Przedsiębiorcy znaleźli sposób na otrzymanie zwrotu VAT bez zbędnych formalności – zakładają spółkę w Czechach, kupują auto, odliczają pełny VAT.
Dnia 1 kwietnia 2014 r. weszły w życie przepisy, które ograniczają pełne prawo do odliczenia podatku naliczonego przy nabyciu samochodów osobowych. Jeżeli właściciel będzie wykorzystywał auto tylko i wyłączenie do celów służbowych, będzie mógł liczyć na odliczenie 100%, gdy pojazd będzie używany zarówno służbowo, jak i prywatnie, odliczenie będzie możliwe tylko w 50%, przy czym jako użytek prywatny traktowany jest już powrót autem z miejsca pracy do domu.
Jak informuje Tygodnik Biznes i Prawo, nowe zasady odliczania VAT, jak by się mogło wydawać, wcale nie są korzyścią dla właścicieli firm. Konieczne jest prowadzenie tabel, w których wykazywać się będzie cele podróży. Przedsiębiorcy zgodnie podkreślają, że byłoby to duże obciążenie i jest to nieopłacalne, a na wynajęcie osoby odpowiedzialnej za to ich nie stać.
Rynek nie znosi próżni, przedsiębiorcy znaleźli więc obejście niekorzystnych przepisów. Lekarstwem i „rajem podatkowym” okazały się Czechy. Przepisy czeskiej ustawy o VAT pozwalają na odliczenie całego podatku zawartego w cenie nabytego samochodu, cenie paliwa i wydatkach eksploatacyjnych, a obywatel polski ma pełne prawo do założenia działalności gospodarczej jak czescy przedsiębiorcy, a co za tym idzie rozlicza się na podstawie przepisów obowiązujących w Czechach.
Jest też niestety drugie dno „czeskiego raju”. Optymalizacja ta, choć jest zachęcająca, może nie przynieść wymiernych efektów finansowych, ponieważ trzeba brać pod uwagę koszt i czasochłonność przedsięwzięcia. Właściciele firm chcący zarejestrować swoją działalność w Czechach powinni pamiętać, że bez znajomości tamtejszych przepisów prawnych i podatkowych bądź wynajęcia podmiotu załatwiającego formalności może to być dużym utrudnieniem.
10 tys. zł – tyle może kosztować leczenie ortodontyczne w Polsce. 2,5 tys. zł – tyle kosztuje ono na Słowacji. Mieszkańcy południowych województw coraz częściej wychodzą z założenia, że bardziej opłaca im się leczyć za granicą. „Jak do dentysty, ortodonty, ginekologa czy reumatologa, to tylko do Czech albo na Słowację” – mówią.
Martyna z Rzeszowa nie załapała się na darmowy aparat ortodontyczny. – Taki przysługuje dzieciom do ukończenia 12. roku życia, a moi rodzice zaniedbali sprawę. Kiedy w wieku 18 lat uświadomiłam sobie, że krzywe zęby to naprawdę duży problem, załamałam ręce nad cennikiem. 5 tys. za aparat na górę i dół, 200 zł za wizytę, których będzie pewnie z dziesięć, kolejne setki za odciski i tego typu sprawy. W sumie wyszło mi pod 10 tysięcy. Nierealne – wspomina w rozmowie z naTemat.
Dziś ma 20 lat i… aparat na zębach. Jak to możliwe? Kilka miesięcy temu znajomy polecił jej ortodontę w Svidniku, słowackim miasteczku odległym 100 km od Rzeszowa. Zadzwoniła, pojechała i dostała aparat za 2,5 tys. zł. – Za wizytę zapłaciłam 50 złotych. Teraz każdemu polecam, by nawet nie wybierał się do polskiego ortodonty – mówi.
Zęby po słowacku
Wiele podobnych historii można przeczytać na lokalnych forach internetowych. Najczęściej wymienia się dwa miasta: Bardejov i Svidnik. Padają ceny, w zależności od typu aparatu od 1,2 tys. do 2,5 tys. zł (na dwie szczęki). „Faktem jest, że w Svidniku można założyć aparat za połowę ceny i jest możliwość rozłożenia na raty bez odsetek. Moja znajoma tam jeździ, kiedyś byłem z nią i okazało się, że niby Słowacja, a pacjenci sami Polacy” – pisze jeden z internautów.
W rozmowie z naTemat te słowa potwierdza asystentka popularnego wśród Polaków ortodonty ze Svidnika, Mariana Hutnana. – Mamy bardzo dużo pacjentów z Polski. Przyjeżdżają, często po kilka osób za jednym razem. Nie muszą zjawiać się tu często. Co kilka miesięcy mają wizyty kontrolne. Chyba i tak wychodzi taniej, bo aparat na dwa łuki, góra i dół, kosztuje u nas 2,2 tys. zł. W Polsce, z tego co mi wiadomo, tyle trzeba zapłacić za jeden łuk – mówi nam łamaną polszczyzną.
