Jedynie 15 kilometrów od Czeskiego Cieszyna, na uboczu lokalnej bezpłatnej drogi na Frydek-Mistek znajduje się nietypowe miejsce. Hospoda i minibrowar Koníček. To tam warzą najprawdopodobniej najlepsze piwo na świecie…
Mały zajazd, restauracja, pokoje gościnne, a w tle ukryty i nierzucający się w oczy browar. To tam warzone jest piwo Koníček. Zanim zaczęliśmy zwiedzać browarniane zakamarki, postanowiliśmy usiąść i delektować się tutejszym wyrobem. Pszeniczny Koníček to prawdopodobnie najlepsze piwo, jakie w życiu piłem. Było świeże, zapewne uwarzone kilka dni temu. Niepasteryzowane i niefiltrowane, zresztą jak każde piwo tutaj serwowane. Wyczuwalny nietypowy posmak, taki nie do opisania – niby kwiaty, niby miód. Każdemu przywodził na myśl inne smaki.
Kierownik zmiany zgodził się nas oprowadzić po wnętrzu browaru. Wszędzie unosił się zapach chmielu i palonych zbóż. Załoga nie była liczna, ale wszyscy uwijali się jak w ukropie. Pracownicy witali się z nami i uśmiechali, nie dali nam odczuć, że przeszkadzamy im w pracy.
Następnie udaliśmy się na tzw. rampę, skąd sprzedawane są w hurtowych ilościach kegi i litrowe butelki ze złotym trunkiem. W ciągu kilkunastu minut gdy tam byliśmy, okoliczny parking zapełnił się osobami chcącymi zrobić tu solidne zakupy. Cały zapas piwa rozchodził się na naszych oczach. Mając w pamięci smak wypitego przed chwilą pszeniczaka, wcale mnie zastała sytuacja nie dziwiła.
Jest to moja druga wizyta w czeskim browarze. Wcześniejszy Pilsner odznaczał się ogromną powierzchnią i dużą anonimowością. Takie małe tradycyjne browary jak Koníček dają możliwość rozmowy w cztery oczy z pracownikami, dotknięcia składników i przyrządów.
Będąc w Cieszynie warto tam zajrzeć. Dzieci znajdą tam plac zabaw i żywe konie, a dorośli piwne i gastronomiczne uciechy.
Poprzedni wpis na blogu o Cieszynie był oczywiście ironią, szkoda, że niektórzy z Was zupełnie tego nie zrozumieli. Dziwią mnie też pytania pod wpisem typu: Właśnie się tam wybieram, co ciekawego można zobaczyć? No właśnie to, co w tekście. Ale tym razem wpis będzie traktował o mieście, w którym przez jakiś czas mieszkałem i pracowałem. Chętnie też tam wracam o czym za chwilę Was przekonam.
Ostrawa z tymi wszystkimi swoimi kontrastami jest bardzo ciekawym miastem. Jest nieoczywista – co chwila zmienia się architektura i krajobraz. Od przemysłowych rejonów przez komunistyczne zabudowania do zielonych rejonów Śląskiej Ostrawy. Wpisów o tym mieście poczyniłem już sporo dlatego teraz skupię się na opisaniu najlepszej według mnie restauracji w jakiej byłem.
Restaurace u Dvořáčků na ulicy. Hladnovskiej 19 odwiedziłem po raz pierwszy pięć lat temu. Wtedy zaskoczył mnie wystrój: wypchane dziki, kaczki i lisy wiszące na ścianach. Od tego czasu nic się tam nie zmieniło. Jedzenie wciąż jest smaczne, piwo i kofola z kija są zimne, a obsługa nienaganna. Kelnerzy tam pracujący obsługują tak, jak to widziałem w filmie „Kelner, płacić!”: elegancko, z powagą i szacunkiem. Są szybcy, dokładni, kulturalni i co najważniejsze – niewidzialni. Jeszcze nigdzie nie byłem tak obsługiwany. Pięć lat temu zrobił na mnie wrażenie pan Martin Mareček (przynajmniej tak było napisane na paragonie). Łysawy facet przed czterdziestką w służbowym czarno-zielonym stroju. Po pięciu latach wygląda i podaje zupę w ten sam sposób jak kiedyś. Ustalone i niezmienne standardy – to jest to, co najbardziej podoba mi się w knajpach.
