Czesi mają opinię ateistów i tylko 14 proc. z nich przyznaje się do należenia do jakiegoś kościoła. Co ciekawe, więcej niż połowa z naszych południowych sąsiadów wierzy jednak w co innego: horoskopy, magię i siły nadprzyrodzone.
„Więcej niż połowa Czechów wierzy, że amulety przynoszą szczęście, wróżki przepowiadają przyszłość, a uzdrowiciele leczą ludzi” – stwierdza Dana Hamplová, socjolożka specjalizująca się w kwestiach wiary i religii. Czesi jak nikt inny wierzą, że na ich życie mają wpływ horoskopy.
Według badania, o którym pisze serwer novinky.cz, Czesi, którzy nie przynależą do żadnego kościoła często opowiadają się za wiarą w często nieidentyfikowalne bożki i bóstwa. Wśród nich znajdziemy i te owiane złą sławą (okultyzm, satanizm, szamani).
Wróżki i uzdrowiciele
Od wielu lat chodzę do wróżbitki, stawia mi karty i to co powie, zawsze się sprawdza – twierdzi 28-letnia Alice. Oprócz młodej kobiety do wróżek chodzi również 20 proc. pozostałych Czechów.
Ogromnym zainteresowaniem cieszą się również uzdrowiciele. 50-letni Karel ma swoje zdanie na temat ich misji:
Uzdrowiciel używa ziół, które są w pełni naturalne. Koncerny farmaceutyczne sztucznie wytwarzają to, co w ziołach najlepsze. Lekarze następnie przepisują tę chemię w postaci leków ludziom. Zamiast skupić się na istocie dolegliwości, znalezienia jej przyczyny, lekarze po prostu przepisują leki tym samym odfajkowując kolejnego pacjenta. Uzdrowiciel leczy nie tylko ciało, ale również duszę.
Z badania serweru novinky.cz wynika, że aż 33 proc. Czechów oprócz gabinetów lekarskich odwiedza też ciche i przytulne zakątki uzdrowicieli. Osiem procent Czechów przyznaje, że „szamani” pomogli im bardziej niż tradycyjni lekarze.
Niezły interes
To, że Czesi wierzą w siły nadprzyrodzone nikogo już nie dziwi. Aż 46 proc. z nich twierdzi, że zajmuje się sprawami paranormalnymi prawie codziennie. Sąsiedzi nasi nie obawiają się, że jest to niebezpieczne, przeciwnie – telewizje wiedzą o zamiłowaniu Czechów do sił nadprzyrodzonych i umieszczają w swoich ramówkach coraz więcej programów na ten temat. Pasma, w czasie których następuje emisja tych programów biją rekordy popularności.
Skąd wzięła się powszechna wiara w coś co jest niewytłumaczalne?
Socjologowie twierdzą, że aż 60 proc. Czechów przeżyło w życiu coś, czego nie umie racjonalnie wyjaśnić. Inni z kolei twierdzą, że współczesne kościoły oderwane są od rzeczywistości stąd taka awersja do nich ze strony naszych sąsiadów. Jako najważniejszą przyczynę wymienia się jednak pośpiech i wszechobecny strach przed pogorszeniem się poziomu życia, a nawet zagrożeniem ze strony terrorystów.
Każdy styczeń przynosi znaczące zmiany jeśli chodzi o podatki, regulacje i inne przepisy. Czechy również czeka dużo zmian. Oto najważniejsze z nich.
1. Znakowanie produktów spożywczych
To co w Polsce jest standardem w Czechach stanie się od stycznia. Każdy producent będzie musiał umieścić na opakowaniu kraj pochodzenia produktu, dokładny skład i informacje o wartościach odżywczych.
2. Obowiązkowe ciepłomierze i liczniki na wodę
Każde mieszkanie musi mieć założone powyższe urządzenia. Czesi uznali, że tzw. ryczałt nie jest sprawiedliwy.
3. Nowy VAT
Zaczęła właśnie obowiązywać nowa stawka podatku VAT w wysokości 10 %, ale za to zwiększą się ulgi dla wielodzietnych rodzin. Powraca ulga dla pracujących emerytów.
4. Nowy numer dla kierowców
Wszystkie zdarzenia drogowe należy zgłaszać do ogólnokrajowego numeru 1224 – pod tym numerem czekają osoby, które zgłoszą szkodę u naszych ubezpieczycieli. Tym sposobem nie trafimy na nieuczciwe firmy, które będą żądać krocie za pomoc w nagłych drogowych wypadkach.
5. Podróż pociągiem
Od stycznia przejazdy grupowe (więcej niż 5 osób) należy zgłosić na trzy dni przed planowaną podróżą. Nowością jest bezpłatny bilet dla dzieci do lat sześciu.
6. Umowy z operatorami
1 stycznia weszła w życie zasada zgodnie z którą operatorzy komórkowi nie muszą wysyłać klientom informacji o zmianie regulaminu o ile zmiany te „nie są istotne”. Jest to zmiana niezgodna z prawem UE i Czesi będą za to pozwani.
7. Taniej w przychodni
Styczeń przynosi zniesienie 30 KC opłaty za wizytę w przychodni i w aptekach. Pozostaje jedynie opłata 90 KC za przyjazd pogotowia.
8. Urzędnicy otrzymają podwyżki
Tym razem jest to kolejne 5% dla lekarzy ale już dla policjantów zarezerwowano tylko 1,5 procenta.
9. Dodatki rodzinne i wyższa płaca minimalna
Za urodzenie drugiego dziecka kobieta dostanie 10 tys. koron. Płaca minimalna wzrasta z 8500 koron do 9200.
10. Segregowanie odpadów
Miasta mają od teraz obowiązek zapewnić obywatelom oprócz standardowych pojemników na szkło, papier czy plastik (Czesi segregują odpady już 14 lat) również takie do których będzie można wrzucać metal i bioodpady.
Kierowcy z Wielkiej Brytanii, Francji i Czech doświadczają najwięcej agresywnych zachowań na drodze. 7 na 10 kierowców spotkało się tam z wrogimi gestami, a przynajmniej co drugi z przekleństwami i blokowaniem drogi. Pod względem braku kultury na drodze Polska zajęła dalekie 18. miejsce.
Badanie kierowców przeprowadził TNS. W ankiecie online udział wzięło ponad 3 tysiące kierowców flotowych z 20 krajów. Jednym z badanych aspektów było agresywne zachowanie na drodze. Okazuje się, że z najczęściej spotykają się z nią kierowcy z Wielkiej Brytanii, a najrzadziej ci jeżdżący po Turcji. Polacy znaleźli się dopiero na 18. miejscu zestawienia. Natomiast w pierwszej dziesiątce najbardziej agresywnych kierowców znalazły się jeszcze takie kraje jak Niemcy, Indie, Belgia, Włochy, Stany Zjednoczone, Australia i Luksemburg.