Ślązak leczy się w Czechach
Popularnym kierunkiem turystyki medycznej, w której przede wszystkim liczy się cena, są także Czechy. To już nie tylko ortodoncja. „Polska The Times” pisała dwa lata temu, że za wizytę u czeskiego stomatologa trzeba zapłacić 60 zł, podczas gdy u nas kosztuje ona 100 zł. Taniej jest też u reumatologa (60-70zł), urologa (80 zł) i ginekologa (80 zł). Takie ceny przyciągają.
– Ten kierunek Polacy obierają nie tylko ze względu na oszczędność. Do dobrych czeskich i słowackich klient jeżdżą też bogatsi pacjenci. Liczą na jakość – zwraca uwagę Marin Nowak, lekarz ortopeda, dyrektor departamentu medycznego Polskiego Stowarzyszenia Turystyki Medycznej.
Jak twierdzi, takie wyjazdy na leczenie nie ograniczają się wyłącznie do mieszkańców przygranicznych terenów. – Owszem, do Czech jadą przede wszystkim Ślązacy, a na Słowację mieszkańcy Podkarpacia, ale jeśli cena jest niższa, przyciąga nawet osoby z daleka. Ja na przykład słyszałem o osobach, które jeżdżą na Białoruś na operacje stawu biodrowego. Bo taniej.
Tania fuszerka kontro polska jakość?
Pytanie, czy niższa cena nie odbija się na jakości? To częsta wątpliwość obecnych i potencjalnych pacjentów, którzy wymieniają się przykładami fuszerek. „Niepotrzebnie usunął zęba”, „Źle nakleił aparat”, „Zaoszczędził na plombie” – piszą.
– Gdzieś trzeba ciąć koszty, więc jakość ustępuje miejsca cenie. Na przykład na wspomnianej Białorusi może i oferują operacje stawu biodrowego, ale nie jest to leczenie kompleksowe, bo nie ma już rehabilitacji. Dziwi mnie to tym bardziej, że właśnie Polska słynie z wysokiej jakości usług medycznych – podkreśla Marcin Nowak.
Rzeczywiście, co do polskiej jakości nie można mieć wątpliwości. Bo podczas gdy Polacy coraz śmielej uderzają do czeskich czy słowackich lekarzy, do naszych tłumnie walą Niemcy, Anglicy i Skandynawowie. Według danych Izby Gospodarczej Turystyki, co roku do polskich szpitali przyjeżdża ponad 300 tys. zagranicznych pacjentów. Co roku ta liczba wzrasta o 10-15 proc. – I znów chciałoby się powiedzieć: cudze chwalicie, swego nie znacie… – mówi ortopeda.
Źródło: natemat.pl
NFZ też płaci za zagraniczne leczenie
Polacy leczą się za granicą nie tylko w prywatnych gabinetach. Mogą robić to w ramach publicznej służby zdrowie, a więc za darmo. Zgodę na sfinansowanie takiego leczenia Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje tym, w przypadku których brakuje odpowiedniego sprzętu, czas oczekiwania jest zbyt długi albo po prostu danego świadczenia się nie wykonuje.
Od października 2013 roku każdy będzie mógł się leczyć w dowolnym kraju – zacznie obowiązywać dyrektywa o leczeniu transgranicznym. NFZ zwróci jednak pacjentom tylko równowartość kosztów, jakie za to samo leczenie ponieśliby w kraju.
Znacie Uloz.to? Uloz.to to mój ulubiony czeski portal. Oprócz tych informacyjnych oczywiście. Jest to czeski odpowiednik wrzuty.pl, z tą różnicą że czeski serwer umożliwia ściągnięcie każdego pliku bezpośrednio na komputer bądź smartfon. Właściciele portalu chcą jednak swą działalność zalegalizować, a zawartość serwisu wzbogacić o dodatkowe treści.
Wszystko zaczęło się od pomysłu na to, gdzie chować pliki, które nie weszły nam już na przepełniony dysk komputera. Coś, co miało służyć jak największa czeska chmura danych, przerodziło się w największy czeski serwer oferujący bezproblemowe ściąganie nielegalnych plików.
Do końca 2014 roku samowolka ta ma się skończyć. Właściciele serwisu marzą o tym, by Uloz.to przerodzić w największy czeski serwis VOD. Zaczęli już rozmowy z dostawcami treści. Tymi z Republiki Czeskiej jak również zza granicy. Wśród Czechów widoczna jest podobno potrzeba korzystania z dobrych jakościowo serwisów audio/video. Wzorem ma być amerykański Netflix, który za 160 koron oferuje nielimitowany i niczym nieograniczony dostęp do każdego filmu, który kiedykolwiek ukazał się na VHS i DVD.
Już istniejące serwisy VOD w Czechach nie są tak popularne jak Uloz.to z tego względu, że nie posiadają tak olbrzymiej bazy filmów jak nielegalny konkurent. Właściciele czeskiej Wrzuty policzyli, że Czesi są w stanie zapłacić 55 koron za dostęp do kinowych nowości w jakości SD oraz 70 koron za jakość HD.