Z racji tego, że knajpa leży na uboczu, nie spotkałem tam ani jednego Polaka. O dziwo, kelnerzy starają się mówić po polsku. Jednak, gdy tak rozkosznie wymawiają polskie słowa znika ta ich dostojność. Jest to miły ukłon w naszą stronę.
Restauracja nie jest najtańszą w Ostrawie, ale ceny nie wypalają oczu i mózgu. Dania podawane są bardzo szybko, tak szybko, że nawet nie było czasu nacieszyć się darmowym Wi-Fi. Świeżo i sycąco. Menu to czeska klasyka: svičkova czy vepřo-knedlo-zelo. Spory wybór zup i dań głównych. Według mnie najlepsza jest jednak czosnkowa. Stopień intensywności czosnku jest idealny. Czasem się zdarza, że zupy czosnkowe są mdłe lub zbyt aromatyczne. Grzanki u Dvořáčků są chrupiące, a ser ciągnący. Dla mnie zupa idealna.
Dania główne, które zamówiliśmy (vepřo-knedlo-zelo) smakowały tak samo jak pięć lat temu. Porcje słuszne. Knedliki bramborowe, ale nie mam pewności czy domowe. Bez zastrzeżeń. Zresztą zobaczcie sami. Zachęcam do wypróbowania pozostałych pozycji z karty. Mam nadzieję, że nikt nie będzie zawiedziony. Na koniec zjedliśmy jeszcze deser czyli gorące maliny z lodami.
Gdy tylko zasiądziecie przy stoliku waszym oczom ukażą się domowe chipsy. Są smaczne, ale kosztują 25 koron. Kwota zostanie wam doliczona do rachunku. Nie ma za to dopłaty za obsługę, jednak aż głupio jest nie dać napiwku. Pamiętajcie o tym.
Po obiedzie był jeszcze czas na wizytę w Pivovarskym Domku. Szeroki wybór piw z różnych zakątków Republiki Czeskiej i świata. Klika z nich wziąłem do Warszawy.
Jest taka tradycja, że Czechofil przynajmniej raz w roku MUSI być w Cieszynie. To miasto niezwykłe, urzekające swą architekturą, swymi kontrastami i werżniętą w rzekę Olzę granicą. Choć moich wypadów na Śląsk Cieszyński było wiele, dopiero teraz zacząłem dostrzegać wady tego miasta. Początkowa miłość do tego miejsca przerodziła się w złość.
Oto 10 rzeczy, które wkurwiają w Cieszynie:
10. Magnolie kwitną tylko przez maj.
Spacer szlakiem cieszyńskich magnolii stał się już obowiązkowym punktem wycieczek na pogranicze polsko-czeskie. Chętnych do zobaczenia tych pięknych kwiatów jest tym więcej, im bardziej się one różowią. Swego czasu słyszało się nawet opowieści o stratowanych uczestnikach wycieczek – magnolie kwitną tak szybko, że nie da się ukończyć spaceru przed ich obeschnięciem…
9. Zbyt małe sale kinowe przy projekcjach Kina na Granicy.
To już standard: zaczyna się majówka – zaczyna się i Przegląd filmowy Kino na Granicy – świecące wcześniej słońce nagle chowa się za chmurami. Ponura aura sprawia, że szukający kulturalnych uciech festiwalowicze tłoczą się w ciasnych salach kinowych zlokalizowanych po obu stronach granicy. Wyczuwam spisek: pogoda psuje tak świetny przegląd filmowy tylko po to, by setka widzów musiała okupować podłogi i okolice wyjść ewakuacyjnych zamiast zasiąść sobie w trochę bardziej wygodnych niż schody siedzeniach.