Tekst opublikowany na stronie wp.pl szeroko opisuje portal idnes.cz. Pod artykułem rozgorzała gorąca dyskusja – pojawiło się niespełna 500 komentartzy. Według komentujących, to właśnie Polacy są najgorszymi kierowcami i że jazda do Polski autem to igranie ze śmiercią. Inni twierdzą, że tekst z wp.pl jest kolejnym etapem „brudnej kampanii pomiędzy Czechami a Polską” jaka obserwowana jest ostatnimi czasy w mediach po obu stronach Karkonoszy.
Rzekomy dokument
Kolejny poważny zgrzyt nastąpił, gdy „wydało się”, że Czeska Inspekcja Żywności i Rolnictwa zleciła niezwykle drobiazgowe badania polskiej żywności wjeżdżającej na teren Republiki Czeskiej. Choć minister Sawicki ogłosił w mediach, że za południową granicą trwa antypolska kampania, Czeska Inspekcja twierdzi, że dokument jest sfałszowany.
Co bardziej bulwersuje, Sawicki odrzekł, że „polska sól nikogo nie otruła w przeciwieństwie do czeskiego alkoholu metylowego”, który przecież pojawił się nielegalnie w sprzedaży.
Czeska zmowa została wymierzona zwłaszcza w producentów mleka, ryb czy kiełbasy. Polacy twierdzą, że podjęta w tajemnicy decyzja czeskiej Inspekcji ma znaleźć sposób na długotrwałe sprawdzanie i w konsekwencji wykluczenie polskich produktów z czeskiego rynku.
Sawicki stwierdził, że jest to już otwarta wojna. Czeska Inspekcja odpiera zarzuty – uważa, że dopóki wspomniany dokument nie trafi w ich ręce sprawy komentować nie mogą. Pavel Kopriva, rzecznik inspekcji oświadczył ponadto, że nigdy taki dokument nie powstał.
Czesi śmieją, się, że reakcja Sawiciego to odpowiedź na kampanię sieci T-Mobile. Odmawia się nam poczucia humoru, powtarza się, że polska reakcja tylko utwierdza Czechów w przekonaniu, że ich północni sąsiedzi to „zacofane katolickie łby”. Po wielu miesiącach względnego spokoju kampania oskarżeń i nienawiści wybuchła na nowo. Szkoda, że i moi czytelnicy dali jej wyraz na tym bolgu. Czuje się, jakby ponad cztery lata mojej pracy w uświadamianiu Polaków odnośnie ich sąsiadów poszły na marne.
W środę, 10 grudnia o godzinie 20:00 zapraszamy na kolejne spotkanie z cyklu CZESKIE ŚRODY w kinie Wisła! Pokażemy film
„Powrót Agnieszki H.”
dokument w reżyserii Krystyny Krauze i Jacka Petryckiego będący nie tylko powrotem do czasów studenckich Agnieszki Holland, ale jednocześnie do wydarzeń późniejszych – do przyjaźni jakie łączyły bohaterkę z Czechami w czasie emigracji, czy Aksamitnej Rewolucji.
Po projekcji spotkanie z twórcami!
Wielowątkowa opowieść o Agnieszce Holland i jej więziach z Czechami. Obserwujemy pracę reżyserki nad serialem „Gorejący krzew” o samospaleniu w Pradze w 1969 roku Jana Palacha. Agnieszka Holland podczas tego jednego z najważniejszych wydarzeń w historii komunistycznej Czechosłowacji była studentką słynnej praskiej szkoły filmowej FAMU.
Ten powrót do czasów studenckich będzie także powrotem do wydarzeń późniejszych – do przyjaźni jakie łączyły reżyserkę z Czechami w czasie emigracji czy Aksamitnej Rewolucji. Film pokazuje jak bardzo przeżycia z lat 1966-71, spędzonych w Czechach, zaważyły na jej późniejszych losach i jaki miały wpływ na jej filmową twórczość. Oglądamy fragmenty jej filmów, słuchamy opowieści samej Agnieszki Holland, która opowiada o sobie Jackowi Petryckiemu, wieloletniemu przyjacielowi. W filmie mówią o wspólnych ideałach z lat młodości, ludzkiej potrzebie do życia w wolności i prawdzie, ważnych życiowych wyborach w sytuacji presji politycznej i zwykłej, ludzkiej uczciwości w czasach totalitaryzmu.
Prelekcję do filmu wygłosi dziennikarz filmowy, animator kultury i czechofil, Jacek Dziduszko. Po projekcji odbędzie się spotkanie z twórcami.
Po filmie zapraszamy na piwo w zniżkowych cenach za okazaniem biletu do Czeskiej Piviarni na Marymoncie (u. Popiełuszki 19/21, piętro 1, pawilon 21)
CZESKIE ŚRODY w kinie Wisła: „Powrót Agnieszki H.”
Aksamitna Rewolucja z 1989 roku nie spełniła oczekiwań Czechów i Słowaków. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez agencję Median, przeprowadzonych na zlecenie Czeskiej Telewizji oraz Radia i Telewizji Słowacji.
Zawiedzionych jest 54 procent Czechów i aż 70 procent Słowaków. Nie zostały spełnione ich oczekiwania w sprawach socjalnych, likwidacji bezrobocia, a także z obniżającego się poziomu życia.
Ludzie są zawiedzeni przede wszystkim dlatego, że ich wyobrażenia w listopadzie 1989 roku, po upadku komunizmu, nie zostały potwierdzone przez skutki transformacji ekonomicznej. Ponadto z jakości demokracji zadowolonych jest tylko 20 procent Czechów i zaledwie 17 procent Słowaków.
Najbardziej zadowolonymi ludźmi w obu krajach są młodzi ludzie z wyższym wykształceniem. Badania przeprowadzono na początku listopada na próbie około tysiąca osób w każdym z krajów.
Aksamitna rewolucja – to określenie wydarzeń roku 1989 w Czechosłowacji, które doprowadziły do obalenia systemu komunistycznego oraz elit sprawujących władzę, a także transformacji ustrojowej, która niedługo później nastąpiła, pozwalając Czechosłowacji wstąpić na drogę demokracji parlamentarnej. Aksamitna rewolucja stała się początkiem demokratycznych przemian społecznych, które rozpoczęły drogę państw Europy Środkowo-Wschodniej do pełnej integracji z Europą Zachodnią. Doprowadzono do delegalizacji Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Transformacja polityczna w Czechosłowacji przyspieszyła również przemiany w Rumunii oraz Bułgarii.