Dla porównania konkurencyjne Voyo.cz oferuje prawie wyłącznie płatne materiały. Dostęp do setek filmów o seriali za 189 koron miesięcznie umożliwia ivio.cz. Problemem tych portali jest to, że mało kto o nich słyszał.
Czesi ponad życie kochają piwo oraz jedzenie. Wszak jedno idealnie komponuje się z drugim. Chociaż w Europie hula kryzys i obywatele bogatszych krajów zaczęli sami sobie przygotowywać posiłki, Czechom to się nawet nie śni. Trzy czwarte naszych południowych sąsiadów swój główny posiłek zjada w hospodzie.
Patrząc na dane zaprezentowane przez dziennik Dnes, jestem przekonany, że upodobania Czechów są głęboko zakorzenione w ich kulturze oraz świadomości. Pracując w Czechach nie wyobrażałem sobie, abym nie mógł zjeść o 12:00 w południe ciepłego obiadu w hospodzie. Często i bez skrępowania zapijałem go (w godzinach pracy) piwem. I to wszystko na koszt pracodawcy.
I chociaż firmy zatrudniające Czechów zaczęły oszczędzać na tzw. strawenkach, ruch w restauracjach nie zmalał. Czesi najchętniej w wyborze restauracji kierują się nie bliskością od zakładu pracy, ale ceną. Niektórzy przyznają też, że liczy się również szybkość obsługi. Ja ze swego doświadczenia wiem, że to badanie nie kłamie. Gdy jakość jedzenia w naszej hospodzie się zepsuła, jechaliśmy przez pół Ostrawy w poszukiwaniu kolejnej, serwującej smaczniejsze obiady. To nic, że przerwy było tylko 60 minut. Musiało starczyć na dojazd, podanie i zjedzenie dania oraz popicie go piwem. A jakże!
Gdzie jedzą Czesi a gdzie inni mieszkańcy Europy?
Czesi kochają stravenky!
Pobiera je aż 30 tysięcy pracodawców. Według portalu Lunchtime.cz, średnia wartość kuponu to 88 koron, tyle ile średnio kosztuje posiłek w hospodzie. Firmy drastycznie obniżyły wartość stravenek, tylko niektórzy przedsiębiorcy wydają bony o wartości przekraczającej sto koron.
Stravenky kochają też pracodawcy. Jest to najlepszy sposób na oszczędności. Jeśli damy pracownikowi 1000 koron premii, kosztuje to pracodawcę 1340 koron (z podatkami). Gdy wydajemy kupon jego całkowity koszt to 1190 kc. 70 procent Czechów zostawia kupony w hospodach. Tyle samo Słowaków zostawia bony w sklepach spożywczych.
Kochał piękne kobiety, picie piwa z przyjaciółmi, był koneserem uroków zwyczajnego życia. Rodacy ciągle mają mu za złe ugodową politykę wobec komunistycznych władz. Jeden z najwybitniejszych czeskich pisarzy, Bohumil Hrabal, skończyłby 28 marca 100 lat.
Bohumil Hrabal urodził się 28 marca 1914 w Brnie. Był dzieckiem nieślubnym, dopiero w wieku sześciu lat przyznano mu nazwisko ojczyma. We wczesnym dzieciństwie wychowywany był przez dziadków w Brnie na Morawach, potem wraz z matką i ojczymem przenieśli się do Nymburka. Razem z nimi mieszkał stryj Pepin czyli Josef Hrabal – żołnierz armii austro-węgierskiej w I wojnie światowej, bohater wielu książek siostrzeńca.
Mały Hrabal w drodze do szkoły (pierwszy z prawej).
Przyszły pisarz studiował prawo w Pradze, a podczas wojny pracował najpierw jako układający tory robotnik kolejowy, by awansować później (jak jego bohater z „Pociągów pod specjalnym nadzorem”) na dyżurnego ruchu. Studia ukończył w 1946 roku, nie pracował jednak w zawodzie, bo zgodnie z ówczesną polityką komunistycznych władz intelektualiści mieli zajmować sie pracą fizyczną. Hrabal pracował w hucie w Kladnie, co stało się dla niego inspiracją do napisania debiutanckiego zbioru opowiadań „Perełka na dnie”. Po wypadku, jakiego doznał w hucie, został sortowaczem makulatury, był też m.in. agentem ubezpieczeniowym oraz komiwojażerem galanterii i zabawek.
Pierwsze utwory Hrabala powstały jeszcze przed wojną, ale w komunistycznej Czechosłowacji nie miały one długo szansy na publikację. Ostatecznie jako pisarz debiutował późno, w 1963, w wieku 49-lat, tomem opowiadań pt.: „Perełka na dnie”, potem wyszły „Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych”, tom opowiadań „Pabitele”, „Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać”, zbiór opowiadań „Bar świat” oraz „Pociągi pod specjalnym nadzorem”. Ekranizacja tej książki przez Jirego Menzla, nagrodzona została w 1967 roku i przyniosła Hrabalowi sławę i zainteresowanie poza ojczyzną.
