Cyryl i Metody

W Kościele Prawosławnym Czech i Słowacji święto obchodzone jest 5 lipca wg kalendarza gregoriańskiego.

cyryl.jpg

Cyryl i Metody dużą część swojego życia poświęcili idei równouprawnienia Słowian, zrównania ich z wielkimi narodami ówczesnego świata. Działalność świętych okazała się niezwykle ważna dla kultury Słowian, zapoczątkowując rozwój języka i piśmiennictwa.

pl.wikipedia.org/wiki/Cyryl_i_Metody
cs.wikipedia.org/(…)Cyril_a_Metod%C4%9Bj…

Jan Hus

Hus jest twórcą literackiego języka czeskiego, dla którego stworzył ortografię ze specjalnymi znakami diakrytycznymi. Jego aktywność jako pisarza przyczyniła się do rozkwitu literatury czeskiej; dzięki niemu język czeski stał się w XV wieku najbardziej rozwiniętym językiem słowiańskim i wzorcem dla literackiego języka polskiego.

Kościoły protestanckie uznają Jana Husa za bohatera wiary i męczennika. W Kościołach anglikańskich jest on świętym. Luteranie i anglikanie wspominają życie Jana Husa 6 lipca.

Jan_hus_1.jpg

Hus propagował poprawną wymowę wg wzorca staroczeskiego: protestował przeciwko wymawianiu y jak i oraz ł jak l ; bronił także prawidłowej wymowy długich samogłosek: ó, ú, ý (co nie przyniosło rezultatu).

W dziedzinie fleksji i słownictwa Hus był innowatorem: wprowadził nowe, powszechnie używane, formy odmiany czasu przeszłego. Propagował wyrazy ze słownictwa potocznego, do tego stopnia, że używał ich nawet w swoim tłumaczeniu Biblii (np. Pán zamiast Hospodin). Było to spowodowane demokratycznymi poglądami Husa oraz chęcią dotarcia do jak najszerszych warstw społecznych.

Ogromne znaczenie miało dzieło Husa De orthographia bohemica (1410), które wprowadziło do języka czeskiego proste znaki diakrytyczne (przyjęte następnie przez języki łużyckie, język chorwacki i język słoweński).

Działalność Husa nie ma odpowiednika w historii innych języków słowiańskich: walczył z obcymi wpływami w języku czeskim, dbał o przejrzystość stylu i demokratyzację języka, czyli zmniejszenie różnicy między wersją mówioną i pisaną. Od tego czasu literacką czeszczyzną zaczęły posługiwać się wszystkie warstwy społeczne, w tym husyccy chłopi.

Przez swoją działalność został uznany za heretyka. Głównym tego powodem było negowanie przez Husa boskiego pochodzenia władzy papieży.  6 lipca 1415 został spalony żywcem na stosie poza murami miasta. Umarł śpiewając Kyrie eleison (Panie, zmiłuj się), a heroiczna śmierć umocniła przekonanie o jego świętości i niewinności wśród jego zwolenników. Na miejscu kaźni znajduje się dziś pomnik upamiętniający jego śmierć.

hus.jpg

Śmierć Husa stała się powodem do wybuchu powstania w Pradze, które ogarnęło całe Czechy i stało się początkiem wojen husyckich.

Ukształtował się również w Czechach odrębny Kościół taborycki (mimo iż nie było to bezpośrednim zamiarem Husa), który udzielał wiernym komunii pod dwiema postaciami i który uznał Husa i Hieronima z Pragi za męczenników, a następnie stopniowo stworzył doktrynę podobną do późniejszego kalwinizmu. Wyznawcy tego Kościoła to znani w Polsce, Niemczech i wielu innych krajach bracia czescy (znani później jako bracia morawscy). Kościół husycki odrodził się w Czechosłowacji w 1920, a wspólnoty braci morawskich istnieją w wielu krajach świata. Trwałym skutkiem epoki wojen religijnych pozostał na ogół niechętny stosunek Czechów do Kościoła rzymskokatolickiego.

Monumentalny pomnik Husa (dzieło Ladislava Šalouna) wzniesiono w 1915 na Rynku Staromiejskim w Pradze, w pięćsetną rocznicę jego śmierci. Rocznica spalenia Husa (6 lipca) jest w Republice Czeskiej świętem państwowym i dniem wolnym od pracy.

Janowi Husowi przypisuje się powiedzenie: O, sancta simplicitas – O, święta naiwności – ponoć wypowiedziane przez niego na stosie, a odnoszące się do starej kobiety, która pobożnie pomagała podkładać chrust pod jego stos. Używał też często zaczerpniętego z 3 Księgi Ezdrasza (3,12) zdania Veritas omnia vincit (prawda wszystko zwycięży), które dostało się w skróconej formie na flagę czechosłowackich oraz czeskich prezydentów.

pravda_vitezi.jpg

Wietnamczycy

*Wietnamskie nazwisko Nguyen znalazło się na dziewiątym miejscu najpopularniejszych nazwisk w Czechach. Obecnie nad Wełtawą nosi je nieco ponad 21 tys. ludzi – wynika z rankingu czeskiego portalu internetowego kdejsme.cz*

Nazwisko Nguyen znalazło się w rankingu między powszechnie znanymi w Czechach nazwiskami: Dvořak i Černa.

Według statystyk, Nguyen jest najpopularniejszym nazwiskiem w Wietnamie; szacuje się, że tak właśnie nazywa się ponad 40 proc. obywateli tego kraju. Jak tłumaczy cytowany przez media w Pradze czeski wietnamista i socjolog Jiři Kocourek, nazwisko to wywodzi się od cesarskiej dynastii rządzącej w Wietnamie w XIX i XX wieku.

W Czechach mieszka około 70 tysięcy Wietnamczyków. Po Słowakach i Ukraińcach tworzą trzecią pod względem liczby mniejszość narodową.

Wysoka pozycja Nguyenów w rankingu może wynikać też z tego, że w tym przypadku nie uwzględniono pełnej formy nazwisk, np. członów wskazujących na płeć.

Statystyki badające pozostałe nazwiska w Czechach klasyfikują je zależnie od rodzaju. Stąd też na pierwszym miejscu rankingów popularności znalazło się kobiece nazwisko Novakova, a tuż za nim, na drugiej pozycji, jego męski odpowiednik – Novak. Dalej – na trzecim i czwartym miejscu – są panie o nazwisku Svobodova i Novotna, a następnie – na piątym i szóstym – panowie nazywający się Svoboda i Novotny.