Głównym powodem wybuchu aksamitnej „rewolucji” były podobne wydarzenia w innych państwach Europy Środkowo-Wschodniej. W Polsce już przeprowadzono częściowo wolne wybory, władze komunistyczne ustąpiły również w NRD i na Węgrzech. Wiadomo było wtedy, że wybuch rewolucji w Czechosłowacji jest tylko kwestią czasu. Dodatkowo przez cały kraj, od końca 1988 roku, zaczęły przetaczać się demonstracje coraz bardziej uderzające w rozpadający się system komunistyczny.
Na budynku Muzeum Narodowego na placu Wacława w Pradze, w miejscu, gdzie już od stuleci rozgrywają się najważniejsze wydarzenia czeskiej historii, z okazji 25. rocznicy aksamitnej rewolucji wisi olbrzymia fotografia legendarnego prezydenta z napisem: „Václav Havel na zawsze”. Z tej samej okazji jego następcy Václav Klaus oraz aktualny prezydent Milosz Zeman starają się wymazać ze spuścizny po Havlu i aksamitnej rewolucji to, co najważniejsze, czyli wsparcie dla praw człowieka, demokracji i czeskiego członkostwa w UE i NATO. Spór idzie o system wartości współczesnych Czech. Przeciwnicy Havla go wygrywają. Czeskie społeczeństwo nie godzi się na tego typu słowa.
17 listopada 2014 roku czyli dokładnie 25 lat po pamiętnych wydarzeniach tysiące Czechów wyszło na ulicę protestować przeciwko słowom prezydenta. „25 lat po listopadzie ’89 idea praw człowieka w naszym kraju jest rozdrabniana i pomijana. Przysięgali na konstytucję, ale dziś pokątnie i oszukańczo niszczą jej podstawę. W ten sposób sprawiają, że sens wolnego państwa czeskiego staje się pusty” – czytamy w dokumencie podpisanym przez setkę osobistości. „Nacisk, jaki po aksamitnej rewolucji kładł na przestrzeganie praw człowieka w stosunkach międzynarodowych prezydent Václav Havel, rozumieliśmy jako poprawne historycznie wykorzystanie naszych własnych doświadczeń związanych z uciskającym nas reżimem” – piszą byli dysydenci. Dodają, że w niebezpieczeństwie jest nie tylko kierunek czeskiej polityki zagranicznej, ale i demokratyczny rozwój kraju. „Osobistą odpowiedzialność za to ponoszą Vaclav Klaus i Milosz Zeman”.
Chociaż mój kolega Czech wyjechał z Warszawy już we wtorek, dopiero teraz mam siłę by napisać o tej ważnej wizycie słów kilka. Opóźnienie spowodowane jest faktem, iż musiało minąć aż kilka dni by moje siły umysłowe wróciły do siebie po tylu dniach ciągłej imprezy.
#1: dojazd
Podróżujący z Pragi do Warszawy (i odwrotnie) nie mają lekko. Do wyboru jest pociąg, autobus oraz samolot. Nikt o zdrowych zmysłach zarabiający jak przeciętny Polak nie wybierze samolotu. Pozostaje PolskiBus (odpowiednio wczesna rezerwacja to koszt 20 PLN w jedną stronę) lub pociąg. Podróż w obu przypadkach jest długa i męcząca. Ale cóż począć, gdy tak kocha się Pragę? Jakub wybrał czerwony bus i już na przystanku we Wrocławiu wiedział, że to nie była mądra decyzja. Chciał wysiąść i uciec na dworzec PKP by przyjechać do Warszawy pozornie wygodniejszym pociągiem. Pozornie, bo ten również telepie się do stolicy aż 5 godzin! Przynajmniej dworzec Metro Młociny wygląda reprezentacyjnie i połączone jest z nowocześnie wyglądającym metrem. Ocena dojazdu na 3 z plusem.
#2: jaka jest ta Warszawa?
Wyjście z metra w Centrum i od razu widok na Pałac Kultury i warszawski Manhattan. Stanie i wpatrywanie się we wspomniane budowle przez dziesięć minut przyprawiało mnie o mdłości. No, ale cóż skoro „w Pradze my tego nie mamy”. Jak się później okazało Kuby nie interesuje odbudowana pieczołowicie po wojnie starówka: gdy mieszka się w centrum Pragi tego typu zabudowę ma się na co dzień.
„Praga jest jak skansen zorganizowany jedynie dla rzeczy turystów. Tutaj normalni ludzie nie mają czego szukać – jest to jak wesołe miasteczko, które kręci się szlakami od Vaclavaka przez Most Karola i Hradczany. Ludzie niczym zombie idą beznamiętnie tym szlakiem zahaczając o sklepiki i kawiarnie, które nie są w czeskich rękach i ani korona nie skapnie z tego dla Czechów. A poza tym i tak żadnego normalnego czeskiego przedsiębiorcę nie stać by płacić tak nieludzkie stawki za wynajem przy tym turystycznym trakcie”.
„Warszawa mi się podoba – macie tutaj taki specyficzny nieład i chaos. Nic nie jest zorganizowane, wszystko się zaprzecza i wyklucza. Tunele nie łączą się ze sobą, chodniki kończą się ślepo. Tutaj trzeba nauczyć się żyć. Ale z racji tego, że to wszystko jest inne niż w Pradze czy Wiedniu, właśnie dlatego mi się podoba”.
Trzy godziny później na „patelni” w godzinie największego szczytu:
„Boże, jak można tak łazić i krążyć przez te tunele, tu nawet przejść się nie da. I wciąż są czerwone światła, nawet autobus nie jedzie płynnie. Nie wspominając już o SKM, która szybkość ma tylko w nazwie”. Warszawa to stan umysłu.
#3: zwiedzanie
Co pokazać Czechowi skoro nie mamy hospudek (zamiast tego bary mleczne, które w Czechach nazywane są jidelnami), taniego piwa („Wy Polacy musicie napić się w domu, bo nikt normalny nie wyda 10 PLN za pół litra piwa w knajpie”), a stare miasto i inne zabytki go nie interesują? Oto jest pytanie. Okazało się, że najbardziej przyciąga to, czego już nie ma. Pawiak, tereny byłego getta i mury, które po nim pozostały to był hit tego wyjazdu. Na ul. Chłodnej historia sama wychodzi z ulic (dosłownie). Nie sądziłem, że mi również tak się to będzie podobać.
Podczas zwiedzania (spacery ulicami i oczywiście jazda kochanym ZTM) okazało się, że warszawiaków można podzielić na dwie grupy: „przesadnie wylaszczona młodzież” i „starsi wyglądający jak robole czy żule ubrani bez gustu i pojęcia”. Patrząc na ilość słoików w Warszawie można by wręcz powiedzieć, że był to nawet przekrój polskiego społeczeństwa! Wspomniałem, że tak samo wyglądają ludzie w Ostrawie – „Ostrawa to jeszcze inna bajka”. Ciężko nie przyznać „Kubovi” racji.