Twórczość czeskiego pisarza, wbrew sentymentalnej aurze w gruncie rzeczy gorzkiego, bezlitosnego dla siebie, drapieżnego i pozbawionego złudzeń, jest zarazem pochwałą stworzenia.
Przed kilkoma miesiącami głośnym echem odbił się nad Wełtawą antyhrabalowski bunt uczniów gimnazjum w Nymburku, rodzinnym mieście Bohumila Hrabala (1914–1997), najwybitniejszego, obok Jaroslava Haska, czeskiego pisarza XX wieku. Tamtejsi gimnazjaliści zaprotestowali przeciwko planom dyrekcji, która w związku z przypadającą w tym roku 100. rocznicą urodzin autora „Zbyt głośnej samotności” (i 111. rocznicą powstania szkoły) postanowiła nadać jej jego imię. – Nigdy nie słyszałem o takim pisarzu – oświadczył przewodniczący samorządu uczniowskiego. Inny znów uczeń stwierdził, że z tego, co mu wiadomo, Hrabal dwukrotnie nie zdał do następnej klasy, nie zasługuje więc na to, by być patronem jednej z najlepszych w kraju szkół średnich (czeskie gimnazjum jest odpowiednikiem naszego liceum). List protestacyjny podpisało kilkuset uczniów.
Sam Hrabal być może pokiwałby tylko głową nad takim obrotem wydarzeń i ze stoickim spokojem zamówiłby kolejny kufel piwa. Jeszcze za życia zażyczył sobie, by poświęconą mu tablicę pamiątkową zawiesić na takiej wysokości, by psy mogły załatwić przy niej małą potrzebę. Taka tablica zdobi dziś ścianę nymburskiego browaru, w którym się wychował i gdzie mieszkał do 35. roku życia. Nie znosił pompy, a z rodzinnym miastem łączyła go wyjątkowo skomplikowana relacja. Wprawdzie rozsławił je w swoich książkach, takich jak „Postrzyżyny” czy „Taka piękna żałoba”. Tymczasem po śmierci najbliższych: ojca, matki i stryja Pepina, odwiedzał je nader rzadko. „Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, więc czemu ja miałbym być wyjątkiem? Nie lubią mnie tu” – wspominał. O jego rzeczywistym stosunku do Nymburka wymownie świadczy fakt, że zdecydował się nawet na ekshumację ciał najbliższych z tamtejszego cmentarza i pochował ich w nowym grobie rodzinnym w pobliskiej miejscowości Hradisztko, gdzie po latach spoczął wraz z żoną. „Już go skreśliłem, ten Nymburk, jakim jest teraz”.
Coraz więcej czasu, zwłaszcza zimą spędzał w szpitalach, miał trudności z chodzeniem. W lutym 1997 roku leżał w klinice Na Bulovce. 3 lutego 1997 r. alarm podnieśli inni pacjenci, którzy zobaczyli, że ktoś wypadł z okna na piątym piętrze. Lekarze przyjęli wersję, że Hrabal wychylił się zanadto, karmiąc gołębie, ale przyjaciele pisarza przekonani byli od początku, że sam odebrał sobie życie. Motyw śmierci samobójczej pojawiał się w twórczości Hrabala wielokrotnie, zwłaszcza w ostatnich latach. „Ileż to razy chciałem wyskoczyć z piątego piętra, z tego mojego mieszkania, gdzie ból mi sprawia każdy pokój” – pisał o swoim osamotnieniu w „Zaczarowanym flecie” (1989). Przed śmiercią pożegnał się z bliskimi, uporządkował swoje sprawy.
Czeskie Centrum przygotowało z okazji 100. rocznicy urodzin pisarza serię wystaw, spotkań literackich, konkurs tłumaczeniowy, konferencję naukową, filmowe przeglądy i teatralne monodramaty. W poznańskiej Bibliotece Raczyńskich do końca marca można oglądać wystawę fotografii Hrabala, projekcje filmu dokumentalnego o pisarzu oraz ekspozycję okładek jego polskich, czeskich i zagranicznych książek. Z Poznania wystawa pojedzie do Krakowa, gdzie 3 kwietnia odbędzie się premiera polskiego wydania Hrabalowskiego przewodnika autorstwa Tomáša Mazala „Praga z Hrabalem” oraz spotkanie z autorem. Z Krakowa wystawa wyruszy do Warszawy na Warszawskie Targi Książki. Na jesieni Uniwersytet Warszawskie we współpracy z Uniwersytetem Karola w Pradze oraz Czeskim Centrum zorganizują konferencję naukową poświęconą pisarzowi. Kolejne wydarzenia i wernisaże odbędą się w Gdańsku, Bielsko-Białej, Szczecinie, Wrocławiu, Krakowie, Toruniu (Festiwal Jednego Aktora) i w wielu innych miastach.