Zdaniem Kocurka, Nguyenowie nie będą już zbytnio awansować w statystykach badających powszechność nazwisk w Czechach. – Obecnie Wietnamczycy już do nas nie przyjeżdżają w tak zawrotnych liczbach. Sądzę, że udział Nguyenów znacząco się nie zmieni – dodał socjolog.

Obecnie w Republice Czeskiej mieszka 21 tys. 200 ludzi noszących nazwisko Nguyen.

Nguyen jest także siódmym pod względem popularności nazwiskiem w Australii.

PAP

*Kto z Was kupił u Wietnamca na rogu pyszny chleb i gacie za 30 koron?*

Tabor

Z cyklu „Czeskie spotkania” – Tabor
*Miasteczko Tabor co roku świętuje pamięć reformatora Jana Husa i oddaje cześć czeskiej dumie narodowej*

Nawet gdy tu, na dole jest chłodno, nawet kiedy trzeba się schylić, a wzrok nie odnajduje niczego więcej niż tylko sklepione skalne ściany i proste lampy, można mieć wrażenie, że jest to właśnie miejsce, w którym zaczyna się rozumieć usposobienie Czechów. Ich odporność, asertywność, upór. – To jedna z najgłębiej położonych piwnic, znajdujemy się dwanaście metrów pod ziemią – mówi Marta Kratochvilová. Ta 33-letnia pracownica miejskiego muzeum przez prawie pół godziny prowadziła gości korytarzami, jakie ciągną się pod historycznym rynkiem starego miasta Tabor. Ciemny labirynt miał kiedyś długość prawie 14 kilometrów, jego budowę rozpoczęto wkrótce po założeniu miasta w 1420 roku. Można było się tutaj schronić przed wrogami i pożarami, tu dojrzewało również piwo i magazynowano żywność. Dziś dostępnych jest około 550 metrów trasy, która otacza gotycki ratusz.

Nie jest przypadkiem, że właśnie Tabor potrzebował takich zabezpieczeń. Jego założycielami byli wojowniczy religijni radykałowie, a ich czyny mają niewiele sobie podobnych w całej historii Czech i Europy. Przed 600 laty wywarli na długo wpływ na losy naszego kontynentu. Był to czas pierwszych wielkich wojen religijnych i pierwszej europejskiej rewolucji – czas husytów.

Południowoczeskie miasteczko Tabor ze swoimi przyłączonymi i nowszymi częściami, liczące dziś 37 tysięcy mieszkańców, może pochwalić się wspaniałymi świadectwami tamtej epoki, stanowiąc tym samym wielką atrakcję dla interesujących się kulturą turystów, również tych z Niemiec. Zaczęło się właśnie coroczne święto husyckie, z zabawami, koncertami i prezentacjami historycznymi, które potrwa aż do późnego lata, a we wrześniu zakończy się wielkim korowodem amatorskich aktorów, przebranych w historyczne kostiumy.

To folklorystyczne ożywienie dotyczy epoki o fundamentalnym znaczeniu dla tożsamości narodowej Czechów. Stała ona pod znakiem Jana Husa, żyjącego w latach 1370-1415. Ponad sto lat przed Niemcem Marcinem Lutrem podważył on autorytet papieża, napiętnował sprzedawanie przezeń odpustów, jego ziemskie dobra i rozpustę kleru. Żądał, by podstawę nauk religijnych stanowiło jedynie Pismo Święte. Ewangelię głosił po czesku, stając się tym samym czołową postacią, która przyczyniła się do rozwoju rodzimego języka, oraz apostołem oporu przeciwko dominacji Niemców i niemieckich prałatów, kierujących Kościołem w ówczesnym Królestwie Czech. Prześladowano go jako heretyka, a w 1415 roku Jan Hus zapłacił za swoją odwagę śmiercią na stosie, mimo że cesarz osobiście zagwarantował mu bezpieczeństwo „listem żelaznym”. Dzień, w którym zginął, 6 lipca, do dziś obchodzony jest w Czechach jako święto narodowe.

wiadomosci.onet.pl

mesto-tabor.jpgtabor.jpgtabor (1).jpg

Karlovy Vary

*Karlowe Wary słyną na całym świecie z leczniczych wód termalnych.  Dawniej częstymi gośćmi uzdrowiska byli arytokraci, poeci i monarchowie. Dzisiaj Czesi skarżą się, że szacownej miejscowości nadają ton nowi Ruscy*

Dowcipnisie powiadają, że Karlowe Wary dzielą się przy poczcie głównej na dwie części: czeską i rosyjską. Neobarokowy budynek poczty ozdobiony kolumnami i balustradami wzniesiono w 1904 roku. Eleganckie posągi we wnętrzu budowli świadczą o dawnej zamożności miasta.  Po prawej stronie od poczty rozpoczyna się miejski deptak – biegnie obok domów handlowych, ratusza, budek z jedzeniem i kończy się przy dworcu autobusowym. To „czeska” część Karlowych Warów. Po lewej stronie,  gdzie znajduje się postój dorożek rozpoczyna się część „rosyjska” – prowadzi wzdłuż wybetonowanego koryta rzeczki Tepla, potem wiedzie w górę doliny do restauracji, hoteli, źródełek z alkaliczno-słoną wodą i wytwornej promenady.

Wielu mieszkańcom Karlowych Warów nie przypadłby do gustu powyższy opis. Niedawno pewien rosyjski przewodnik podwyższył ciśnienie zastępcy burmistrza Jirzemu Klsákowi, gdy zwrócił się do swoich rodaków: „Oto poczta główna, wszystko co widzicie po tej stronie jest w naszych rękach”.

karlovy.jpg

Przewodnik miał na myśli historyczne centrum Karlowych Warów, które ponad trzysta lat temu rozsławiło uzdrowisko w całej Europie. Źródełka z leczniczą wodą, sanatoria, łaźnie termalne przyciągały władców, poetów, muzyków, arytokrację i zamożne mieszczaństwo. Dawniej większość kuracjuszy stanowili Niemcy i Rosjanie. Obecnie miastu nadają ton bogaci Rosjanie i mieszkańcy byłych republik radzieckich. Przybysze ze Wschodu kształtują codzienne życia uzdrowiska. Najczęściej można ich spotkać przy źródełkach z leczniczą wodą. W dłoniach trzymają kubki tzw. becherki z zabawnym dziobkiem i popijają wodę mineralną. Większość wygląda na ludzi zamożnych i stara się nie zwracać na siebie uwagi zbyt głośnymi rozmowami.

