CZECHOFIL

NAJLEPSZY BLOG O CZECHACH

Posiada ziemię jednocześnie w Czechach i Polsce

Cztery lata temu zainteresowałem się losem pana Lothara Wittka ze wsi Rudyszwałd, którego ziemia została przedzielona słupkami granicznymi. Mieszkaniec gminy Krzyżanowice posiadał działkę jednocześnie w dwóch krajach a o zmianę przebiegu granicy walczył od roku 1958 roku.

Czy ktoś z Was wie czy Panu Lotharowi udało się dopiąć swego i przesunąć granicę? Jedyne co wiem, to że Pan Lothar oddał gospodarstwo synowi, a sam wyprowadził się do Niemiec. Ze zdjęcia w Google Maps wnioskuję, że granica nie została ruszona ani o milimetr, za to na działce po polskiej stronie pojawił się nowy budynek mieszkalny. Gdybym miał możliwość swój dom wybudowałbym jednak po czeskiej stronie. Przeczytajcie długi, ale niezwykle ciekawy artykuł z Newsweeka, który obrazowo przedstawią batalię pana Wittka z aparatem państwowym.

Kwiaty z jednego drzewa

Newsweek, 13-05-2007

Choć dla Ślązaka spod Raciborza granica państwa to rzecz umowna – porządek musi być. Choćby po to, by legalnie chodzić na swoją łąkę przed domem.

Jakby policzyć, ile razy Wittek nielegalnie przekraczał granicę, to by się z grzywien nie wypłacił do końca życia. Ale jak ma Wittek nie łamać prawa, gdy linia graniczna Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Czeskiej biegnie zaraz za oknem. Na jego ojcowiźnie, a przecież trawę musi kosić. Praworządnie to powinien iść dookoła, za dom, na drogę, przejść biało-czerwony szlaban. I tamtędy, z kosą na ramieniu, wejść na swoją łąkę. Dlatego już przed osiemnastoma laty napisał do ministerstw rolnictwa, spraw wewnętrznych, zagranicznych i wszelakich, że prosi o zmianę południowej granicy na swoją korzyść, a zatem i na korzyść Polski. – No bo ordnung, porządek, musi być – mawia.

Wittek nie wiedział wtedy, że swoim pismem przyłączył się do sporu granicznego, który od pięćdziesięciu lat Polska próbuje rozstrzygnąć z Czechami. W 1958 roku w ramach powojennego prostowania granicy polskie terytorium powiększyło się o 837,46 hektara, a czeskie o 1205,90 – w tym o jedną trzecią hektara Wittka. Tę różnicę – 268 hektarów

– Polska próbuje odzyskać. Dwa miesiące temu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wysłało do czeskiej ambasady notę z pytaniem, kiedy będzie można poprzestawiać słupki graniczne. Nie ma odpowiedzi.

U Wittka w Rudyszwałdzie w powiecie raciborskim gra muzyka. Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum” – jesteśmy kwiatami z jednego drzewa. Wittek dostał płytę z Die Deutsche Stimme aus Ratibor, niemieckojęzycznej redakcji z Raciborza. Zawsze, podobnie jak jego ojciec i dziadek, czyli Opa, czuł się niemieckim kwiatem. I tak jest do dziś. W domu ma niemiecką flagę, na ścianie wisi przedwojenna mapa Śląska, prezent od ambasady. Nawet jodła srebrzysta, która stoi na baczność przed domem, jest niemieckiego pochodzenia. Wittek przywiózł ją z Bawarii.

Przez lata walki o zmianę granicy państwowej u Wittka były już cztery telewizje – polskie i niemieckie, gazety i radio. Polskie i niemieckie media – uważa Wittek

– pisały na ogół prawdę. Tylko czeskie gazety nazywały go „Świński sąsiad”, bo mu się powojenny porządek nie podoba. Wittek chce odszkodowania od Czechów, którzy przez lata robili na jego działce, co chcieli, np. urządzili wysypisko, uznając ją za własność państwową. W jednym z polskich pism ukazał się tytuł: „Niemiec walczy o ziemie dla Polski”. Chwytliwe.

Potem wszyscy go pytali: Jak to jest z panem, panie Wittek? To może z pana żaden Niemiec?

A on przecież jest Ślązakiem niemieckiego pochodzenia z krwi i kości od kilkudziesięciu pokoleń. Wittek to nazwisko. Imię – Lothar. Ale wszyscy się do niego zwracają „panie Wittku”, bo to bardziej po polsku. Za PRL urzędnicy chcieli na jego ojcu wymusić spolszczenie imion jego i jego siostry – Ingebor. Dali spokój, gdy stary Wittek znalazł w polskim kalendarzu rolniczym wzmiankę o niejakiej Ingeborze Zakrzewskiej – działaczce słusznej politycznie.

Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.

Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.

Lothar Wittek urodził się kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ojca zabrali na front, był saperem w Wehrmachcie. Trafił do niewoli, wrócił do domu przez Syberię. Wittkowie uciekli na Zachód, ale zaraz po wojnie cofnęli się na swoje. Tam nie było życia, Niemcy byli narodem przegranym, bez praw, rządzili Amerykanie. A tu nadal siedzieli sami swoi. I czekali na powrót Niemiec.

– Tak po cichu to i dziś wielu tutejszych Ślązaków chce, żeby tu były Niemcy – mówi Wittek. Ale nie mówi tego z zawziętością, dla niego to oczywiste.

Siedzieli tu przecież od wieków. Porządek byłby większy. A polski rząd, na przykład, nie potrafi poradzić sobie w sprawie jego granicy z małą Republiką Czeską. Przy Niemcu to by była krótka rozmowa.

Ale mówi to Wittek jednoosobowo. Bo Ślązacy unikają zbiorowego wyrażania poglądów. – My jesteśmy taki naród: możemy ciężko pracować, nawet pod polskim pręgierzem, ale nikt się nie wychyla z tym, co naprawdę myśli.

W Urzędzie Gminy w Krzyżanowicach wójt Leonard Fulneczek, autochton, powie mi potem, że nie powinienem się dziwić temu, co mówi Wittek. Skrytość i nieufność to cechy śląskiej duszy. Tego nauczyła ich historia. Zwłaszcza na tych terenach, na przedwojennym styku trzech granic: polskiej, czeskiej i niemieckiej.

Na pytanie, kim jesteś, odpowiadało się w zależności od tego, kto pytał.

Na szczęście młode pokolenie – cieszy się wójt – w dużym stopniu wyzbyło się tego historycznego myślenia. Jak były mistrzostwa świata w futbolu, to miejscowi się radowali, że mają trzy reprezentacje: niemiecką, polską i czeską. I kibicowali tej, która doszła najwyżej.

Ale samo pojęcie granicy było i jest tutaj trochę inne – granice istnieją ledwie 80 lat, tyle co trzy pokolenia. Wcześniej były tylko Prusy. Potem linia na mapie zmieniła się kilka razy, ale więzi rodzinne zawiązane przez pokolenia pozostały. Sam wójt ma krewnych w Haci po czeskiej stronie.

Granica w życiu tutejszych jest tylko administracyjną kreską. Gdy pod koniec II wojny światowej nadciągnęły wojska radzieckie, a w ich składzie polscy i czechosłowaccy żołnierze, Ślązacy mieli przygotowane trzy flagi: polską – biało-czerwoną, trójkolorową czechosłowacką i radziecką – czerwoną.

Wspominają o tym autochtoni w wydanej niedawno książce „Wojna, pokój, ludzie” Krzysztofa Stopy: „Na domach powiesiliśmy czeskie fany (flagi). Wtedy byliśmy pewni, że już należymy do Czech. Po kilku dniach jednak Rosjanie kazali nam te trójkolorowe flagi pościągać, bo jak nam powiedzieli, jesteśmy Polakami! Gdy wycofywali się Niemcy, z samolotów zrzucali ulotki, w których było napisane, iż zostaniemy przyłączeni do Polski, lecz tylko na 50 lat. Wszystko to było trudne do pojęcia – chcieli nas Czesi, zagarnęli Polacy, a jeszcze na dokładkę mamili Niemcy”

– to relacja urodzonej w 1917 r. w Owsiszczu J.L. Książka jest współczesna; strach autorki relacji, która podała tylko inicjały – taki sam jak dawniej.

Od wojny granica Polski i Czechosłowacji przebiegała kilkadziesiąt metrów od zabudowań Wittka. Po polskiej stronie stała chałupa Schwenznera. Ale w roku 1953 podjechała ciężarówka z polskimi żołnierzami. Zeskoczyli, popatrzyli na kartkę i według niej na oko wytyczyli słupki nowej granicy. I co, że na łące Wittków? Co mógł zrobić Ślązak niemieckiego pochodzenia na polskiej ziemi polskiemu żołnierzowi, który wygrał wojnę? Nic. Granica przesunęła się w stronę Wittków, tak że zabrała do Czech gospodarstwo Schwenznera i przechodziła w poprzek łąki Wittków.

A tych prześladowano przez lata za rzekomą kontrabandę. Po wojnie z Czechosłowacji szmuglowało się obuwie, drożdże, artykuły krawieckie, a w drugą stronę słoninę i spirytus. Ich dom był stale na celowniku. Ale ojciec Lothara szmuglem się brzydził. Już raz pooddychał syberyjskim powietrzem i wystarczyło na całe życie. Dlatego Lothar do kościoła chodził parę lat na bosaka, a w domu się nie przelewało.