W polskich mediach próżno szukać wzmianek o tym wyjątkowym człowieku. Jedynym medium, które wspomniało o Hrabalu to Rzeczpospolita, z której został ten tekst zaczerpnięty. O Hrabalu pamiętały czeskie, niemieckie i kilka innych europejskich portali.
Umieć się cieszyć. Ze wszystkiego. Nie oczekiwać, że w przyszłości zdarzy się coś, co będzie prawdziwe. Możliwe bowiem, że prawdziwe przychodzi właśnie teraz, a w przyszłości nic piękniejszego już nie nadejdzie –myśl ta widnieje w Muzeum Oty Pavla w Busztegardzie i stanowi esencje niezwykłego zbioru opowiadań czeskiego prozaika i publicysty. W Śmierci pięknych saren Pavel tworzy historię niebanalną i pełną humoru, choć niestroniącą od trudnej tematyki czasów zagłady.
Śmierć pięknych saren to historia opowiadana z perspektywy dziecka. Leon Popper – ojciec autora jest głównym bohaterem tej historii, dla czytelnika to „Tatuś”. Ota Pavel o swoim ojcu wypowiada się z czułą ironią, a dowodzi temu już nonsensowna dedykacja lektury: Mojej mamusi, która miała za męża mojego tatusia – Pavel na wstępie zaznacza kontrast między rodzicami, których tradycyjnie role są u Pavlów mocno zachwiane.
Leon Popper, podobnie jak błędny rycerz Don Kichot, miał głowę pełną marzeń i planów. W trosce o los swojej rodziny podejmował kolejne próby interesu życia. Jako komiwojażer Elektroluxów czy lepów na muchy nigdy się nie poddawał. Po nieudanym interesie, z dziecięcym zapałem zabierał się za kolejny. Był człowiekiem rozmiłowanym w marzeniu i ufnym jak dziecko. Wizerunek nieudolnego ekonomicznie Żyda wyjątkowo odbiega od stereotypowego obrazu, do którego przyzwyczaiła nas kultura. Leon Popper był raczej nieudolny niż skuteczny a największą przeszkodą w osiągnięciu ekonomicznego sukcesu bohatera była jego dualistyczna natura. Sprzeczne cechy charakteru budziły w nim odwieczne dysonanse i przywodziły pytania: Czy istnieje sposób pogodzić, by pogodzić kupiecki spryt z naiwną wiarą w człowieka, pragmatyzm z intuicją, umiłowanie luksusu z miłością do przyrody, chęć wiecznej rywalizacji z marzeniem o spokoju. W prozie Pavla dostrzegamy, że nie każdy został stworzony, aby zbawiać świat.
Autor odmalował krainę szczęśliwości i umiejętnie przeniósł czytelnika w rejony młodości dziecięcego narratora: Mój tatuś już wtedy zrozumiał, że kiedyś mogę zobaczyć bulwary Paryża i drapacze chmur Nowego Jorku, ale już nigdy nie będę mógł całymi tygodniami mieszkać w chacie, gdzie pachnie w piecu chleb, a w kierzance ubija się masło, bo obok tych chałup będą kiedyś parkować skody, a w środku migotać telewizory i podadzą tu człowiekowi kiepską czarną kawę i niedopieczony chleb. Krystalicznie czysta woda w stawie, sarenki pasące się nad jej brzegiem, światło odbijające się od łusek ogromnych ryb, czas spokoju spędzony nad wodą, ujmująca cisza, zapach pachnącego chleba czy macierzanki budowały świat małego bohatera, a wspomnienia z dzieciństwa – zmityzowane, osnute mgłą miały łagodzić zło świata i stanowić barierę nie przebicia. Realność była jednak inna, gdzieś na świecie słychać było huki bomb i krzyki przerażonych ludzi. Holokaust to jedynie tło prozaicznych wydarzeń z życia Popperów. Przesunięcie wielkiej historii na dalszy plan jest charakterystyczną cechą filmu i literatury czeskiej, w których dopiero głębsze zastanowienie nad przedstawionymi realiami uświadamia realną nieznośność sytuacji.
W 1987 roku Karel Kachyňa stworzył film na podstawie Śmierci pięknych saren. Lata normalizacji nie były jednak tymi złotym okresem w dziejach czeskiego kina i adaptacja okadzała się przeciętna, pozbawiona lekkości, uroku i plastyczności opisu zdarzeń, która urzekają u Pavla. Jedna z podstawowych różnic zawiera się w sposobie narracji. Reżyser nie próbuje konstruować świata przy pomocy środków odtwarzających perspektywę dziecka. W jednej z pierwszych scen ojciec w towarzystwie swoich synów podnosi do oczu lornetkę, przez nią obserwuje sarny pasące się na łące. Widok z lornetki sugeruje, iż rzeczywistość ukazana jest oczami mężczyzny. W literackiej wersji epizod ten znajduje się w połowie tekstu. W filmowej wersji scena ta powraca w ostatnich minutach. To celowy zabieg, mający znaczenie metaforyczne, bowiem to samo ujęcie ukazane po raz drugi zyskuje całkiem nowy sens. Dostrzegalne są również różnice w podejściu do faktów historycznych. W książce są one jedynie tłem, zaś w filmie stają się bardziej wyraziste. Jednoznacznie przedstawiony jest moment śmierci nazistowskiego zbrodniarza Richarda Heydricha i następujące po niej zdarzenia – pacyfikacja Lidic i Ležaków. Paradoksalnie adaptacja filmowa pomija powojenne czasy, ukazane w wersji literackiej. Kino czechosłowackie okresu normalizacji sprawia niekiedy wrażenie artystycznego przytłumionego, utemperowanego, co niestety dotyka również filmową Śmierć pięknych saren.