8. Piesza przeprawa przez Olzę już nie jest różowa.
Uwielbiana przez cieszyniaków (ze względu na swój pierwotny kolor) piesza kładka już nie jest tak intensywnie różowa. Od kiedy wyblakła przestano na niej wieszać kłódki zakochanych, nie wykonuje się na niej również zdjęć selfie. Wraz z kolorem kładka straciła swój urok. Przestała się kojarzyć z różowym jeleniem mającym swe legowisko na Wzgórzu Zamkowym. Stała się bezużyteczna: Polakom jest do niej za daleko, a Czesi nie mają żadnego powodu by przychodzić do Polski.
7. Kultowe cieszyńskie kanapki są nie-do-po-dro-bie-nia!
Muszę powiedzieć to głośno: jechanie kilkuset kilometrów z Warszawy tylko po to by zjeść kultową cieszyńską kanapkę ze śledziem stało się nieekonomiczne. Wcześniej moje podróże do Cieszyna skupiały się na tym by rozpracować sekretną recepturę powstawania tego rarytasu znad Olzy. Na wspomniane kanapki wydałem naprawdę majątek, część z nich odłożyła mi się w postaci tkanki tłuszczowej. I choć moje próby podrobienia smaku cieszyńskiej kanapki spełzły na niczym, nie umiem ich sobie odmówić podczas wizyty w Cieszynie. Ze złością, ale i rozkoszą zjadam cztery kanapki każdego poranka.
6. Urokliwie brzydkie perony czeskiego dworca przestaną być tak brzydkie.
Ten piękny kontrast: okazały i elegancki dworzec oraz zapuszczone perony i tunel przy czeskim dworcu – to już historia. Powiał silny wiatr zmian i zaczęto remontować wszystko co brzydkie. Zniknie zapewne napis: „Wolne miasto Cieszyn żąda dostępu do morza”, zniknie pewien symbol. Podział na piękny czeski dworzec „z którego dojedziemy wszędzie” i sypiący się z zaniedbania ten polski będzie na nowo przypominać cieszyniakom, że choć szlabany zniknęły, granica w Cieszynie dalej istnieje.
5. Zlitujcie się i otwórzcie sklep nocny.
Przy każdym Kinie na Granicy jak bumerang powraca temat sklepów nocnych, a raczej ich braku. Skoro setki osób poświęciły swój czas, siłę i pieniądze by dotrzeć na ten koniec świata, właściciele sklepików i punktów usługowych powinni pomyśleć jak by tym festiwalowiczom wyjść na przeciw. Brak jest woli właścicieli by wydłużyć godziny otwarcia sklepów. Nie chcecie zatrudniać dodatkowych osób na te kilka dni? Sami stańcie za ladą. Po co zmuszać dziesiątki osób, by swoje pieniądze zostawiali na stacjach benzynowych?
4. Płatne parkowanie.
W tym roku dotarłem do Cieszyna samochodem. W życiu nie sądziłem, że Polska może się tak zmniejszyć. Wystarczyło zbudować normalne szerokie i równe drogi. Dojazd z Warszawy w przeciągu 3:30 h to w tej chwili wcale nie jest wyczyn, to realny czas dojazdu na Śląsk Cieszyński. Tylko po co mi samochód skoro parkowanie w centrum tego małego miasta jest płatne. I to wcale nie tak mało. Ale dobrze, łatajcie w ten sposób dziurę budżetową. Tylko niech kasa zamiast do kieszeni radnych idzie na budowę dworca po polskiej stronie.