Dyskretna, lecz wszechobecna dominacja Rosjan tworzy współczesną atmosferę Karlowych Warów. Nie należy do rzadkości, że pracownicy sklepów jubilerskich, czy kawiarni zagadują kuracjuszy po rosyjsku. W oknach biur podróży i agencji nieruchomości wiszą informacje pisane cyrylicą. W delikatesach także króluje język rosyjski. Ponad dwadzieścia lat po obaleniu władzy komunistycznej i zakończeniu okupacji kraju – ku powszechnej radości Czechów – Rosjanie powrócili w nowej roli: kuracjuszy, klientów i mieszkańców.

– Rozumiemy ich obecność jako konieczność historyczną i musimy pogodzić się z faktami – przyznaje 57-letni Jiri Klsák podczas rozmowy w miejskim ratuszu. Twarz polityka okala siwa broda, długie włosy spadają na kołnierzyk koszuli, a dzwonek na komórce obudziłby nawet zmarłego. Klsák jest z wykształcenia archeologiem i od wielu lat kieruje „Stowarzyszeniem na rzecz rozwoju regionu karlowarskiego”. Od pięciu miesięcy piastuje urząd zastępcy burmistrza. Nowe stanowisko zawdzięcza politycznemu trzęsieniu ziemi, wywołanemu przez Rosjan wypoczywających w Karlowych Warach. Przez ostatnie osiem lat w czeskim uzdrowisku, położonym pół godziny jazdy samochodem od granicy z Bawarią, rządziła wielka koalicja, złożona z centroprawicowej Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS) i Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej (CSSD). Ich polityka tak zalazła mieszkańcom za skórę, że wybory samorządowe w październiku 2010 roku przyniosły spektakularne zwycięstwo koalicji złożonej z trzech inicjatyw obywatelskich i partii konserwatywnej TOP 09, założonej przez czeskiego szefa dyplomacji Karela Schwarzenberga. Nowi włodarze miasta opowiadają się przeciwko nadmiernemu liberalizmowi gospodarczemu uprawianemu przez poprzedników.

Autor: Klaus Brill

Polacy oczami Czechów

*Ziemowit Szczerek*

neznamy-soused.jpg

Facebookowy profil „wypowiedzmy wojnę Czechom i im się poddajmy” zgromadził prawie 5000 użytkowników. Czesi mają inną facebookową grupę: „Chceme moře místo Polska”. Czesi do polskiego entuzjazmu podchodzą nawet nie tyle chłodno, co obojętnie.
Dwa stereotypy Czecha: inteligencki i plebejski
W Polsce funkcjonują dwa stereotypy Czecha. Pierwszy to stereotyp – nazwijmy go – inteligencki.
Czyli taki: Czesi lubią spokój, a nie cierpią egzaltacji. Śmieją się z zabobonów, w tym religijnych. Lubią sami siebie i mają do siebie zdrowy dystans. Ten dystans owocuje najlepszą na świecie literaturą i kinematografią.
Czy najlepsze na świecie piwo również jest efektem tego czeskiego dystansu – nie wiadomo, ale czeskie piwo najlepsze na świecie jest.
Polski inteligent postrzega Czechy jako kraj, w którym kultura wysoka w bezpretensjonalny sposób miesza się z niską: Jaromir Nohavica, czeski bard, raczej nie zaśpiewałby „Murów” czy „Modlitwy o wschodzie słońca”. Nie znaczy to, że Nohavica unika poważnych tematów: wręcz przeciwnie. Tyle, że śpiewa je z pozycji prostego „Jarka z Ostrawy”.
Drugi to stereotyp – nazwijmy go – plebejski: Czesi (czyli Pepiczki) to podlizujący się Niemcom tchórze, którzy wolą pić piwo, niż walczyć. Nie mają za grosz honoru ani, jako ateiści, żadnych wartości. To jałowa ziemia.
Trudna czechofilia
Stereotyp plebejski dominuje na forach internetowych. W artykułach, reportażach, esejach – dominuje stereotyp inteligencki. Przestaje on być bezkrytyczny: powoli rozpętuje się debata nad polskim postrzeganiem Czechów. Prym w niej wiedzie Mariusz Szczygieł, którego „czeska dylogia” jest już biblią polskiego czechofila, przy czym nie jest to „czechofilia na kolanach”. Czechofile zdają sobie sprawę, że ich miłość do Pepików jest trudna i raczej nieodwzajemniona.

(…)

Zacofana Polska
Polska dla przeciętnego Czecha to jeden z krajów szeroko pojętego, zacofanego Wschodu. Taka kolejna Rosja, Białoruś czy Ukraina – tyle, że używa się w niej łacinki w miejsce cyrylicy, a wierni rozmodlają się w kościołach, a nie w cerkwiach. No i nie było tu ZSRR, choć na pierwszy rzut oka trudno to dostrzec.
Słowem – stereotyp na temat rozwoju cywilizacyjnego naszego kraju przypomina polski stereotyp względem Rosji, Białorusi i Ukrainy.
„W świadomości czeskiej Polak uchodzi jednak za szlachciurę, zadufka, nieroba i pijaka. […]” – pisze Edmund Lewandowski pisze w „Pejzażu etnicznym Europy”.
„[…] Czesi uważali nas, Polaków, za naród skrajnie biedny i zacofany, przyjeżdżający do Czech (czy też Czechosłowacji, bo mieszkałam tam w czasie, kiedy Czechosłowacja właśnie się rozpadała) tylko po to, żeby handlować na bazarze podróbkami. – Pisze na forum portalu „Odyssei.com” niejaka „Fen.”, która w Czechach przez kilka lat mieszkała.
Jak można być dumnym z brudnych miast?