Szczególny charakter utworu Pavla bierze się również stąd, iż był on owocem leczenia, cierpiącego na chorobę psychiczną autora, który w ramach terapii miał spisać wspomnienia z dzieciństwa. I tak oto zrodził się Ota Pavel – pisarz. Zanim nim się stał, był komentatorem sportowym. Pisanie było jednak wytchnieniem na krótko. Pavel odszedł w wieku 42 lat.
Śmierć pięknych saren tchnie absolutnie nienaiwnym optymizmem, wszak Leon Popper twierdził, że nawet w przegranej jest wygrana i ta wygrana jest większa od przegranej. Ota Pavel doskonale wiedział, że najważniejsze i najlepsze chwile to te spędzone nad rzeką, z ojcem, matką i braćmi. Najszczęśliwszy był, gdy ojciec zabierał go na ryby i opowiadał jak polował na lwy w Afryce, chociaż tak naprawdę widział je tylko w zoo. Pavel pozostawił po sobie niewiele, jednak wartość napisanych przez niego dzieł porównywana jest do twórczości Bohumila Hrabala czy Ladislava Fuksa.
Autor: Beata Poprawa
Na podstawie: Śmierć pięknych saren w przekładzie Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego i Józefa Waczkowa, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2011
Tytuł: Śmierć pięknych saren (Smrt krásných srnců)
Prawie co drugi dorosły Czech wciąż mieszka z rodzicami – takie wnioski płyną z badań Eurostatu dotyczących warunków życia naszych południowych sąsiadów.
Czesi nie śpieszą się również z założeniem rodziny. Ślub nie jest dla nich koniecznością, a na dzieci decydują się po trzydziestce. Psychologowie twierdzą, że Czesi są wygodni. Skoro wszystko mam pod nosem, nie muszę za nic płacić, to po co mam się wyprowadzać? Z drugiej strony należy zaznaczyć, że za tego typu sytuację wpływ ma również ciężka sytuacja materialna i stagnacja gospodarcza. Młodym nikt nie daje kredytów, pracują w oparciu o śmieciowe umowy, nie stać ich na własne mieszkania.
Jeszcze siedem lat temu odsetek mieszkających u mamy Czechów był mniejszy. Ale Czechom daleko jeszcze do Słowaków. Aż 74 proc. Słowaków w wieku 25-29 lat wciąż mieszka z rodzicami!
Oprócz tego przybywa tzw. singli. W obecnych czasach ludzie są tak zabiegani, że nie mają czasu na szukanie sobie partnera. Jeśli już kogoś szukają, używają do tego internetu.
Czesi nie poddają się i starają się pomóc samotnym. Jednym z pomysłów były sławne już na cały świat „wagony miłości”. Teraz teatry zapraszają na spektakle dla singli . Jednak najbardziej ciekawe rozwiązanie proponuje jedna praska cukiernia: produkuje ciastka z numerami telefonów należących do singli umieszczonymi w środku. Pudełka w których znajdują się słodkości opisane są „on szuka jej” oraz „ona szuka jego”. O parach homoseksualnych jednak nie pomyślano.
Prażanie jadąc metrem chcieliby swobodnie korzystać z internetu w telefonie bądź prowadzić rozmowy. Niestety nie będzie to możliwe przez najbliższy czas. Po raz kolejny władze metra nie mogą dogadać się z operatorami.
To, co w Warszawie działa już od kilku lat, w Pradze wciąż jest nieosiągalne. Sieć PLAY objęła swym zasięgiem cały tunel warszawskiego metra. Tymczasem w praskiej kolei podziemnej zasięg jest dostępny jedynie na stacjach.
Nie zanosi się na to, aby sytuacja miała się szybko zmienić. Dla DPP cena ułożenia kabli oraz instalacji nadajników w tunelach jest nieakceptowanie wysoka. Z kolei operatorzy mobilni twierdzą, że te kilkanaście milionów koron to realna cena tego typu inwestycji i nie zamierzają jej obniżać.
Rozmowy DPP z operatorami sieci komórkowych trwają już kilka lat i nie zanosi się na to, aby w tej kwestii miało się coś szybko zmienić. Dyskusja na ten temat ożywa za każdym razem, gdy planowane jest otwieranie kolejnych stacji metra.