3. Zbyt łatwo jest stąd wyjechać wgłąb Republiki Czeskiej.
Odcięcie od świata polskiej strony i świetnie skomunikowanie czeskiej strony Cieszyna niejako przymusza człowieka do zapuszczenia się wgłąb regionu. Według Czechów palenie zioła, jak też picie alkoholu po czeskiej stronie wcale nie jest legalne (jak się nam Polakom wydaje). Niedostępne brzegi Olzy nie pozwalają na zbyt intensywne upijanie się pograniczem. Cóż więc począć? Podróż na przykład do Ostrawy jest rzeczą naturalną.
2. Wtopy miejscówkowe.
To, co uchodzi za kultowe okazuje się niewypałem. To, co jest na uboczu okazuje się skarbem. Tak właśnie jest w Czeskim Cieszynie. Każdy przewodnik, każda strona internetowa odsyła turystów do przybytku przy ul. Głównej Hubertem zwanego. Zapyziała spelunka z obskurnym wystrojem, strasznymi toaletami i tłumem Czechów i Polaków. Hubert jest podobno „synonimem czeskiej hospody”. Tak przynajmniej twierdzą blogerzy opisujący co roku swoje wrażenia z Cieszyna. Rzekomo najlepsze piwo, rzekomo najlepsze czeskie jedzenie. Podobno obsługuje tam czeska Wodzianka. Tak ci się będzie wydawać jeśli nie zapuścisz się wgłąb czeskiej części i nie odwiedzisz mniej znanych miejsc na uboczu. Bo po co wchodzić do słynnej Siódemki czy Pod wieżą, gdzie nie dość, że nie znoszą Polaków to jeszcze jawnie tę niechęć demonstrują? Pamiętam jak w zeszłym roku chwaliłem Restauracje Sikorák mieszczącą się przy już nie-różowym mostku. W tym roku obsługa przeszła samą siebie serwując nam Polakom Staropramena w plastikowym kubku. Na podwójne prośby lania piwa do szkła reagowała obojętnością. Kultura nakazała nam dopicie piwa zamiast wylania go na oczach złośliwej barmanki i odejścia w poszukiwaniu lepszych miejscówek. A o te wcale nie tak łatwo. Strzałem w dziesiątkę okazała się założona w 1905 roku Restauracja na Brandyse przy ul. Karwińskiej. Pyszne czeskie dania, duże porcje, piwo z pianą pod sufit i bardzo sympatyczna obsługa. Polaków względnie mało, ci którzy się pojawili nie czują się obrażani i lekceważeni. Na sześć czy siedem odwiedzonych hospod po czeskiej stronie pozytywnie wyróżniła się jedynie ta opisywana jako ostatnia. Źle się dzieje w Czeskim Cieszynie…
1. Jest tu tylko jeden hostel!
Ale za to jaki! Duży, przestronny, zadbany. Sofy i kanapy przegoniły mini golf, który stał wcześniej w pokoju dziennym. Jest to jedna w wielu wspólnych części 3 Bros Hostelu, ale za to najbardziej klimatyczna. Sala jest areną dla indywidualności jak też łączy ze sobą nieznane sobie wcześniej grupki osób. Nic tak nie spaja jak wspólne piwko przy grillu umieszczonym na balkonie. 3 Bros Hostel to idealna miejscówka na podryw: podczas Kina na Granicy śpi w nim połowa fanów kina, łatwo więc tam odnaleźć osobę upatrzoną wcześniej podczas seansu w kinie. Najbardziej mnie jednak smucą te zawiedzione buzie młodych ludzi, którzy zagapili się i nie zrobili w porę rezerwacji, wiedzą, że spanie u Trzech Braci to wyróżnienie. Ale 3 Bros Hostel to również miejsce spędzające sen z powiek, dosłownie. Rozmowy z gośćmi hostelu są tak wciągające, że nie sposób po prostu wstać i udać się na spoczynek. Wspólna wymiana poglądów kończy się więc najczęściej późno w nocy. Godziny serwowania śniadania również są więc bardzo umowne: kto mi wyje kanapki skoro wszyscy jeszcze śpią? Przegadane noce powodują niewyspanie, które ciągnie się za mną aż do dziś. To zdecydowanie wkurza!
A jeśli dotrwałeś do końca tego krytycznego wywodu, wyrzuć z pamięci wszystko co do tej pory przeczytałeś i usłyszałeś na temat Cieszyna. Rusz się i zacznij poznawać to miejsce na swój sposób. Byłem w Cieszynie kilka razy i za każdym razem odkrywałem coś nowego. Zdaj się na siebie i swoje nogi, a nie na opinie blogerów podróżniczych.Wtedy jest pewność, że nie będziesz jadł średniej jakości jedzenia u Huberta i nie zostaniesz potraktowany jak człowiek drugiej kategorii w pewnych pubach i hospodach. Bądź sobie sam przewodnikiem i pamiętaj…”Keep Cieszyn in your heart”!
W miniony poniedziałek na mapie Europy pojawiło się nowe państwo. Jest nim Liberland, enklawa wolności położona między Chorwacją i Serbią. Samozwańcze państwo, które nie zdobyło jeszcze międzynarodowego uznania, ma już swojego prezydenta. Teraz prowadzony jest nabór obywateli.
Liberland nie ma jeszcze konstytucji (ta jest dopiero tworzona), ale posiada już własny serwis internetowy. Wyjaśniono w nim, że nowe państwo leży na terenie, do którego żaden inny kraj nie wysuwa roszczeń. Założyciele Wolnej Republiki Liberlandu uznali, że jest to ziemia niczyja.
Liberland ma 7 km kwadratowych powierzchni i mieści się na zachodnim brzegu Dunaju, w pobliżu chorwackiej miejscowości Zmajevac. Założycielem państwa jest czeski polityk Vít Jedlička, który należy czeskiej Partii Wolnych Obywateli.
Flaga Liberlandu
Jedlička został pierwszym prezydentem Liberlandu. Polityk zapowiedział, że niebawem wyśle noty dyplomatyczne do rządów Serbii i Chorwacji, prosząc o oficjalne uznanie nowego państwa. Podobne noty zostaną później wysłane do innych krajów.
Konstytucja Liberlandu będzie wzorowana na prawie szwajcarskim. Państwo, któremu przyświeca hasło „Żyj i pozwól żyć”, ma być „konstytucyjną republiką z elementami demokracji bezpośredniej”. Z przedstawianych zapowiedzi wynika, że władze Liberlandu będzie obowiązywał konstytucyjny zakaz zadłużania państwa.
Na oficjalnej stronie Liberlandu prowadzona jest rekrutacja obywateli. Zgłaszać mogą się wszystkie osoby, które nie były karane, nie mają komunistycznej bądź nazistowskiej przeszłości, szanują własność prywatną oraz innych ludzi, niezależnie od ich rasy, pochodzenia etnicznego, religii i orientacji.
Liberland ma już własną flagę i własne godło. Językiem urzędowym jest czeski.
Przegląd Filmowy Kino na Granicy / Kino na Hranici zrodził się w środowisku Solidarności Polsko-Czesko-Słowackiej z płynącej z serca potrzeby poznawania kultury sąsiadów zza rzeki. Pierwsza edycja w 1999 roku oferowała jedenaście czeskich filmów pokazywanych w jednym kinie. Trzecia edycja przyniosła rozszerzenie artystycznych poszukiwań na kino Słowaków, czwarta pokazy także w Czeskim Cieszynie, a na szóstej pojawiły się filmy polskie i węgierskie – i tak już miało pozostać.
Liczba pokazywanych filmów systematycznie rosła, by w dwunastej edycji w 2010 roku dojść do okrągłej setki. I wtedy rozpoczęła się doceniana przez uczestników przeglądu stabilizacja: 6 dni, co najmniej 4 miejsca projekcji w jednym, choć podwójnym mieście, zawsze ponad 100 filmów, 5 koncertów i mnóstwo wydarzeń towarzyszących. Niezmienna pozostaje też baza: konsekwentnie odkrywana i promowana kultura najbliższych sąsiadów.