Na początku, przez pięć lat, można jeszcze było normalnie uprawiać swoją działkę. Sąsiad Schwenzner jeździł do pracy w Raciborzu. Aż do 1958 r., kiedy ratyfikowano oficjalnie nowy, wytyczony palikami przebieg granicy. Pojawili się żołnierze i któregoś dnia Schwenznera do pracy już nie puścili. Od tej chwili był w Czechosłowacji. A Wittek, żeby dokosić 15 arów łąki, musiał jeździć po pozwolenie do Raciborza.

Czas był nadal prawie wojenny. Wittek opowiada: – Raz gęsi zapędziły się na czeski kawałek łąki. Oma (babcia – przyp. red.) za nimi pobiegła, a tu żołnierz z drogi zaczął strzelać. Padłaby trupem jak nic, ale fater ją zdążył powalić na ziemię. Przeżyli.

Gęsi też wyszły bez szwanku.

Żeby uprawiać działkę, trzeba było uzyskiwać zezwolenia sezonowe – od 15 kwietnia do 15 października. Pod szlaban przychodził żołnierz ze strażnicy w Chałupkach i do godziny 15 czy 17, jak żołnierz miał służbę, można było chodzić w tę i z powrotem. Jeszcze później chodziło się na dowody osobiste. Dopiero odkąd Polska jest w Unii Europejskiej, szlaban dla małego ruchu granicznego jest podniesiony całą dobę. Tylko ciągnikiem nie wjedziesz, trzeba prosić, żeby żołnierze otworzyli koziołki.

Dla Wittka te koziołki to ostatni symbol zniewolenia. Dlatego wciąż pisze, gdzie się da, żeby mu wreszcie granicę z działki zabrali. Napiszcie, zachęca Wittek, że to problem 400 rolników. Tylu mniej więcej Czechów i Polaków ma działki po obu stronach całej granicy. Tylko że oni nie mają aż takich problemów jak Lothar Wittek.

Rodzina Józefa Barcza z Nowej Wioski ma hektar ziemi po polskiej stronie i trzy hektary w Czechach. Granica przecięła mu działkę pod lasem. I tak musiał dojeżdżać do pola ciągnikiem. Wsiadał na traktor, jechał ulicą Leśną do końca Polski. Dalej była droga, na której stał szlaban. Jak chciał przejechać na czeską stronę, dzwonił do strażnicy, przyjeżdżali i otwierali. To przejście jednak zamknięto, bo Czesi zaczęli z Polski przerzucać węgiel. Teraz jeździ do sąsiedniego przejścia, ale i tak w sumie do pola ma może kilometr.

Wójt Fulneczek nie wierzy, że Czesi oddadzą Polsce te 268 hektarów. Żadne państwo chętnie tego nie robi. Fulneczek nie ma pojęcia, czy w jego gminie przybędzie terytorium. Po wojnie w Rudyszwałdzie czy Owsiszczu Polska dostała trochę więcej ziemi, z kolei w Bolesławiu były przesunięcia na korzyść Czechosłowacji. Zwrot w naturze to trudna sprawa, bo po czeskiej stronie są nieuregulowane sprawy własności. Najpierw były tam pegeery, potem oddano ziemię pracownikom, którzy zwykle jej nie uprawiali. Teraz wiele ziemi dzierżawią od nich Polacy. To, co na papierze, często nie zgadza się z życiem.

Choć spór o 268 hektarów trwa od 1958 roku, za PRL tą sprawą się nie zajmowano. Po sierpniu 1968 roku, kiedy Układ Warszawski najechał na Czechosłowację, odbieranie ziemi stało się jeszcze bardziej drażliwym tematem. Dopiero po 1989 roku zaczęto rozmowy trwające do dziś.

Sprawę poruszono po raz kolejny w lutym przy okazji wizyty w Polsce premiera Czech Mirka Topolanka. W marcu MSWiA wystosowało notę do czeskiej ambasady. Petr Kubera, rzecznik ambasady, tłumaczy, że sprawa jest trudna, bo mapy z 1958 r. są niedokładne – linie graniczne poprowadzono wtedy na mapie grubą kreską. A wiadomo, centymetr na papierze to czasem kilometr w rzeczywistości. Dlatego rzecznik prosi o cierpliwość.

A Lothar Wittek ma teraz dużo czasu. Gospodarstwo przekazał synowi. Sam grzeje się w słońcu i słucha, jak Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum”.

Advertisements

Information

This entry was posted on 17 września 2014 by in Historia, Miejsca, Podróże, Społeczeństwo and tagged , , .

KONTAKT

czeskaholka@gmail.com

FACEBOOK

facebook.com/czechofile

CZECHOFIL

© Czechofil 2010-2016. All rights reserved.

ARCHIWUM

%d bloggers like this: