zwrócił się do Niemców słowami: „Drodzy rodacy i byli współobywatele”. Neczas podkreślił też, że niemieckojęzyczni obywatele Czech wnieśli swój wkład w „gospodarczy i kulturalny rozwój czeskich terenów w całej ich historii”.
Premier Czech zaznaczył jednocześnie, że „czasu nie da się cofnąć” w związku z czym Niemcy nie mogą liczyć na zwrot majątków na terenie Czech, które odebrano im po wojnie decyzją władz komunistycznych.
Słowa premiera wywołały oburzenie czeskich komunistów, którzy zażądali natychmiastowej dymisji szefa rządu. Z kolei Kancelaria Prezydenta ostrzegła, że słowa Neczasa mogą „otworzyć drzwi na roszczenia majątkowe sudeckich Niemców”.
Premiera najnowszego filmu Agnieszki Holland była połączona z wystawą dotyczącą Jana Palacha, która została udostępniona w holu Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie (wystawa będzie dostępna dla każdego do dnia 12 marca). Po przemówieniu pani reżyser oraz przedstawicieli Czeskiego Centrum tłum licznie ruszył w kierunku gmachu Auditorium Maximum na Krakowskim Przedmieściu. Seans się rozpoczął…
Akcja tego trzyczęściowego obrazu rozpoczyna się 16 stycznia 1969 roku na Placu Wacława w Pradze. Czechosłowacja od pół roku znajduje się pod okupacją wojsk Układu Warszawskiego. Tego dnia student wydziału filozofii praskiego uniwersytetu, Jan Palach, oblał się benzyną, a następnie podpalił. Zostawił po sobie list, w którym wyjaśnił, że uczynił to w akcie protestu przeciwko ograniczeniu swobód obywatelskich i jako formę walki z okupacją. To, co widzimy później, to reperkusje, jakimi ten czyn odbił się na życiu i działalności innych. Obserwujemy zmagania matki i brata Jana z tragedią i komunistyczną propagandą. Przyglądamy się funkcjonowaniu czeskiej bezpieki, która musi ustalić, czy Palach działał sam, do tego zdyskredytować go i powstrzymać jego naśladowców. Widzimy studentów, dla których Jan stał się symbolem, i prawników walczących o sprawiedliwość i dobre imię Palachów przed wymiarem sprawiedliwości, który ze sprawiedliwością ma niewiele wspólnego.
To, co zobaczyłem zabrało mi dech w piersiach. Wydarzenia tamtego okresu pokazane były tak realistycznie i naturalnie. Od pierwszej wylanej na siebie przez Palacha kropli benzyny, aż do fragmentu kończącego pierwszą część serialu, byłem duchem i ciałem w roku 1969. Wcześniej bardzo interesowałem się postacią Jana Palacha, który został ogłoszony przez Czechów bohaterem. Dla kogoś kto dopiero tę historię zobaczy, film ten będzie niewątpliwie bardzo wzruszającym przeżyciem. Widzimy obraz rozpaczy matki Palacha, gdy dowiaduje się o jego samospaleniu oraz jej łzy, gdy chowa syna w ziemi.
Jestem dopiero przed drugą i trzecią częścią (mam nadzieje, że zobaczę je już jutro), ale samo to, jak Holland opowiadała o tym filmie przekonuje mnie by skupić się nad dalszą częścią tej opowieści. Nie mogę doczekać się, żeby zobaczyć tłumy Czechów protestujących przeciwko obecnemu systemowi i oddających hołd Palachowi.
Agnieszka Holland
Po sensie przyszedł czas na rozmowę z reżyser, młodym scenarzystą Stepanem Hulikiem oraz konsultantem historycznym filmu. W czasie zbierania materiałów do filmu, brat Jana Palacha, Jiří, udostępnił producentom wszelkie rodzinne zdjęcia i dokumenty sprawiając, że obraz o młodym Czechu jest bardziej realistyczny. Niektóre sceny filmu kręcone były w prawdziwym domu Palacha, który został odnowiony ze względu na zdjęcia do filmu (obecnie dom jest w stanie ruiny). Wnuczka matki Palacha, gdy zobaczyła aktorkę grającą swoją babcię, rozpłakała się. Okazało się, że aktorka ta jest nie tylko bardzo podobna fizycznie ale również przypomina matkę Palacha w gestach. Udało się również dotrzeć do dziewczyny Palacha, jednak ta po kilku próbach nawiązania kontaktu odmówiła rozmowy.
Reżyserka zapytana o przyjęcie filmu w Republice Czeskiej opowiedziała, że Czesi na nowo zaczęli interesować się swoją historią. Młodzi zaczęli pytać rodziców o to jak im się żyło w tym okresie. Sam obraz został przyjęty niezwykle emocjonalnie, widzowie płakali i rzucali się sobie w ramiona. Nie będzie też tajemnicą, jeśli powiem, że podczas wczorajszego seansu wielu widzów miało mokre od łez oczy.
Sam scenarzysta, który nie skończył nawet 30 lat, a o wydarzeniach ze stycznia 1969 roku mógł wyczytać w prasie i w książkach historii, uparł się, żeby opowieść o Palachu nie kręcił żaden czeski reżyser. Czesi swoją historię przedstawiają pogodniej, łagodzą wrogów i upiększają fabułę. Wybrano Agnieszkę Holland. Młodzi, bo dwudziestokilkuletni chłopcy przyjechali do Holland pociągiem i poprosili ją o pomoc w realizacji filmu. Holland, gdy ich zobaczyła, zdziwiła się, co „takie dzieciaki” u niej robią. Czytając scenariusz stwierdziła: „dlaczego taki młody głupek pisze tak bardzo mądre scenariusze!”.
Współpraca ułożyła się nadzwyczaj świetnie, o czym będziecie się mogli przekonać już 3 marca, gdy na kanale HBO zostanie wyemitowany pierwszy odcinek „Gorejącego Krzewu”
Nie posiadających tego kanału a mieszkających w stolicy zapraszam 6 marca na projekcję drugiej i trzeciej części filmu do auli Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego.
14 lutego to nie tylko konsumpcyjne święto wszystkich zakochanych. To także ważny dzień w historii Republiki Czeskiej. Tego oto dnia amerykańskie lotnictwo pomyliło Pragę z Dreznem i zbombardowało piękną stolicę Czech…
Prawie sześćdziesiąt amerykańskich samolotów B-17, lecących z angielskiej bazy zrzuciło w Środę Popielcową ponad sto pięćdziesiąt ton bomb na zaludnione dzielnice Pragi (między innymi Radlice, Vyšehrad, Zlíchov, Karlovo náměstí, Nusle, Vinohrady, Vršovice i Pankrác). Łącznie zginęło 637 osób (inne źródła mówią o 701 ofiarach), a 1184 zostały ranne. Dwieście domów i historycznych zabytków zostało zniszczonych (Emauzský klášter, Faustův dům, Vinohradská synagoga), a bez schronienia pozostało 11 tys. mieszkańców ówczesnej Pragi. W miejscu zniszczonego budynku stoi dzisiaj Tańczący Dom. Nalot nie zniszczył żadnej ważnej fabryki.
Emauzský klášter po bombardowaniu
Strona amerykańska kilkakrotnie potępiła atak, jednak nie dało się udowodnić, że atak przeprowadzony był przypadkowo. Niektórzy historycy twierdzą, że Praga mogła posłużyć jako alternatywny cel ataku, gdyż nie było już sensu bombardowania pobliskiego Drezna. Inni z kolei bronią Amerykanów tłumacząc, że warunki atmosferyczne tego dnia były niekorzystne. Piloci nie widzieli miasta z góry, a Wełtawę pomylili z Łabą przepływającą przez Drezno.
Na nieszczęście w czasie ataku niemieckie lotnictwo, które miało za zadanie bronić strategicznych celów przed nalotami, było w opłakanym stanie. Ponadto większość strażaków wyjechała pomagać zaatakowanemu dzień wcześniej Dreznu. Osłabiona Praga była łatwym celem ataku. Alarmy przeciwlotnicze były częste, ale prażanie nie brali ich na poważnie. Myśleli, że ich miasto jest bezpieczne.
Podczas działań wojennych Praga była celem jeszcze kilku ataków. 15 listopada 1944 roku zaatakowano elektrownię miejską Holešovice. Z kolei 25 marca 1945 roku celem bombardowań był Libeň,Kbely i Vysočany. W tym ataku zginęło 235 osób, a powodem ataku miało być udaremnienie produkcji narzędzi do niemieckiej bomby atomowej (cyklotron) przez zakład Marconi Radioslavia Vysocany. Podczas Powstania Praskiego w maju 1945 roku toczono również walkę o siedzibę czechosłowackiego radia.