Kino na Granicy ma już swoją tradycję i renomę oraz jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych imprez filmowych. 17. edycja Przeglądu Filmowego Kino na Granicy odbędzie się w dniach od 28 kwietnia do 3 maja 2015 roku w Cieszynie i Czeskim Cieszynie.
Na który film z programu 17. Przeglądu Kino na Granicy najbardziej czekasz i dlaczego?
Najlepsze odpowiedzi zostaną nagrodzone (wysyłajcie je na ceskykluk@gmail.com)
Jeśli wciąż nie masz wejściówek na festiwal, bądź wahasz się czy w ogóle pojawić się w Cieszynie, masz teraz świetną okazję by zobaczyć na żywo tę piękną imprezę.
Polski pisarz i czechofil Mariusz Szczygieł już telefonował do czeskiego leśnika inżyniera Pavliczka. Wypytał go dokładnie o leśny bar w górach za Jesenikiem. Zanim przeczytacie o tym w najnowszej książce Szczygła, wybierzcie się sami na piwo do czeskiego eksperymentu.
Po czesku „napad” to pomysł. Inżynier Vaclav Pavlicek na pytanie, kto miał „napad” z leśnym barkiem, skromnie odpowiada, że to pomysł turystów.
On tu tylko pracuje. Jego rewir w lasach państwowych to ponad tysiąc hektarów w górach nad wioską Horni Lipova. Codziennie jest tutaj zawodowo, ale lubi po pracy sam albo z przyjaciółmi przemierzać leśne ścieżki na rowerze czy na nartach biegowych.
– Jadąc od wioski, jest tu po drodze bardzo stromy podjazd. Niektórzy nie dawali rady pedałować i prowadzili rower pod górę. Tu zawsze czekaliśmy na pozostałych, więc najpierw zrobiłem miejsce do siedzenia nad potokiem – opowiada leśnik. – Idąc w góry w gorące dni, zacząłem tu zostawiać w potoku jeden czy dwa napoje.
Wracając z pracy, zatrzymywałem się na odpoczynek i posiłek. Pewnego dnia jakiś nieznany turysta zabrał moje picie i zostawił pieniądze. Na papierku obok napisał: „Zabrałem jedno picie, zostawiam 10 koron”.
Ktoś inny skląłby bezczelnego turystę i poszukał lepszej skrytki na swoje piwo. Ale nie inżynier Pavliczek. On następnym razem przywiózł 10 napojów i położył w chłodnej wodzie. Po kilku dniach zabrał 100 koron. Za trzecim razem przywiózł na górę 30 butelek z piwem i lemoniadą. I odebrał 300 koron.
– W końcu postawiłem tu blaszaną puszkę – skarbonkę – opowiada Pavliczek. – Ludzie sami ją otwierali, żeby rozmienić pieniądze, zabrać sobie resztę.
Początkowo nie wywieszał żadnego cennika. Potem napisał na tabliczce: Wszystko za 10 koron. On kupował za 10 i chciał tylko zwrotu pieniędzy. Stopniowo proste miejsce odpoczynku zaczęło się rozrastać.
O cztery stacje więcej ma trasa praskiego metra linii A. Na Wielkanoc otwarto nowy sześciokilometrowy odcinek ze stacji Dejvicka do stacji Nemocnice Motol.
Premier Bohuslav Sobotka przeciął wstęgę i tym samym symbolicznie otworzył nowe stacje. Były obietnice dofinansowania przez państwo dalszej rozbudowy sieci praskiego metra.
Pasażerom podoba się ciekawy design, jedna ze stacji jest oświetlona światłem dziennym. Najgłębsza z nowych stacji znajduje się 35 metrów pod powierzchnią ziemi, najpłytsza jedynie 5,6 metra.