Na forum “INTERII.PL” odbyła się w 2009 roku polsko-czeska debata. Czech mieszkający w Polsce, podpisujący się „Andermartisson”, pisał tak (pisownia oryginalna): „pierwsze wrażenie większości Czechów przyjeżdżających do Polski to brudne domy i brak autostrad. Przeczętny Czech nie rozumie dumie a priori, uważa że dumny może ktoś ze swojego państwa być tylko wtedy jak jego państwo jest ładne i bogate – i po to Czesi często nie zrozumieją polską dumę, jak jednocześnie myślą o Polsce jako o kraju biednym. Niestety jest większość polskich miast przy granicy z Republiką Czeską naprawdę brudna i Czesi którzy to widzą nikdy nie zobaczą przeładny Kraków, Wrocław lub inne naprawdę piękne miasta w Polsce – bo są daleko i bez autostrad trudno tam dojechać”.
„Koń jaki jest, każdy widzi, gdyby mógł być ładniejszy, czy zdrowszy, byłby. Możesz się porównywać z Eskimosami, na Grenlandii, albo Maorysami z Nowej Zelandii, wtedy jaskrawiej zobaczysz różnice, i łatwiej je zrozumiesz” – odpowiada mu całkiem rozsądnie Polak, „ArtBlues”, przy czym nie byłby sobą, gdyby nie dodał: „Byłem raz w Czechach, w Zlatych Horach (?) i jakoś estetyka i glanz mnie nie poraziły :)”.
Gulasz z blaszanych bud
Zresztą – plebejska wersja czeskiego stereotypu Polski najlepiej prezentuje się w czeskiej wersji „Uncyclopedii” (w Polsce znanej jako „Nonsensopedia”). Pod hasłem “Polska” przeczytać można m.in. , że polskie miasta to gulasz wykonany z blaszanych bud.
Polacy w nonsensopediowym artykule poświęconym Czechom odgryzają się, że „powstanie w Pradze to doskonały materiał dla przemysłu filmowego. Trwało krócej niż reklamy na TVNie” i czepiają się „nijakiego” smaku czeskiego piwa. Wiedzą jednak też, że świat nie zniknie, gdy się zamknie oczy: „zimą wśród Polaków można zauważyć wzrost nienawiści wobec Czechów z podtekstami na tle rasowym (ich drogi są czarne, a nasze są białe)” – czytamy zrezygnowaną konstatację.
Polak w maluchu
Polak dla przeciętnego Czecha to nadal, jak w latach 90-tych, cwaniura i handlarz w maluchu.
Na polskich drogach maluchów już niewiele, polskich handlarzy w Czechach jeszcze mniej, o ile w ogóle jeszcze się jacyś uchowali, ale plebejski stereotyp jest bardziej żywotny od życia.
Maluch okręcony z każdej strony każdym możliwym do spieniężenia towarem, jak – używając kolejnego stereotypu – autobus w Indiach, to nadal eksportowy obrazek polskiego sposobu wojażowania u szanownych sąsiadów z południowego zachodu.
Nieznany sąsiad
„Neznamy soused” (nieznany sąsiad), to główny temat jednego z numerów magazynu „Nový Prostor” (z 2007 roku). Znajdziemy tam m. in. rysowany prostą kreską komiksowy reportaż z podróży do Polski. Polacy piją obrzydliwe piwo z jeszcze obrzydliwszym sokiem, a żywot im płynie pomiędzy blaszanymi budami z mydłem i powidłem. (Cały numer „Prostora” (w PDF-ie) można ściągnąć stąd ).
Polska w oczach Czechów to – przede wszystkim – coś, czemu nie warto poświęcać większej uwagi. Jeśli jednak się już ją poświęci – widać głównie wschód.

bramborsko.jpg

Czeski „tchórz” i „polska brawura”
Czesi doskonale wiedzą o łatce tchórzy, którą przypinają im nie tylko Polacy, ale Europa w ogóle.
“Szwejkami nazywa nas połowa Europy” – mówi Lucie Kněžourková w wywiadzie dla „Dziennika Zachodniego”, opublikowanym także w „Panoramie Kultur”.
Wielu Czechów stoi jednak na stanowisku, że ich postawa podczas II wojny światowej była jedyną, która miała jakikolwiek sens. Owszem, można było walczyć i ginąć – tylko po co? Co by to dało? Dać się pozabijać dla samej walki? Przecież to – ze zdroworozsądkowego punktu widzenia – horrendalny idiotyzm!
Ale nie zawsze tak było.
„Podczas wojen husyckich” – pisze Lewandowski – „Czesi walczyli znakomicie. Natomiast po klęsce w 1620 [pod Białą Górą – przyp. Z.S] roku nie próbowali już akcji zbrojnej. W przeciwieństwie do Polaków, którzy organizowali powstania, wykonywali pracę organiczną. Nie potrafią fascynować się wojną. Nie podziwiają bohaterskiej śmierci na polu bitwy. W języku czeskim jest valka i vojak, ale nie ma wojenki”.
„Pochwałę umierania podczas wojny, którą wygłosił kapelan oberfeldkurat Ibl, Szwejk nazywa bałwanieniem do kwadratu” – pisze Lewandowski, i dodaje: „Czesi są narodem laickim, pragmatycznym, konserwatywnym, demokratycznym, pacyfistycznym i pogodnym. […] W kolejkach stoją długo i cierpliwie. Etos mieszczańsko-protestancki wyznacza ich stosunek do pracy i pieniądza. W porównaniu z Polakami są mniej uczuciowi, raczej pozytywistyczni, niż romantyczni”.
Polak – szaleniec
Z drugiej strony funkcjonuje czeski wobec Polaków stereotyp narodu odważnego, a raczej brawurowego, którego brawura przekracza granice zdrowego rozsądku i jest szaleństwem i głupotą.
W artykule “Dobry wojak Czech” Aleksandra Kaczorowskiego przeczytać można, co też sądził Hrabal na temat polskiego zamiłowania do wojaczki:
„Kiedy słyszałem o tragedii Polski, do płaczu doprowadzały mnie opowieści o tym, jak pułki polskiej kawalerii szarżowały na niemieckie czołgi, wszyscy ci polegli Polacy walczący konno przeciw czołgom byli dla mnie objawieniem, antycznym mitem, jak ten grecki hoplita, który, aby uniemożliwić ucieczkę wrogiej perskiej łodzi, sam jeden trzymał łódź rękoma, a kiedy ucięli mu ręce, wgryzł się zębami w linę i dopiero gdy perscy żołnierze odcięli mu głowę, łódź odpłynęła…”.
Podziw miesza się tu z osłupieniem – komentuje Kaczorowski, dodając, że osłupiały Czech, to Czech sceptyczny. – „Polak uczy się na błędach; Czech – by znów zacytować Hrabala – mawia w takich razach: „Trzeba było siedzieć na dupie w domu. […] My napinamy muskuły, przelewamy krew, święcimy we własnym gronie nieznane reszcie świata rocznice – a górą i tak zawsze są Czesi.”
Głupio-mądry Szwejk, który robi z siebie udawanego błazna, bo nie zamierza prawdziwym błaznom dać się bez sensu zabić, to „śmiejąca się bestia”, która wyszydzi każdy patos prowadzący do prucia flaków w imię umownych pojęć. Szwejk zawsze zatrzyma się w punkcie, za którym zdrowy rozsądek, nakazujący nie tylko przeżyć, ale także jako-tako żyć, przegrywa z egzaltowanymi ideami. Bo uważa, że zdrowy rozsądek w zupełności wystarczy, by przeżyć to życie tak, by dawało przyjemność i satysfakcję. A z egzaltowanych idei często i gęsto jest nieszczęście.
W polskim postrzeganiu Szwejk to Czech. Szwejkoid Chudej pojawia się filmie Lecha Majewskiego „C.K. Dezerterzy”. W ogóle wizerunek Czecha w polskiej popularnej kulturze to uśmiechnięty, krępy, mędrkujący, gadatliwy brzuchacz z kuflem piwa w ręce. Czyli Szwejk właśnie.