#4: clubbing
Wspomniany przekrój polskiego społeczeństwa najlepiej podkreśla sytuacja zastana w warszawskich klubach: tutaj są miejsca dla zapatrzonych w siebie lanserów oraz z drugiej strony swojskiej grupy młodych fanów disco-polo z szerokimi karkami. Nie ważne gdzie wylądujesz – pijany będziesz tak samo. To, że Polacy piją wódkę na umór jest chyba najgorszym przykładem naszej kultury picia. Trzymanie się ścian i łapanie się podłogi to najłagodniejsze z zachowań. Trzeba mieć oczy dookoła głowy.
#5: duma narodowa
Najciekawsze na koniec. Nie jeden raz słyszałem, że Czesi to tchórze, nic sobą nie reprezentują. Najlepiej jest „wpuścić” Czecha w towarzystwo na domówce, krzyknąć od progu: „Uwaga, to Czech” i czekać, aż zwierzyna rzuci się na przynętę. Ilość stereotypowych opinii jaka padnie na temat Czechów w ciągu minuty przyprawia o łysienie. A zwłaszcza mężczyznom nie jest ono wskazane. Nie mogłem tego słuchać, postanowiłem się napić. Tym większe było moje zdziwienie, gdy Jakub stwierdził, że on Czechem nie jest, a jedynie na terenie Czech się urodził. To fakt, nie zawsze dla wszystkich narodowość określa miejsce urodzenia… To tak jest, że jeden Czech nie ma dobrej opinii o drugim Czechu. Tak samo jest zresztą z Polakami – w tej materii akurat niczym się nie różnimy. Czarę goryczy przelały jednak „obchody” święta 11 listopada w Polsce – tak bardzo nie chciałem, aby Kuba zobaczył te wzajemne obrzucanie się płytą chodnikową, że nakazałem mu opuścić Warszawę już o 7:00 tegoż dnia. Nich Polacy obrzucają się co najwyżej wyzwiskami, a płyty chodnikowe i wiaty przystankowe zostawią w spokoju. Nawet jeśli czyniła to grupa 200 kiboli, nie robi to nam, Polakom dobrej opinii wśród gości zza granicy.
Pięciu młodych dokumentalistów słynnej praskiej szkoły filmowej FAMU stanęło przed nie lada wyzwaniem – ekranizacją bestsellerowego zbioru reportaży Mariusza Szczygła „Gottland”. Stworzone przez poszczególnych twórców trudno jednak oceniać jako jeden spójny film.
Zbudowany w technice dokumentu, animacji i fabularyzowanego dokumentu film prezentuje pięć epizodów złączonych oryginalnym tytułem zbioru „Gottland”. Inspirując się spisanymi w zbiorze Szczygła historiami, pięciu młodych reżyserów przygląda się powojennej Czechosłowacji i Czechom przez pryzmat znanych jednostek. Wychodząc od wydarzeń z okresu Pierwszej Republiki Czechosłowackiej i II Wojny Światowej, przez lata 50. i 60., okres normalizacji i wydarzenia bieżące, próbują odpowiedzieć na pytanie o współczesne konsekwencje przełomowych wydarzeń oraz ich istnienie w społecznej świadomości.
Lukáš Kokeš reżyser części pierwszej wykorzystał niespotykaną technikę obrazowania – widza umieścił w centrum, ukazał perspektywę panoptykonu. Ta, być może nieznośna w przypadku pełnego metrażu, technika, w tym miejscu sprawdza się doskonale. Obrazuje bowiem kolejność produkcji oraz pracę zespołu, która wspólnym wysiłkiem socjalistycznych robotników produkuje finalny wyrób. Tomáša Bat’a – wprawił w ruch Czeską gospodarkę i pozostał wiernym ideałom kapitalizmu z ludzką twarzą i zapewnienia godziwych warunków płacy i pracy. Część ta wyróżnia się realizacyjną sprawnością twórcy a sam ruch zarówno na poziomie formy jak i metafory ma ogromne znaczenie, nie przez przypadek jeden napis powraca na murach: Ruch to życie, brak ruchu – to śmierć.
Wyreżyserowana przez autora pełnometrażowej „Twierdzy” Petra Hátle, część przywołuje postać Lídy Baarovej – czeskiej artystki, której najbardziej zapamiętaną rolą była, ta, – przez wielu prześmiewczo nazywana życiową, kochanki Göbbelsa. Reżyser próbuje przybliżyć ją przez rekonstrukcję spotkania Otokara Vavry z artystką. Niechlujne, sfilmowane z perspektywy planu zdjęciowego ujęcia przeplecione są autentycznymi wypowiedziami Baarovej ukazanymi z offu tle statycznych ujęć przyrody niewiele wnoszą do całości.
Prawdziwą złotąmaliną „Gottlandu” jest jednak animowana etiuda na temat socjalistycznego pisarza współpracującego ze służbami bezpieczeństwa Eduarda Věry Čekanyovéj. Istnienie tej, co więcej najdłuższej, części, uwłacza innym twórcom i jej widzom. Niechlujna animacja na podstawie brzydkich rysunków uzupełniona powtarzającymi się kilkoma tandetnymi dźwiękami kraczących wron i okrzyków zaczerpniętych z creative commons, połączona z, po raz kolejny, czytanymi z offu raportami sprawia, że mamy ochotę opuścić kinową salę.
Przedostatnia, zrealizowana w tradycyjnej, dokumentalnej formie części Radovana Síbrta i Rozálie Kohoutovéj mierzy się z postacią Stalina i mitów wyrosłych wokół znanego jako „Kolejka po mięso”, pomnika. Ostania, wyreżyserowana przez najbardziej doświadczoną z grona młodych – współreżyserkę „Twierdzy” Klarę Tasovskou, jako jedyna wyprzedza wydarzenia z „Gottlandu” i przybliża postać studenta z Humpolca – Zdeňka Adamca, który przed jedenastoma laty w czynie buntu stał się kolejną po Janie Palachu pochodnią.
Lektura „Gottlandu” Mariusza Szczygła weryfikuje naszą wiedzę na temat postrzeganego jako naród poczciwych piwoszy Czechów oraz dostarcza gorzką dawkę ironii na temat czeskich realiów z perspektywy losów kilkunastu przedstawicieli narodu. Łączy elementy smutku, groteski. Weryfikuje prawdę o narodzie, którego zwykliśmy uznawać za naród konformistów, dostosowujących swe poglądy do czasów i warunków. Filmowi twórcy zdają się realizować swój film bez zaangażowania i wnikliwości, a ich „Gottland” nie sięga poza banalne i bezrefleksyjne opowiedzenie pięciu wybranych historii. Mariusz Szczygieł pisze swój literacki reportaż z perspektywy czechofila, wnika w kulturę, spisuje swą fascynację krajem tak bliskim i tak dalekim kulturowo. Reżyserzy „Gottlandu” zdają się zaś pozbawieni ciekawości wniknięcia w losy opisywanych bohaterów.