Dokładnie 20 lat temu 8 lutego 1993 po raz pierwszy w czeskich portfelach pokazała się korona czeska. Po rozpadzie Czechosłowacji najpierw obowiązywała unia monetarna i wspólna waluta korona czechosłowacka. Na federalnych banknotach umieszczono czeskie lub słowackie znaczki, później każde z państw drukowało własne banknoty. Federalne monety po rozpadzie unii obowiązywały w obu państwach, dopóki nie wyprodukowano wystarczającej ilości nowych monet.
Produkcja jednego banknotu 1000 Kč kosztuje około jednej korony. Wyprodukowanie banknotu 5000 Kč to koszt dwóch koron. W sumie po całej Republice Czeskiej krąży ponad 350 milionów banknotów.
Czeskie banknoty produkowane są na specjalnym papierze, który się składa z czystej bawełny oraz kolorowych włókien. Na początku było to głównie włosie zwierząt. Dziś przy produkcji banknotów używa się specjalnych składników, a według specjalistów czeskie banknoty są jednymi z najlepiej zabezpieczonych na świecie.
Większość podróbek jest bardzo słaba. Fałszywy banknot można odróżnić od prawdziwych gołym okiem. Z racji świetnych zabezpieczeń nie zdarzały się w ostatnich latach fałszerstwa banknotów – mówi Pavel Hanták, rzecznik Jednostki ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej.
Ochronne znaki mają również monety. Wybija się je w Czechach, ale niektóre produkty do ich wyrobu są przywożone zza granicy. 1-, 2-, 5 – koronę dostarcza królewska mennica z Llantrisant w Anglii. 10-, 20- oraz 50-koronę otrzymujemy od niemieckiej formy Saxonie – informuje Miroslav Vítek z Mennicy Czeskiej.
Specjalne maszyny w mennicy są w stanie wyprodukować w ciągu jednej sekundy trzynaście 10-koronek. W ciągu 24 godzin jest wytwarzanych 150 tys. monet. Czeskie monety podobają się za granicą. 50-korona została wyróżniona tytułem Moneta Roku 1994.
Czeskie monety mogą mieć sporą wartość. W sklepach numizmatycznych 10-korona z 1993 roku kosztuje ponad 15 tys. koron.
Zaczęło się od dewastacji. Nieznani sprawcy zniszczyli pomnik gen. Šnejdárka w Czeskim Cieszynie. Podejrzenia padły na Polaków. Dlaczego? Bo wszyscy tam wiedzą, że dla Polaków mieszkających na Zaolziu, Šnejdárk to „zbrodniarz wojenny”, na którego rozkaz żołnierze strzelali do cywilów. Teraz policja przesłuchuje wiec polskich działaczy, a do urzędów trafiają donosy na naszych rodaków – alarmuje ”Rzeczpospolita”.
Do dewastacji jego pomnika doszło przed Bożym Narodzeniem. Na nagrobku Šnejdáraka na szczycie góry Polední wandale namalowali czerwonym sprayem swastykę. Dla mieszkających za Olzą Czechów to cios. Generał jest bowiem ich bohaterem, który w 1919 roku odzyskał z rąk Polaków część Śląska Cieszyńskiego. Dlatego są oni przekonani, że sprawcami zniszczeń są Polacy.
Tamtejsza policja przesłuchała już w tej sprawie prezesa Kongresu Polaków w Republice Czeskiej Józefa Szymeczka. Zamierza też wezwać wszystkie osoby, które do tej pory publicznie wypowiadały się w sprawie pomnika gen. Šnejdárka.
Wiceprezes Kongresu Polaków, mieszkający w Wędryni Rudolf Moliński, zastanawia się, skąd nowe napięcie w stosunkach polsko-czeskich na Zaolziu. Jego zdaniem mogła się do tego przyczynić kolejna rocznica starć z 1919 roku. – My mieliśmy swoją uroczystość na cmentarzu w Stonawie, Czesi – na cmentarzu w Orłowej, gdzie z kolei pochowani są ich polegli w tamtych walkach żołnierze – mówi.
– Jest bardzo zła atmosfera, jakieś zaczepki, prowokacje. Dlaczego? Nie wiem, naprawdę tego nie rozumiem – podkreśla Józef Szymeczek. Nie chce o tym mówić, ale wiadomo, że donosy i żądania zwolnienia go z pracy trafiły i do jego czeskiego pracodawcy.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.