CAŁOŚĆ: www.ahistoria.pl/(…)co-sadza-i-sadzili-czesi-o-pola…
ORAZ: www.novyprostor.cz/pdf/293.pdf

Dziękuję Arkowi za linka.

Obrazki z Czech

*Książka Jolanty Piątek to dwa w jednym – subiektywny krótki przewodnik po Czechach ze wskazaniem miejsc wartych odkrycia i poradnik dotyczący praktycznej strony życia po drugiej stronie Karkonoszy. I jest warta uwagi zwłaszcza ze względu na ten drugi element, w polskich wydawnictwach poświęconych podróżom rzadko obecny*

z8955959X.jpg

Owszem, mamy w nich adresy hoteli, muzeów i restauracji, ale praktyki życia codziennego z osobistej perspektywy niewiele. Tej strony polskiej tęsknoty za Czechami nikt dotąd nie dostrzegł i nie próbował wykorzystać. Piątek to robi i chwała jej za to, choć po jej książkę powinni sięgnąć nie tylko ci, którzy marzą o przeprowadzce na najbliższe nam południe.

Autorka to wrocławska dziennikarka radiowa, żona Mirosława Jasińskiego, byłego dyrektora Instytutu Polskiego w Pradze. Razem z nim na dziewięć lat trafiła do czeskiej stolicy, dokąd zabrała dwoje dzieci – jedenastoletniego Olka i trzyletniego Kubę, z początku mocno zbuntowanych przeciwko planom przeprowadzki. Szybko jednak wszyscy poczuli się jak u siebie w domu: „Nawet nie wiem, kiedy się zadomowiłam. Nagle, nim się obejrzałam, zaczęłam rozumieć, co do mnie mówią w sklepie, dzieci znalazły znajomych, ja – lekarza dla dzieci (…), sąsiadka przychodziła pożyczyć mąkę, a kelner w pobliskiej knajpie witał jak stamgasta: długo was nie widziałem”.

I rzeczywiście, jak wynika z tej lektury, w Czechach łatwo się zaaklimatyzować – w szkołach mniej więcej te same problemy co u nas, służba zdrowia bardziej przyjazna pacjentom, a jeszcze do tego pozostała po czasach C.K. tradycja celebrowania rozmaitych bali i biesiadowania przy suto zastawionych stołach. No i zamki i pałace, rozrzucone po tym niewielkim kraju tak hojnie, że nie trzeba długo podróżować, żeby odkryć prawdziwe skarby. Z książki dowiemy się też, że wyjazd do Pragi w ostatni tydzień roku uderzy nas po kieszeni o wiele bardziej niż w innym terminie, że 200 koron za knedliki z gulaszem to gruba przesada, a także dlaczego w Czechach Polak zaczyna szybko tęsknić za warzywami i dobrym chlebem, który wprawdzie po długich poszukiwaniach udaje się znaleźć, ale wyłącznie w sklepach prowadzonych przez Wietnamczyków. W zaskoczenie wprawi czytelników wiadomość, że niegrzeczne czeskie dzieci zamiast rózgi dostają węgiel, a zlaicyzowane społeczeństwo toczy właśnie bój o Jezuska, przynoszącego prezenty pod choinkę, którego próbuje ocalić przed zagrożeniem z Zachodu – Santa Clausem.

„Obrazki z Czech” czyta się lekko i przyjemnie, co jest zasługą przyjętego przez autorkę stylu – niezależnie od tego, czy pisze o zamku w Duchcovie, gdzie ostatnie lata życia spędził Casanova, czy o potyczkach z właścicielem domu, od którego wynajmowała mieszkanie, nie gubi subiektywnej, osobistej perspektywy.

Jolanta Piątek, „Obrazki z Czech”, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe, Wrocław 2010

Czeskie opowieści

*Czy czeska láska różni się od naszej miłości? Uczucie między dwojgiem ludzi ma niejedno oblicze*

kochaj.jpg

Nieśmiałemu maszyniście z malutkiej stacyjki przyniesie najprawdziwszy cud kolejowy i sprawi, że w oczach ukochanej ujrzy prawdę oraz szczere uczucie. Przypadkowy pasażer taksówki odkryje, że można kochać za mocno, a niemłody aktor odnajdzie prawdę o swoim sercu w… daczy nad jeziorem i maszynie do pisania. Pierwszy zawód miłosny przeżyje dorastający uczeń, zdając sobie sprawę, że często nic nie jest takie, jakim się wydaje. Spotkanie wykładowcy ze studentką przyniesie zupełnie nieoczekiwane zakończenie a mąż-businessman drogo zapłaci za dogadzanie żonie wizytami u energoterapeuty.