Można bowiem zapytać: „Gottland”, tylko gdzie jest Gott? W filmowej wersji brak spójności, brak choćby niechlujnych kleksów kleju, który próbowałby połączyć samodzielne etiudy. Warto pozostać pod wrażeniem części pierwszej i w towarzystwie muzyki, pominiętego w filmowej, wersji „Gottlandu”, otoczonego jakże czeskim popkulturowym kultem Karela Gotta, ze spokojem ducha powrócić do literackiego pierwowzoru.
Beata Poprawa
„Gottland”
„Gottland” był pokazywany w ramach sekcji Konkursu Dokumentalnego 30. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.
Recenzja została opublikowana po raz pierwszy na portalu 5kilo kultury.
Felicia jest jedną z najbardziej znanych modeli czeskiego producenta. Pierwszy egzemplarz z linii produkcyjnej zjechał dokładnie 17 października 1994 roku. Po raz pierwszy została zaprezentowana publicznie dziewięć dni później. Był to pokaz niezwykły.
Zwykły słoneczny dzień, jak zresztą każdy inny w roku 1994. Václav Havel zajmował się sprawą lasów amazońskich a przewodniczący socjaldemokratów Miloš Zeman wprowadzał zamęt w rządzie. Tego dnia rzesza Czechów dosłownie forsowała przejście graniczne w Cieszynie, by móc z pełnymi torbami wrócić do Republiki Czeskiej. Nikt nie sądził, że za chwilę zaprezentowana zostanie legenda czeskiej motoryzacji.
Trzy pierwsze modele Felicii zostały ubrane w narodowe barwy. Z wielkimi honorami i przy asyście możnych tych czasów przejechały Wełtawę Mostem Karola. Ta w kolorze czerwonym pośpiesznie pędziła na Hradczany by oddać swój pokłon głowie państwa. Havel bez żadnego skrępowania wsiadł za kierownicę, odpalił silnik i bez zwłoki pognał za róg pałacu prezydenckiego. Pisały o tym wszystkie gazety. Havlową klatkę piersiową rozpierała duma: było to takie super rodzinne autíčko dla warstw średnich. Miał nadzieję, że każda czeska rodzina będzie wkrótce przemierzała piękne zakątki Republiki Czeskiej na pokładzie Škodovky.
Nie wspomniał o tym, że Felicja była dobrem dość luksusowym: przeciętny Czech nie wydając na życie ani halerza mógł kupić sobie to auto w przeciągu 31 miesięcy. Dla porównania gdybyśmy chcieli kupić ten model dzisiaj wystarczy nie jeść i nie opłacać rachunków przez osiem miesięcy.
Rodzina Ondráčkových z Havlíčkova Brodu miała wielkie szczęście. Z racji tego iż pani domu urodziła czworaczki, dostała w podzięce od narodu czeskiego klucze do Felicji zupełnie za darmo.
Škoda Felicia była pierwszym modelem wybudowanym już po przejęciu koncernu przez Volkswagena. Przerobienie Favorita na Felicię – taki był zamysł inżynierów. Prace nad „nowym rodzinnym samochodem” trwały od roku 1991. Z pierwotnych Favoritów powstało 300 sztuk Felicii, kolejnych 2 700 powstało już od zera.
Felicia jako pierwszy samochód rodziny Škoda zaoferowała dwie poduszki powietrzne, ABS oraz klimatyzację.
Produkcja Felicii zakończyła się 20 czerwca 2001 roku. Jej następczynią stała się ulubiona przez Polaków Škoda Fabia. Do tej pory Felicię spotkać można na licznych bazarach czy motogiełdach. Często pełniła w rodzinie ważną rolę, dlatego stan poszczególnych egzemplarzy jest unikatowy.
Felicia nie tylko stała się symbolem przemian i luksusu w Czechach, ale stała się również znakiem rozpoznawczym narodu czeskiego w postpeerelowskiej Polsce.
Cztery lata temu zainteresowałem się losem pana Lothara Wittka ze wsi Rudyszwałd, którego ziemia została przedzielona słupkami granicznymi. Mieszkaniec gminy Krzyżanowice posiadał działkę jednocześnie w dwóch krajach a o zmianę przebiegu granicy walczył od roku 1958 roku.
Granica państwa przebiegająca środkiem posiadłości.
Czy ktoś z Was wie czy Panu Lotharowi udało się dopiąć swego i przesunąć granicę? Jedyne co wiem, to że Pan Lothar oddał gospodarstwo synowi, a sam wyprowadził się do Niemiec. Ze zdjęcia w Google Maps wnioskuję, że granica nie została ruszona ani o milimetr, za to na działce po polskiej stronie pojawił się nowy budynek mieszkalny. Gdybym miał możliwość swój dom wybudowałbym jednak po czeskiej stronie. Przeczytajcie długi, ale niezwykle ciekawy artykuł z Newsweeka, który obrazowo przedstawią batalię pana Wittka z aparatem państwowym.
Kwiaty z jednego drzewa
Newsweek, 13-05-2007
Choć dla Ślązaka spod Raciborza granica państwa to rzecz umowna – porządek musi być. Choćby po to, by legalnie chodzić na swoją łąkę przed domem.
Jakby policzyć, ile razy Wittek nielegalnie przekraczał granicę, to by się z grzywien nie wypłacił do końca życia. Ale jak ma Wittek nie łamać prawa, gdy linia graniczna Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Czeskiej biegnie zaraz za oknem. Na jego ojcowiźnie, a przecież trawę musi kosić. Praworządnie to powinien iść dookoła, za dom, na drogę, przejść biało-czerwony szlaban. I tamtędy, z kosą na ramieniu, wejść na swoją łąkę. Dlatego już przed osiemnastoma laty napisał do ministerstw rolnictwa, spraw wewnętrznych, zagranicznych i wszelakich, że prosi o zmianę południowej granicy na swoją korzyść, a zatem i na korzyść Polski. – No bo ordnung, porządek, musi być – mawia.
Wittek nie wiedział wtedy, że swoim pismem przyłączył się do sporu granicznego, który od pięćdziesięciu lat Polska próbuje rozstrzygnąć z Czechami. W 1958 roku w ramach powojennego prostowania granicy polskie terytorium powiększyło się o 837,46 hektara, a czeskie o 1205,90 – w tym o jedną trzecią hektara Wittka. Tę różnicę – 268 hektarów
– Polska próbuje odzyskać. Dwa miesiące temu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wysłało do czeskiej ambasady notę z pytaniem, kiedy będzie można poprzestawiać słupki graniczne. Nie ma odpowiedzi.