Według rzecznika metra każda stacja jest inna – „tak budowali Rosjanie, tak budujemy i my”. Jednak w porównaniu do drugiej linii warszawskiego metra, nowe stacje w Pradze są bardzo spójne z tymi, które znamy od dawna, tworzą spójną całość.
Odcinek budowano pięć lat. Łączny koszt prac zamknął się w 20 miliardach koron. Niestety choć czas dojazdu do lotniska skrócił się o 6 minut, metro wciąż nie dojeżdża do samych terminali. Nie wiadomo kiedy to nastąpi.
Metro w Pradze składa się z trzech linii: A (17 stacji, długość 17,1 km), B (24 stacje, długość 25,7 km) i C (20 stacji, długość 22,4 km). Pierwszy odcinek praskiego metra został otwarty w maju 1974 roku (Florenc – Kačerov, trasa C). W projekcie jest czwarta linia łącząca północną i południową część miasta, częściowo równoległa do linii C.
Znowelizowane prawo nakazuje sklepom (z rocznym obrotem wyższym niż pięć miliardów koron) umieszczanie przy wejściu tabliczki z procentowym udziałem nazw krajów, z których pochodzi dany produkt spożywczy. W rzeczywistości napis „93 proc.” przy symbolu czeskiej flagi nie oznacza, że tyle czeskich produktów znajdziemy na półkach.
Klient widząc tego typu obowiązkowe oznaczenia myśli sobie, że asortyment sklepu do którego wchodzi zawiera właśnie podaną wielkość towarów z danego kraju. Niestety się myli. Jak się okazuje nie istnieje definicja określenia česká potravina i z tego powodu dochodzi do przekłamań.
Jeżeli przy drzwiach marketu widnieje napis „93 proc” oraz symbol czeskiej flagi, oznacza to że taka jest ilość firm zarejestrowanych w Czechach, której produkty leżą na półkach. Nie oznacza to wcale, że firmy te nie mogły ściągnąć mięsa z Polski i go przemetkować.
W trakcie badania Inspekcji Handlowej okazało się, że deklarowane jako czeskie, produkty tak naprawdę pochodziły z Niemiec, a nawet Indii.
Rzeczniczka Izby Żywności Republiki Czeskiej ( Potravinářska komora ČR) Dana Večerová informuje: Pochodzenie produktu powinno być definiowane poprzez miejsce jego produkcji. Jednak prawda jest zgoła inna.
Ministerstwo Rolnictwa po interwencji serwisu lidovky.cz w pośpiechu tworzy definicję czeskiego produktu. Według wstępnych ustaleń do jego powstania ma być użyte więcej niż 75 proc. czeskich składników. Czy nie za późno na tego typu działania ministerstwa? I czy na pewno to oznaczenie będzie gwarantem „czeskości”?
Wkrótce… Tylko jedno słowo, a tyle emocji. Codziennie jeździłem w pobliżu rowerem i zgalądając przez drzwi wejściowe doglądałem remontu. Wkrótce miało wydarzyć się coś wielkiego – otwarcie „Czeskiej Oryginalnej” restauracji w Warszawie! To coś wielkiego nastało – ogromne rozczarowanie.
Otwarcie czeskiej knajpy w czentrum Warszawy w sobotę musiało być sukcesem. Ludzi tyle, że ciężko było się wcisnąć. Przechadzając się między stolikami widziałem jedynie wielkie kufle z obfitą pianą i puste talerze. Musi być smacznie, pomyślałem, przyjdę jednak w tygodniu jak się uspokoi.
Nadszszła wiekopomna chwila. Cóż, że przed wypłatą? Zapłacę kredytówką. Jak się później okazało, dobrze, że ją ze sobą wziąłem. Wita mnie bardzo sympatyczna i uśmiechnięta obsługa, idę na górny poziom. Sterylnie i czysto, schody jeszcze pachną lakierem i farbą. Ściany bielutkie. Ile to wszystko musiało kosztować? – pytam siebie – oszczędności życia lub kredyt na całe życie. Siadam. W zasięgu wzroku naliczyłem dziewięć osób z obsługi, na jeden poziom! A na moim poziomie ośmiu gości. Czyli każdy z nas ma swego kelnera. Jeden czyścił kufle.