Seria Czeskie Opowieści po raz trzeci przynosi zbiór dziewięciu niezwykłych opowiadań współczesnych czeskich autorów, które tym razem skupiają się na miłości. Uczucia rodzące się między ludźmi w bardzo różnych miejscach i okolicznościach stanowią kanwę opowieści, jakie składają się na niniejszy tomik. Miłość i zauroczenie zaskakują, uderzają nagle, żeby ściąć z nóg lub uskrzydlić. Polscy Czytelnicy znów mają okazję zajrzeć w czeską duszę, by przekonać się, na ile jesteśmy podobni i czy Czeszki… oraz Czesi czują inaczej.

gblogo.jpg

Czeskie opowieści II

gblogo.jpg

*Czytając najnowszą pozycje od Good Books nie mogłem się oprzeć i sięgnąłem po trochę starszą książkę, drugi tomik z cyklu „Czeskie opowieści”*

dwa.jpg

Matki, żony i kochanki widziane oczami najciekawszych czeskich pisarzy.
Dziewięć niezwykłych opowieści o kobietach to nie tylko zabawa
stereotypami, ale i intrygująca podróż po kobiecej psychice. Miłość, pasja,
zdrada i zemsta przeplatają się w nich ze sobą, tworząc wyrazisty i
zmysłowy obraz współczesnej czeskiej kobiety.
Czy bliżej jej do matki Polki, czy też do kochanicy Francuza?

Niezmiernie fascynująca pozycja!

O kobietach… Czeskie Opowieści: Irena Dousková, Daniela Fischerová, Eva Hauserová, Ivan Klíma, Věra Nosková, Halina Pawlowská, Iva Pekárková, Michal Viewegh

*Lektura opowiadań skłoniła mnie do refleksji – czy to możliwe, że my kobiety, takie właśnie jesteśmy: bojaźliwe, naiwne, czasami przebiegłe czy mściwe? Bywamy… Ale ja jestem przekonana, że o wiele bardziej jesteśmy przebojowe, radosne, pomysłowe, troskliwe, kochające i pragnące miłości!… W książce „O kobietach…” znalazłam szeroki obraz współczesnych kobiet – z krwi i kości, z wszystkimi naszymi zaletami i wadami (oczywiście, te w zdecydowanej mniejszości). Doceniam odwagę autorów, którzy nie bali się pokazać złożoności kobiecej natury, nie ograniczyli się jedynie do ukazania jedynie jej przyjaźniejszej strony. Odczułam pewien rodzaj ulgi, że w tym wyidealizowanym i nieco plastikowym świecie autorzy pozwalają kobietom na chwile słabości – uznają je za normalne czy może nawet na swój sposób urocze. Książka rozśmiesza, smuci i budzi wiele innych emocji – najważniejsze jednak, że jako kobieta mogę śmiało podpisać się pod prawdami, które niosą za sobą zawarte w niej opowiadania. Polecam! PS Podsuńcie książkę swoim mężczyznom, może jeszcze lepiej nas zrozumieją*

wydawca: Good Books
miejsce wydania: Wrocław
data wydania: 2009

II Zlot Czechofilów

II ZLOT CZECHOFILÓW – RELACJA

Sobota 14 mają zaczęła się dla mnie bardzo nerwowo. Nie dość, że czekał mnie II Zlot Czechofilów to jeszcze spotkanie z tak ważnym dla mnie gościem czyli Petrem Sabachem.

Godzina 17.00, sala powoli się zapełnia. Zjawił się nasz gość z cała swoją „świtą”. Sympatyczna Julia , która dzielnie tłumaczyła gościom z czeskiego oraz pozostałych dwóch reprezentantów wydawnictwa Afera. Spotkanie odbyło się w ramach promocji książki „Gówno się pali” i nawet ja nie sądziłem, że przyjdzie tylu chętnych, żeby zgłębić tajniki czeskiego humoru.

Pert Sabach nie zawiódł. Zabawnie odpowiadał na pytania słuchaczy. Dyskusja była bardzo luźna i swobodna. Od literatury, przez stereotypy na temat Prażan i Morawian, kończąc na prywatnych opowieściach autora na temat jego babci i cioci. Sabach wspominał też o swoich studentach i przekonywał, że nie jest wymagającym nauczycielem. Dowcip płynął z ust Sabacha w każdym zdaniu sprawiając słuchaczom coraz większą radość. Świetnie przekomarzał się z tłumaczką Julią – ich wesołym dogryzkom nie było końca. Historie o bolszewkiach i cioci „Tulipanowej”  wszystkim Czechofilom pozostaną na długo w pamięci.

Sabach zauważył, że Polska to ogromny kraj i wszędzie jest daleko. Czesi z Pragi do Brna mają 220 km kiedy u nas wszystkie miasta są tak daleko od siebie. Poza tym, był bardzo dyplomatyczny i na pytanie co mu się w Polsce nie podobało odpowiedział: „Wszystko się podobało”.

Po ponad godzinie nastąpiło wręczenie autografów. Goście zgromadzeni w kawiarni Wrzenie Świata „zaatakowali” Sabacha już pod toaletą a poźniej nawet na papierosie :) Ten widok był bezcenny.

Niketórzy oprócz książki „Gówno się pali” (Wyd. Afera) poprosili o podpis na wydawnym przez Good Books (także z Wrocławia), cyklu „Czeskie opowieści” w którym zebrano opowiadania o miłości napisane przez czeskich autorów.

Oprócz Haliny Pawlovskiej, Ivy Pekarovej, Danieli Fischerovej znalazł w tym tomiku wydany właśnie w krótkiej formach Petr Sabach. Czeskie Opowieści to nowa seria książek wydawnictwa Good Books, która prezentuje utwory autorstwa najbardziej znanych i cenionych czeskich autorów. Są wśród nich zarówno nestorzy prozy jak i młodzi gniewni czeskiej literatury. Różne pokolenia i różne spojrzenia na świat, życie i codzienne kłopoty pomogą zrozumieć czytelnikom czym jest teraz czeski sen i jak daleko (a może jak blisko) mu do filozofii pewnego dobrego wojaka. Elementem łączącym opowiadania w poszczególnych tomach jest wspólna tematyka. W 2008 roku ukazał się pierwszy tom serii pod tytułem Zdrowych i wesołych…, który został znakomicie przyjęty, zaś w 2009 tom drugi O kobietach…

Więcej o pozycjach wydawnictwa Good Books w następnym poście.

Po spotkaniu udaliśmy się wielką grupą do pubu Czeska Baszta. Czarna Hora smakowała tak samo dobrze jak podczas I Zlotu Czechofilów. Niestety Kofoli zabrakło. Ale za to rekompensatą były nowe osoby. Objawili się nowi Czechofile, pasjonaci Czech i czeskiej kultury. Uwielbiam ten moment gdy następuje ten czeski „coming out”. Bardzo miło było mi się spotkać również z osobami, które już poznałem 26 marca. Ciesze się, że udaje się nam jednoczyć, spotykać wspólnie i wymieniać poglądami.