U Wittka w Rudyszwałdzie w powiecie raciborskim gra muzyka. Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum” – jesteśmy kwiatami z jednego drzewa. Wittek dostał płytę z Die Deutsche Stimme aus Ratibor, niemieckojęzycznej redakcji z Raciborza. Zawsze, podobnie jak jego ojciec i dziadek, czyli Opa, czuł się niemieckim kwiatem. I tak jest do dziś. W domu ma niemiecką flagę, na ścianie wisi przedwojenna mapa Śląska, prezent od ambasady. Nawet jodła srebrzysta, która stoi na baczność przed domem, jest niemieckiego pochodzenia. Wittek przywiózł ją z Bawarii.
Przez lata walki o zmianę granicy państwowej u Wittka były już cztery telewizje – polskie i niemieckie, gazety i radio. Polskie i niemieckie media – uważa Wittek
– pisały na ogół prawdę. Tylko czeskie gazety nazywały go „Świński sąsiad”, bo mu się powojenny porządek nie podoba. Wittek chce odszkodowania od Czechów, którzy przez lata robili na jego działce, co chcieli, np. urządzili wysypisko, uznając ją za własność państwową. W jednym z polskich pism ukazał się tytuł: „Niemiec walczy o ziemie dla Polski”. Chwytliwe.
Potem wszyscy go pytali: Jak to jest z panem, panie Wittek? To może z pana żaden Niemiec?
A on przecież jest Ślązakiem niemieckiego pochodzenia z krwi i kości od kilkudziesięciu pokoleń. Wittek to nazwisko. Imię – Lothar. Ale wszyscy się do niego zwracają „panie Wittku”, bo to bardziej po polsku. Za PRL urzędnicy chcieli na jego ojcu wymusić spolszczenie imion jego i jego siostry – Ingebor. Dali spokój, gdy stary Wittek znalazł w polskim kalendarzu rolniczym wzmiankę o niejakiej Ingeborze Zakrzewskiej – działaczce słusznej politycznie.
Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.
Lothar Wittek urodził się kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ojca zabrali na front, był saperem w Wehrmachcie. Trafił do niewoli, wrócił do domu przez Syberię. Wittkowie uciekli na Zachód, ale zaraz po wojnie cofnęli się na swoje. Tam nie było życia, Niemcy byli narodem przegranym, bez praw, rządzili Amerykanie. A tu nadal siedzieli sami swoi. I czekali na powrót Niemiec.
– Tak po cichu to i dziś wielu tutejszych Ślązaków chce, żeby tu były Niemcy – mówi Wittek. Ale nie mówi tego z zawziętością, dla niego to oczywiste.
Siedzieli tu przecież od wieków. Porządek byłby większy. A polski rząd, na przykład, nie potrafi poradzić sobie w sprawie jego granicy z małą Republiką Czeską. Przy Niemcu to by była krótka rozmowa.
Ale mówi to Wittek jednoosobowo. Bo Ślązacy unikają zbiorowego wyrażania poglądów. – My jesteśmy taki naród: możemy ciężko pracować, nawet pod polskim pręgierzem, ale nikt się nie wychyla z tym, co naprawdę myśli.
W Urzędzie Gminy w Krzyżanowicach wójt Leonard Fulneczek, autochton, powie mi potem, że nie powinienem się dziwić temu, co mówi Wittek. Skrytość i nieufność to cechy śląskiej duszy. Tego nauczyła ich historia. Zwłaszcza na tych terenach, na przedwojennym styku trzech granic: polskiej, czeskiej i niemieckiej.
Na pytanie, kim jesteś, odpowiadało się w zależności od tego, kto pytał.
Na szczęście młode pokolenie – cieszy się wójt – w dużym stopniu wyzbyło się tego historycznego myślenia. Jak były mistrzostwa świata w futbolu, to miejscowi się radowali, że mają trzy reprezentacje: niemiecką, polską i czeską. I kibicowali tej, która doszła najwyżej.
Ale samo pojęcie granicy było i jest tutaj trochę inne – granice istnieją ledwie 80 lat, tyle co trzy pokolenia. Wcześniej były tylko Prusy. Potem linia na mapie zmieniła się kilka razy, ale więzi rodzinne zawiązane przez pokolenia pozostały. Sam wójt ma krewnych w Haci po czeskiej stronie.
Granica w życiu tutejszych jest tylko administracyjną kreską. Gdy pod koniec II wojny światowej nadciągnęły wojska radzieckie, a w ich składzie polscy i czechosłowaccy żołnierze, Ślązacy mieli przygotowane trzy flagi: polską – biało-czerwoną, trójkolorową czechosłowacką i radziecką – czerwoną.
Wspominają o tym autochtoni w wydanej niedawno książce „Wojna, pokój, ludzie” Krzysztofa Stopy: „Na domach powiesiliśmy czeskie fany (flagi). Wtedy byliśmy pewni, że już należymy do Czech. Po kilku dniach jednak Rosjanie kazali nam te trójkolorowe flagi pościągać, bo jak nam powiedzieli, jesteśmy Polakami! Gdy wycofywali się Niemcy, z samolotów zrzucali ulotki, w których było napisane, iż zostaniemy przyłączeni do Polski, lecz tylko na 50 lat. Wszystko to było trudne do pojęcia – chcieli nas Czesi, zagarnęli Polacy, a jeszcze na dokładkę mamili Niemcy”
– to relacja urodzonej w 1917 r. w Owsiszczu J.L. Książka jest współczesna; strach autorki relacji, która podała tylko inicjały – taki sam jak dawniej.
Od wojny granica Polski i Czechosłowacji przebiegała kilkadziesiąt metrów od zabudowań Wittka. Po polskiej stronie stała chałupa Schwenznera. Ale w roku 1953 podjechała ciężarówka z polskimi żołnierzami. Zeskoczyli, popatrzyli na kartkę i według niej na oko wytyczyli słupki nowej granicy. I co, że na łące Wittków? Co mógł zrobić Ślązak niemieckiego pochodzenia na polskiej ziemi polskiemu żołnierzowi, który wygrał wojnę? Nic. Granica przesunęła się w stronę Wittków, tak że zabrała do Czech gospodarstwo Schwenznera i przechodziła w poprzek łąki Wittków.
A tych prześladowano przez lata za rzekomą kontrabandę. Po wojnie z Czechosłowacji szmuglowało się obuwie, drożdże, artykuły krawieckie, a w drugą stronę słoninę i spirytus. Ich dom był stale na celowniku. Ale ojciec Lothara szmuglem się brzydził. Już raz pooddychał syberyjskim powietrzem i wystarczyło na całe życie. Dlatego Lothar do kościoła chodził parę lat na bosaka, a w domu się nie przelewało.