Czeski tygodnik „Respekt” w najnowszym numerze przedstawia Polskę jako rosnącą potęgę Europy, a Sikorskiego nazywa jej nowym liderem na miarę Lecha Wałęsy. To polski minister spraw zagranicznych miał być odpowiedzialny za mediacje między ukraińską opozycją z Majdanu a Wiktorem Janukowyczem.
„Nowym liderem Europy”, który zmienia europejską politykę i historię, nazywa polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego czeski niezależny tygodnik „Respekt” w swym najnowszym, poniedziałkowym numerze.
W kontekście konfliktu na Ukrainie czasopismo przedstawia Polskę jako wzrastającą europejską potęgę i zwraca uwagę na jej polityczną aktywność i dynamikę w ostatnich latach.
Sikorski polityczną gwiazdą
– W komentarzu „Rosja nie wygra” redaktor naczelny Erik Tabery zwraca uwagę na aktywną rolę, jaką Polska przyjęła w Unii Europejskiej w kontekście wydarzeń na Ukrainie. Dostrzega również rolę, jaką w zwiększaniu znaczenia Polski na arenie europejskiej i światowej odegrał minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski – czytamy w komunikacie Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Podobnie rolę Sikorskiego ocenia autor komentarza – Martin M. Szimeczka. Przypomina on, że „w momencie, gdy na Majdanie doszło do rozlewu krwi, to właśnie minister Sikorski zadzwonił do Catherine Ashton z deklaracją gotowości do natychmiastowej podróży do Kijowa”. – W ten sposób, biorąc na siebie olbrzymie ryzyko uratował reputację całej UE, której bierność obarczyłaby ją częściową odpowiedzialnością za rozlew krwi – pisze Simeczko.
Przemówienie Sikorskiego w Berlinie to „punkt przełomowy w historii Europy”
Autor wspomina też w artykule przemówienie Sikorskiego wygłoszone w Berlinie, w którym dostrzega „punkt przełomowy w historii Europy”. Simeczko zwraca również uwagę na rosnącą współpracę Niemiec i Polski oraz na fakt, że to w efekcie działań ministra Niemcy przyjęły przewodnią rolę w sprawie kryzysu na Ukrainie
Oprócz tego tygodnik przypomina m.in. mediacje Sikorskiego między ukraińską opozycją a odsuniętym od władzy prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem. „I choć umowa obowiązywała zaledwie parę godzin, pociągnęła za sobą lawinę wydarzeń, które dziś w istotny sposób zmieniają światowy porządek. To nie pierwszy raz, gdy Radosław Sikorski popchnął wydarzenia naprzód, ale tym razem nie sposób nie zauważyć, że Polak staje się polityczną gwiazdą, jakiej Europa Środkowa nie miała od lat 90., kiedy to świat wsłuchiwał się w Vaclava Havla czy Lecha Wałęsę” – podkreśla.
Za zgodą rajców czeskiego miasta Liberec na ścianie ratusza został zawieszony wielki obraz karykatury Władimira Putina. Prezydent Rosji wygląda na niej jak Adolf Hitler. Za akcją stoi organizacja społeczna „Dekomunizacja”. Jej członkowie chcą zwrócić uwagę Czechów na podobieństwo działań Putina w 2014 r. do tych Hitlera z 1938 r. Obraz zawisł nad pomnikiem poświęconym osobom podczas rosyjskiej okupacji Czechosłowacji w 1968 r.
Polakom często bardziej opłaca się przejechać nawet 100 km do urzędu pocztowego w Czechach, niż nadać paczkę w Polsce. Na poczcie w Czeskim Cieszynie spowodowało to nawet otwarcie dodatkowego punktu obsługi – informuje Novinky.cz.
Pan Krzysztof przyjeżdża do Czeskiego Cieszyna trzy razy w tygodniu z oddalonego o 130 km Zawiercia – podaje serwis Novinky.cz. – To mi się opłaca – mówi portalowi. – Za każdym razem wysyłam średnio 17 przesyłek bezpośrednio do moich czeskich klientów – dodaje.
Nie tylko pan Krzysztof decyduje się pokonywać tak duże odległości, by wysyłać paczki na czeskiej poczcie. Powód? Duża oszczędność. Wysłanie dwukilogramowej paczki z Polski do Czech kosztuje 35 zł. Jeżeli zaś nadamy przesyłkę u naszego sąsiada, zapłacimy niespełna 16 zł. Z tej możliwości korzysta wiele polskich firm, szczególnie sklepów internetowych.
Zainteresowanie jest tak duże, że na poczcie w Czeskim Cieszynie zdecydowano się na otworzenie dodatkowego punktu obsługi klientów z hurtową liczbą przesyłek. – Dzięki temu obsługujemy dodatkowo ok. 500-600 paczek tygodniowo. W większości z nowego punktu korzystają Polacy – mówi portalowi Novinky.cz rzeczniczka Czeskiej Poczty.