Dziękuję Wam, Czechofile!!!


DSC01880.JPGDSC01866.JPGDSC01875.JPGDSC01885.JPGDSC01883.JPG

Czechofilka Jadwiga Jarczyk

*Przestała liczyć, na ilu już była koncertach „pana Nohavicy”. W bibliotece uniwersyteckiej, gdzie pracuje, nie zostawia współpracownikom kartek z wiadomościami po polsku, tylko po czesku. Niech się domyślają*

Podobno każdy spotyka takiego Czecha, na jakiego sobie zasłużył. Jeśli miałaby to być prawda, Jadwiga Jarczyk, informatyczka z zielonogórskiej Biblioteki Uniwersyteckiej, jest człowiekiem o złotym sercu. Jak dotąd trafiła tylko na dobrych, uprzejmych i otwartych Czechów.

Dlatego twierdzi, że wyszłoby nam wszystkim na dobre, gdyby kiedyś Polskę podbili Czesi. – Są spokojni, zrównoważeni. Za niczym nie gonią. Uważają, że życie trzeba przeżyć dobrze tu i teraz, a nie w wieczności. Potrafią się cieszyć z każdej najmniejszej rzeczy, nie narzekają – opowiada.

W Czechach czuje się bezpiecznie, w Polsce niekoniecznie. – Czasami muszę czekać na pociąg z Czech całą noc. W każdej, nawet najmniejszej mieścinie jest gospoda. Ludzie piją, bawią się, rozmawiają. Siedzisz w towarzystwie totalnie nietrzeźwym i ani przez chwilę się nie boisz – zapewnia.

Pewnego dnia zapadła w czeski sen. Nauczyła się języka, przeczytała kilkadziesiąt czeskich książek, obejrzała drugie tyle filmów. W bibliotece nie zostawia już współpracownikom kartek z wiadomościami po polsku, tylko po czesku. Niech się domyślają.

Pan Nohavica pyta, jak było

Czechofilka Jadwiga Jarczyk narodziła się w 2005 r. Na słupie w Poznaniu czyta: Jarom~r Nohavica w Centrum Kultury Zamek. – Nie był zupełnie obcy, w domu miałam dwie płyty. Byłam ciekawa, jak brzmią na żywo – wspomina. Koncert na 500 osób, Jadwiga zajmuje tylne rzędy. W torebce ma jedną z płyt Nohavicy. Ustawia się w kolejce po autograf. – Wyszłam odmieniona. Właśnie usłyszałam słowa, które idealnie formułowały moje własne myśli. Także te, których do tej pory nie nazywałam. Zdecydowałam, że trzeba zacząć żyć inaczej, spojrzeć do przodu – opowiada.

Czym przekonał ją Nohavica? – W Czechach jest gwiazdą. A jednak zachowuje się naturalnie, nie gra, nikogo nie oszukuje.

Nohavica śpiewa ballady o rodzinie, przyjaźni i miłości, o sporcie, codzienności i o tragedii wojny, ale gra też erotyki, piosenki biesiadne. – W tekstach jest radość życia, ale i trzeźwe, przenikliwe spojrzenie na naszą zwariowaną rzeczywistość. Czasem dyskutuje z Bogiem, ma do niego pretensje. Ujmuje dokładnie to, co myślę – mówi Jadwiga Jarczyk. – Wiersze nie zawierają zbędnych słów. Są mądre i prawdziwe.

I tak ruszyła lawina. Wrocław, Kędzierzyn, Kraków, Warszawa, Cieszyn, Ostrava, Praga, Brno. Jest tam, gdzie śpiewa. Jeżeli koncert jest w czwartek, bierze urlop. Na ilu koncertach już była? Nie wie. Przestała je liczyć. – Na kilkudziesięciu na pewno. Mogę spróbować określić dokładną liczbę, jeśli będzie taka potrzeba – proponuje.

Jeździ pociągami i autobusami. Śpi u rodziny, przyjaciół, innych fanów.

Żartuje, że „zapracowała sobie” na pewien drobny zaszczyt. Zdarza się, że bard po koncercie pyta ją: no i jak nam dziś poszło?

Koncerty Jarom~ra Nohavicy w Czechach przyciągają tysiące ludzi. Na widowni sztafeta pokoleń: dzieci, dorośli, ludzie starsi. Kobiety i mężczyźni, po równo, tu też nie ma reguły. – Byłam na koncercie w amfiteatrze u podnóża góry zamkowej, w miejscowości Hukvaldy. Przyszło 8 tys. osób. Byłam w szoku. Na scenie grał przecież człowiek z gitarą, a nie jakiś showman – opowiada Jadwiga.

O czeskim pieśniarzu nigdy nie mówi Jarek, Jarom~r, ani nawet Nohavica. Miłość do czeskiej kultury zaszczepił w niej „pan Nohavica”.

Żadnej „zachlastanej fifulki”

Pierwsze tłumaczenia zaczęła robić sama. Kupiła słowniki. Nie wierzy tłumaczeniom w internecie. Chciała wiedzieć o czym śpiewa „pan Nohavica”. – Nasze języki mają 27 proc. słów identycznych i jednocześnie to samo znaczących, wiem to z pewnej poważnej książki – zaznacza Jadwiga. – Poza tym pochodzę z Górnego Śląska. W gwarze i w czeskim są wspólne słowa pochodzenia niemieckiego, więc początki nie były takie straszne.

Przebrnęła dwuletni kurs czeskiego dla cudzoziemców na Uniwersytecie Warszawskim. Dziś z satysfakcją otwiera numer „Fantastyki”. Pokazuje swoje tłumaczenie artykułu Martina Fajkusa o fantastyce w Czechach i na Słowacji. Oddycha z ulgą, gdy biblioteka prowadzi rozmowy z czeskimi książnicami. – Nie muszę się męczyć z angielskim – wyjaśnia.

Czeski urzekł ją zabawnymi pułapkami. Dementuje, jakoby istnieć miały słowa typu „drevny kocour” (krążą żarty, że to po czesku wiewiórka) albo „zachlastana fifulka” (niby, że zaczarowany flet). Te zwroty są oczywiście zmyślone, ale – Poraziło mnie słowo „poprava”. W Polsce, wiadomo, oznacza zmianę na lepsze. „Poprawa” po czesku to egzekucja. Czyli taki człowiek „poprawiony” w Czechach jest już polepszony ostatecznie. I na pewno nic złego więcej nie zrobi.