Na początku, przez pięć lat, można jeszcze było normalnie uprawiać swoją działkę. Sąsiad Schwenzner jeździł do pracy w Raciborzu. Aż do 1958 r., kiedy ratyfikowano oficjalnie nowy, wytyczony palikami przebieg granicy. Pojawili się żołnierze i któregoś dnia Schwenznera do pracy już nie puścili. Od tej chwili był w Czechosłowacji. A Wittek, żeby dokosić 15 arów łąki, musiał jeździć po pozwolenie do Raciborza.
Czas był nadal prawie wojenny. Wittek opowiada: – Raz gęsi zapędziły się na czeski kawałek łąki. Oma (babcia – przyp. red.) za nimi pobiegła, a tu żołnierz z drogi zaczął strzelać. Padłaby trupem jak nic, ale fater ją zdążył powalić na ziemię. Przeżyli.
Gęsi też wyszły bez szwanku.
Żeby uprawiać działkę, trzeba było uzyskiwać zezwolenia sezonowe – od 15 kwietnia do 15 października. Pod szlaban przychodził żołnierz ze strażnicy w Chałupkach i do godziny 15 czy 17, jak żołnierz miał służbę, można było chodzić w tę i z powrotem. Jeszcze później chodziło się na dowody osobiste. Dopiero odkąd Polska jest w Unii Europejskiej, szlaban dla małego ruchu granicznego jest podniesiony całą dobę. Tylko ciągnikiem nie wjedziesz, trzeba prosić, żeby żołnierze otworzyli koziołki.
Dla Wittka te koziołki to ostatni symbol zniewolenia. Dlatego wciąż pisze, gdzie się da, żeby mu wreszcie granicę z działki zabrali. Napiszcie, zachęca Wittek, że to problem 400 rolników. Tylu mniej więcej Czechów i Polaków ma działki po obu stronach całej granicy. Tylko że oni nie mają aż takich problemów jak Lothar Wittek.
Rodzina Józefa Barcza z Nowej Wioski ma hektar ziemi po polskiej stronie i trzy hektary w Czechach. Granica przecięła mu działkę pod lasem. I tak musiał dojeżdżać do pola ciągnikiem. Wsiadał na traktor, jechał ulicą Leśną do końca Polski. Dalej była droga, na której stał szlaban. Jak chciał przejechać na czeską stronę, dzwonił do strażnicy, przyjeżdżali i otwierali. To przejście jednak zamknięto, bo Czesi zaczęli z Polski przerzucać węgiel. Teraz jeździ do sąsiedniego przejścia, ale i tak w sumie do pola ma może kilometr.
Wójt Fulneczek nie wierzy, że Czesi oddadzą Polsce te 268 hektarów. Żadne państwo chętnie tego nie robi. Fulneczek nie ma pojęcia, czy w jego gminie przybędzie terytorium. Po wojnie w Rudyszwałdzie czy Owsiszczu Polska dostała trochę więcej ziemi, z kolei w Bolesławiu były przesunięcia na korzyść Czechosłowacji. Zwrot w naturze to trudna sprawa, bo po czeskiej stronie są nieuregulowane sprawy własności. Najpierw były tam pegeery, potem oddano ziemię pracownikom, którzy zwykle jej nie uprawiali. Teraz wiele ziemi dzierżawią od nich Polacy. To, co na papierze, często nie zgadza się z życiem.
Choć spór o 268 hektarów trwa od 1958 roku, za PRL tą sprawą się nie zajmowano. Po sierpniu 1968 roku, kiedy Układ Warszawski najechał na Czechosłowację, odbieranie ziemi stało się jeszcze bardziej drażliwym tematem. Dopiero po 1989 roku zaczęto rozmowy trwające do dziś.
Sprawę poruszono po raz kolejny w lutym przy okazji wizyty w Polsce premiera Czech Mirka Topolanka. W marcu MSWiA wystosowało notę do czeskiej ambasady. Petr Kubera, rzecznik ambasady, tłumaczy, że sprawa jest trudna, bo mapy z 1958 r. są niedokładne – linie graniczne poprowadzono wtedy na mapie grubą kreską. A wiadomo, centymetr na papierze to czasem kilometr w rzeczywistości. Dlatego rzecznik prosi o cierpliwość.
A Lothar Wittek ma teraz dużo czasu. Gospodarstwo przekazał synowi. Sam grzeje się w słońcu i słucha, jak Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum”.
Wasz ulubiony blog o Republice Czeskiej Czechofil.com obchodzi 9 września czwarte urodziny! Świętuj wraz z Czechofilem, 3 Bros’ Hostel Cieszyn oraz Czeskim Marketem!
Miło jest mi przekazywać taką informację… Już za kilka dni miną dokładnie cztery lata odkąd mieszkając w Ostrawie zabrałem się za pisanie pierwszego prawdziwego bloga dotyczącego Czechów, ich kraju oraz kultury. Będę to powtarzał w nieskończoność, ale cztery lata temu nie było w polskim internecie żadnej sensownej strony dotyczącej naszych południowych sąsiadów.
Z miłości do Czechów i ich sposobu bycia powstała ta strona. Równolegle z nią prowadzony jest profil na Facebooku, gdzie również żywo dyskutujecie i komentujecie oraz pomagacie sobie nawzajem. Bardzo mnie to cieszy!
Aby móc podziękować Wam za to, że mnie wciąż czytacie, za to, że udzielacie się publicznie, za to, że mogę czuć Waszą aktywność i zaangażowanie… zapraszam Was do wzięcia udziału w atrakcyjnym konkursie!
4 lata – 4 tys. fanów na Facebooku – 4 nagody
KONKURS
Pokaż jak wielkim czechofilem jesteś!
Praca w formie zdjęcia, grafiki, kolażu, filmiku itp pokazująca nam, że to właśnie Ty jesteś największym czechofilem świata powinna być wysłana mailowo na czechofil@onet.pl bądź wrzucona na https://www.facebook.com/czechofile
NAGRODY
Autorzy najbardziej kreatywnych prac otrzymają:
1. miejsce: 80 proc. zniżki na nocleg dla dwóch osób w pokoju prywatnym z łazienką w cieszyńskim Hostelu 3 Bros’ Hostel Cieszyn*;
3. miejsce: zgrzewka Kofoli, napoju bogów (6 butelek po 2 litry) ufundowana przez Czeski Market;
4. miejsce: zgrzewka Kofoli, napoju bogów (6 butelek po 2 litry) ufundowana przez Czeski Market;
Na Wasze kreatywne prace czekamy do 14 września 2014 roku do godz. 23:59.
Termin ogłoszenia wyników: 15 września 2014 roku
*termin do ustalenia z obsługą Hostelu
Warto wziąć udział w urodzinowym konkursie, gdyż jeżeli jesteś na przykład początkującym czechofilem, to pobyt w Cieszynie, na samej granicy z Czechami pozwoli Ci poznać naszych sąsiadów, napić się Kofoli bądź piwa. Jeśli nie uda Ci się zdobyć nagrody głównej nic straconego – 12 litrów Kofoli osłodzi Twój żal i smutek. Jeśli jesteś jednak fanem czekolady Studentskiej bądź innych czeskich smakołyków 50 PLN na zakupy w Czeskim Markecie z pewnością sprawi Ci ogromną radość.