Zapraszamy na nowy cykl w kinie Wisła. W każdą drugą środę miesiąca będziemy prezentować jeden film naszych południowych sąsiadów. Na inauguracyjnym spotkaniu zapraszamy na projekcję:
O filmie: Bohaterem „Obsługiwałem angielskiego króla” jest kelner, który dorabia się własnej restauracji, lecz traci ją, kiedy władza w Czechach trafia w ręce ludu. Barwne opisy dojrzewania w lokalach gastronomicznych, tragicznej miłości w czasie wojny i groteskowych, powojennych represji wobec ”burżujów” tworzą opowieść piękną i mądrą, opowieść o tym, co w życiu najważniejsze. Nagrodzony 4 Czeskimi Lwami i Nagrodą FIPRESCI na festiwalu w Wenecji film Jiříego Menzla był jednym z największych sukcesów czeskiego kina w ubiegłej dekadzie.
U Menzla pięknie przebija Hrabalowska idea – niby przyziemna, a na swój sposób wzniosła, nawet mistyczna: nieszczęście bywa czasem szczęściem, trzeba kochać wszystko to, co niemiłe – pisał o filmie Tadeusz Sobolewski („Gazeta Wyborcza”).
Seansowi będzie towarzyszyć promocja książki „Hrabal i inni. Adaptacje czeskiej literatury”. Gośćmi spotkania będą Ewa Cieszewska -redaktorka tomu oraz Petr Janyška – dyrektor Czeskiego Centrum w Warszawie. Przed spotkaniem będzie można nabyć egzemplarze w atrakcyjnych cenach.
Spotkanie poprowadzi Jacek Dziduszko – dziennikarz filmowy i animator kultury.
Patronat nad wydarzeniem objęło Czeskie Centrum w Warszawie
Zakąski dla widzów przygotuje Czeska Piviarnia
(Ul. Ks J. Popiełuszki 19/21 piętro I pawilon nr 2).
Patronat medialny: Novinka.pl, Czechofil.com
___
Inauguracja Czeskich Śród w kinie Wisła
„Obsługiwałem angielskiego króla”(2006)
CZAS: 9 kwietnia, godz. 20:00,
MIEJSCE: kino Wisła, plac Wilsona 2
BILETY: 12 zł
W Pradze zmarła Czeska reżyserka, scenarzystka i pedagog, Vĕra Chytilová. Miała 85 lat. Nakręciła dwadzieścia filmów fabularnych i kilkadziesiąt dokumentów. Jest uważana za największą z reżyserek w historii czeskiej kinematografii.
Chytilová w ogromnej mierze przyczyniła się do sukcesów Czechosłowackiej Nowej Fali. Rozgłos zdobyła już swym filmem dyplomowym pt. Stokrotki. Obraz opowiada o niekonwencjonalnym życiu dwóch przyjaciółek, Marii i Marii. Film był przedmiotem wielu filmoznawczych analiz i do dziś zyskał rozliczne interpretacje. Jednym z najbardziej cenionych obrazów reżyserki są też eksperymentalne Owoce rajskich drzew spożywamy. Reżyserka była prekursorką tego nurtu, bowiem film ten pojawił się jeszcze przed szerzej znanymi filmami Luisa Bunuela.
Wśród jej najbardziej znanych dokumentów są Praga – niespokojne serce Europy, Wzloty i upadki oraz W poszukiwaniu Ester o artystce Ester Krumbachowej. Dokumentalną pracę Věry Chytilovej docenia reżyser Fero Fenič: Myślę, że młodzi filmowy, którzy często marnują swój talent, wchodząc w różne komercyjne projekty, mogą się od tej pani uczyć, zwłaszcza jej niezłomności i bezkompromisowości .
Filmy Chytilovej skupiały uwagę dzięki temu, iż reżyserka w bardzo przenikliwy sposób ukazywała skomplikowane ludzkie relacje, w swoich filmach nierzadko poruszała też w problemy moralne i społeczne. Reżyserka w środowisku filmowym była też znana z nieposkromionego temperamentu.
Miroslav Donutil, czeski aktor, który poznał reżyserkę podczas kręcenia filmu Dědictví aneb Kurvahošigutntag, ceni jej znakomitą pracę z aktorem. Wiedziała, jakim sposobem, konkretnie do którego aktora mówić. Wiedziała, jakim sposobem skłonić aktorów, by swe zadanie wykonali jak najlepiej i najbliżej jej wyobrażeniu. Pracowała w niezwykle przemyślany sposób. Bardzo lubiłem współpracę z nią. Nigdy nie zapomnę tego doświadczenia – mówił.
Reżyserka za swe dzieła zyskała wiele nagród, między innymi Francuski Order Sztuki i Literatury, Czeskiego Lwa za Całokształt Twórczości oraz Państwowy Medal Zasłużonych.
Red. Beata Poprawa
Fot.ČTK
Więcej tutaj: rozhlas.cz
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.