Jej biblioteka ugina się od czeskiej klasyki. Na półce Jaroslav Seifert, Ota Pavel, Bohumil Hrabal, Ota Filip.

Ulubiona lektura? – „Wszystkie uroki świata” Seiferta.

A najbliższa? – Na pewno „Malý Princ” Antoine de Saint-Exupery’ego. Od zawsze i na zawsze – mówi.

Nasza rozmowa dobiega końca. Jadwiga musi się jeszcze spakować. Jutro rano wyjeżdża do stolicy. Zgadnijcie, po co. Podpowiem, że się rymuje.

gazeta.pl

Tradycje wielkanocne w Czechach

kraslice.jpg

Kraslice – pisanki

Przez długie lata ustroju socjalistycznego tradycja Wielkiejnocy częściowo zanikła. Wraz z nowym ustrojem, powoli wracają tradycyjne święta. Czeska Wielkanoc to przede wszystkim pisanki, judasze, rózgi, drewniane figurki, drewniane kołatki i kolęda. Według sondy ( agencji Sofres-Factum) zamieszczonej w Mladá fronta Dnes z piątku 29 marca (strona 6) wynika, że 96 procent Czechów obchodzi święta Wielkiejnocy. Prawie 80 % nie ma zamiaru iść do kościoła, 75% oczekuje odwiedzin kolędników, 66% maluje jajka, a niecała jedna trzecia kolęduje.

*Zamiast palmy*

W Palmową Niedzielę powszechnym zwyczajem polskim jest święcenie palm, w Czechach natomiast święci się, o ile ktoś to robi, bazie. Niektórzy robią nawet z nich wianki. Oczywiście po czesku w nazwie niedzieli rozpoczynającej Wielki Tydzień nie będzie przymiotnika palmowa, ale kwiatowa, Kvetná Nedele) Minęły czasy kiedy przestrzegano ludowych obyczajów. Kiedyś po przyjściu z kościoła Czesi wkładali bazie za święty obrazek lub krzyż, gdzie stały przez cały rok. W niektórych miejscowościach łykano bazie, żeby ustrzec się od bólu gardła. Przestrzegano też zakazu pieczenia, żeby „nie zapiec kwiatu na drzewach.”

*Wielki Tydzień – tydzień barw*

Czeskie nazwy dni w Wielkim Tygodniu różnią się od polskich. U nas dominuje przymiotnik wielki (np. Wielki Czwartek, Wielki Piątek). Po czesku wielki jest tylko piątek, reszta dni ma w nazwie odpowiedni kolor i tak, poniedziałek jest niebieski (Modré pondelí), wtorek żółty (Žluté úterý), środa czarna (Cerná streda, rzadko używane), czwartek zielony (Zelený ctvrtek), sobota biała (Bílá sobota)

*Jarmark*

Do tradycji należy organizowanie świątecznych jarmarków, gdzie można zaopatrzyć się w świąteczne produkty: pisanki, słodycze, ozdoby takie jak: drewniane figurki, kołatki, i tak zwaną pomlázka czyli splecioną z wierzbowych witek rózgę na Poniedziałek Wielkanocny.

*Środa (Škaredá streda)*

Na Wielką środę Czesi mają najwięcej nazw. Najczęstsze z nich to škaredá i sazometná, rzadziej smetná lub cerná. Ze względu na to, że škaredit se oznacza dąsać się, wierzenia ludowe zabraniają się tego dnia dąsać. Kto nie posłucha tej dobrej rady będzie dąsał się co środę przez cały rok.
Druga nazwa wskazuje na stary zwyczaj czeski; w ten dzień Czesi wymiatali sadzę z komina.

*Czwartek (Zelený ctvrtek)*

Kolor zielony w nazwie czwartku według etymologii ludowej pochodzi od tego, że Pan Jezus modlił się na zielonej łące. W rzeczywistości nazwa ta związana jest z katolicką liturgią. Tego dnia milkną też dzwony, które zabrzmią dopiero w Wielką Sobotę. Dla zapewnienia sobie dostatku dobrze jest wraz z ostatnim biciem dzwonów zabrzęczeć monetami.
Kiedyś w Wielki Czwartek gospodynie wstawały rano, żeby mieć zamiecione jeszcze przed wschodem słońca. Aby w domu nie było pcheł, śmieci należało wynieść na skrzyżowanie lub za klepisko.
Z tej bogatej tradycji wielkoczwartkowej do dzisiaj przetrwały przede wszystkim tzw. judasze. Są to ciastka z drożdżowego ciasta, przypominające biblijnego Judasza. Podaje się je z miodem.

*Piątek (Veliký pátek)*

Starym zwyczajem było przed wschodem słońca umyć się w potoku, co miało chronić przed chorobami. Niektórzy musieli się porządnie natrudzić, żeby uchronić się przed bólem zębów. Młodzi mężczyźni wyciągali ustami z potoku kamień, a następnie lewą ręką przerzucali go za głowę.

*Wielkanoc (Velikonoce)*

Kiedyś chodzono do kościoła święcić jedzenie, a następnie spożywano je w gronie rodzinnym. Dzisiaj, ze względu na laicyzację tych Świąt, oprócz wystroju domowego, raczej nic specjalnego się nie dzieje. Jest to dzień wolny od pracy. Większość Czechów wyjeżdża na działki, gdzie odpoczywają na świeżym powietrzu. Do tradycyjnego jedzenia należą przeróżne ciasta często w kształcie baranka. No i oczywiście judasze, ciastka zrobione z drożdżowego ciasta, przypominające biblijnego Judasza. Podaje się je z miodem. W niektórych domach można znaleźć typowy dla tych Świąt wystrój: pisanki, figurki z drewna w kształcie gołąbków i baranków oraz drewniane kołatki.
W miejscowościach gdzie tradycja nie zginęła lub tam gdzie powoli wraca od rana chodzą kolędnicy z kołatkami i piszczałkami. Za pieśni dostają jedzenie a nieraz nawet pieniądze.

*Poniedziałek Wielkanocny*

pomlazka3.jpg

Tego dnia w zwyczaju jest pomlázka. Chłopcy z rózgami ganiają dziewczyny i smagają je po nogach. W zamian dostaną pisanki, kolorowe wstążki lub coś do jedzenia.

Przygotowała: Milena Hebal

*Všem přeji krásné Velikonoce!*

pomlazka.jpg

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