Rusz swoją głową i wspólnie z 3 Bros’ Hostel Cieszyn, Czeskim Marketem i portalem Czechofil.com świętuj 4. urodziny Najlepszego Bloga o Czechach w Polsce!
Czesi coraz bardziej rozkochują się w pocztówkach. W oddziałach czeskiej poczty sprzedano ich ponad 800 tys. w ciągu pół roku. Jest to wzrost o 15 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. Skąd ta miłość?
Najczęściej kupowane (ponad pół miliona sztuk) motywy to oczywiście święta wielkanocne czy też bożego narodzenia. Jest to zaskakujące, gdyż słyszy się, że ludzie coraz częściej odchodzą od pocztówek na rzecz SMS-ów. Czesi przeczą tej opinii i z roku na rok wysyłają pocztówek za miliony koron. Niestety Poczta Czeska nie umie powiedzieć ile z nich jest wysyłanych, a ile służy jako numizmatyczny eksponat.
Do wyboru, do koloru!
Wzory pocztówek z biegiem lat zmieniają się diametralnie. Koniec XIX wieku to czas widokówek z podobiznami polityków. Hitem jest kartka, której przód zdobi twarz cesarza Franciszka Jozefa I z roku 1908 czy też T.G. Masaryka. W roku 1938 w czeskich skrzynkach pocztowych można było znaleźć niemiecką kartkę z napisem Oswobodzenie Sudetów.
W czasach reżimu przód pocztówek zdobiły zdjęcia uśmiechniętych dzieci na wsi bądź przy świątecznych choinkach. Gdy zaczynało się lato, poczta wypuszczała często kartki ze zdjęciami najpiękniejszych miast i miasteczek w Republice.
Kartkę stwórz sobie sam
W dzisiejszych czasach ci, którym wzory współczesnych pocztówek nie odpowiadają, mogą swój własny wzór wysłać mailem czy tez poprzez aplikację mobilną, a twórcy Poczty Czeskiej stworzą wymarzoną kartkę na zamówienie. Wymarzony wzór pocztówki gotowy jest niemal natychmiast. W ciągu dwóch dni ma pojawić się u nas bądź innego adresata. Koszt takiej usługi to 26 koron już z VAT.
Wraz z rosnącą liczbą wysyłanych pocztówek maleje drastycznie liczba doręczanych listów. Zamiłowanie do widokówek może więc oznaczać niesłabnący sentyment do tego typu kontaktów. Duża jest również liczna kolekcjonerów i numizmatyków. A pocztówki to niezły interes. Za pieniądze ze sprzedaży tych najcenniejszych można zakupić sobie domek w górach. I uwierzcie mi, wiem co mówię.
Numizmatycy wymieniają się swoimi zbiorami raz w miesiącu w każdym mieście Republiki Czeskiej. Tworzone są targi staroci. Jednym z najbardziej znanych, na który ciągną tłumy Polaków z Cieszyna, Katowic czy Bielska jest ten organizowany w Ostrawie na słynnym już Výstaviště Černá louka.
Kilometrowe kolejki i ludzie czekający pod oddziałem Banku Narodowego Czech od wczesnego rana. Tak oto wygląda zbiorowa wymiana monet 50 halerzy oraz banknotów 20 koron u naszych południowych sąsiadów.
Czesi mieli sześć lat na wymianę waluty, która już dawno wyszła z obiegu. Ogromna ilość ludzi czekała jednak na ostatni dzwonek.
Mój syn przyniósł jedynie 32 monety do wymiany, ale przed nim była osoba, która miała ich 3 tysiące – mówi kobieta, która dostała z automatu kolejkowego numer 72. Wymiana trwa tak długo, że zdążyła jeszcze w międzyczasie załatwić wiele innych rzeczy w okolicy.
Niektórzy widząc kolejki odchodzą z kwitkiem bądź wykorzystują do zajmowania kolejki swoje dzieci i wnuki.
Monety 50h oraz banknoty 20CZK przestały być w użyciu w sierpniu 2008 roku, a do końca sierpnia tego roku można było je wymienić. W obiegu jest wciąż tyle bilonu i banknotów, że ich łączna kwota wynosi 287 milionów koron.
Banknoty 50 koron z wizerunkiem Anežky České można wymieniać na monety do końca marca 2017 roku.
Dwa i pół roku po śmierci Václava Havla czeski lewicowy rząd dystansuje się od jego filozofii i przestaje bronić praw człowieka.
Vaclav Havel i Dalajlama podczas spotkania w Pradze 2011
W ciągu ostatnich dwóch dekad w Czechach trwała walka polityczna między ludźmi, którzy twierdzili, że na całym świecie należy bronić wartości demokratycznych bez względu na interes ekonomiczny, oraz tymi, dla których ważniejszy był ekonomiczny zysk. Jednak pomimo wielu różnych ustępstw i postaw polityka zagraniczna trwała przy etosie wprowadzonym za prezydentury Václava Havla. Kraj, który poznał komunistyczny ucisk, starał się pomagać ludziom walczącym z reżimami totalitarnymi.
Kilka tygodni temu szef MSZ, odwiedzając Chiny, zdystansował się wobec dotychczasowej polityki wspierania chińskich dysydentów i tybetańskiego rządu na emigracji. Chińczykom, którzy obiecali dużym czeskim firmom ważne zamówienia oraz skierowanie nad Wełtawę większej liczby turystów, nie wystarczyło oświadczenie Zaoralka na konferencji prasowej. Zażądali też pisemnego memorandum.
„Czeska strona respektuje niezależność i integralność terytorialną Chińskiej Republiki Ludowej. Tybet jest nieodłączną częścią chińskiego terytorium. Czechy nie popierają niezależności Tybetu w jakiejkolwiek formie” – głosi memorandum.
Dopiero po jego podpisaniu Pekin wyraził zgodę na wizytę prezydenta Milosza Zemana. Zarówno głowa państwa, jak i czeski rząd liczą na to, że dojdzie wówczas do podpisania kontraktów handlowych.Zaoralek, który po powrocie znalazł się w ogniu krytyki prawicowej opozycji zarzucającej mu, że w niestosowny sposób podlizywał się chińskim komunistom, starał się jeszcze bronić. Zapewniał, że nie chodzi o żadną zasadniczą zmianę. W ostatnich dniach ministerstwo spraw wewnętrznych przyznało jednak, że „Havlowskie wsparcie dla praw człowieka ma się w Czechach ku końcowi”.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.