Zagadka rozwiązana…
Piwo? Jedynie Pilsner.
Piękne tanki zawieszone w oknie, tak, by zachęcać gości do wejścia. W każdym tanku 500 litrów piwa. Z każdego tanku będzie 1000 kufli. Tysiąc obsłużonych klientów. A tanki są cztery. Widowiskowa instalacja – długa na kilkadziesiąt metrów rurka prowadząca piwo z tanku wprost do stoiska barmana. Jak się okazało, to tylko dekoracja. Piwo czerpane jest z zupełnie innego miejsca. W prawdziwej instalacji piwo jest chłodzone i takie wlewane do kufli. Podane na pięć sposobów. W normalnej jak na Warszawę cenie. Piana gęsta jak bita śmietana, piwo świeże i niezwykle smaczne. I to na tyle słodkości. Wybór piwa jest zerowy. Oprócz Pilsnera dostaniemy jedynie Książęce. A gdzie reszta? Chociażby jakieś koncerniaki… Skoro zamówiło się kilka tysięcy litrów piwa w tankach, trzeba je sprzedać. Oto rozwiązanie zagadki.
Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.
Czeska oryginalna kuchnia?
Jako że nie jestem wytrawnym piwoszem, skupię się na kuchni. Jest to moje hobby i sposób na spędzanie wolnego czasu. Ojejku, ależ się ekscytowałem tymi wrzucanymi na Facebooka przez restaurację zdjęciami. Szkolenia z czeskiej kuchni w Pradze, pełne i ociekające smakołykami talerze, które pałaszowała obsługa. Oczami wyobraźni widziałem zaciemnioną hospodę z przaśną czeską muzyką i wielkimi porcjami tuczącego jedzenia typowego dla naszych sąsiadów. Dania w Českiej „Oryginalnej” (patrz: dopiesek w logo) restauracji są równie sterylne i minimalistyczne jak jej wystrój.
Zaczęło się od CARPACCIO Z ČERVENÉ ŘEPY. Kilka plasterków czerwonego buraka, na którym umieszczono kawałeczek koziego sera i coś tam wokół. To była najdroższa połowa buraka w życiu ever – 19 PLN (Czesi w tym momencie przeliczają na korony…).
Na drugi ogień poszedł UTOPENEC. Z tego co wiem, utopenec powinien być zrobiony z kiełbaski zwanej Špekáček. Typowy Špekáček składa się z połowy mięsa wołowego, 1/4 mięsa wieprzowego bez skóry oraz 1/3 boczku (špeku). Doprawiony jest czosnkiem, pieprzem i czasami gałką muszkatołową. Konsystencja Špekáčeka przypomina naszego serdelka – twardego i mięsistego. W Českiej dostałem zwykłą kiełbasę, coś a la śląska – miękka i taka typowo polska w smaku. Fajnie jednak udawała Utopenca, bo miała białe plamki tłuszczu imitujące špek. Jedyne 12 PLN (ma ktoś kalkulator?)
Finał wieczoru upływać miał przy SMAŽENÝM SÝRZE. Nie ważne kto jak zaczyna, ważne kto jak kończy – pomyślałem. To miał być gwóźdź programu. Danie okazało się gwoździem do trumny. Tego dnia piekło zamarzło! Kucharz (rzekomo Czech z krwi i kości) serwuje Gościom mrożony ser z frytownicy. To tak, jakbym był w Czechach, poszedł do Billa i zakupił kawałki sera w papierowym kartoniku, wrzucił na rozgrzany olej i zjadł.
Jak można tak karmić ludzi? Nie dość, że kosztuje bez promocji aż 60 koron, leży tygodniami w lodówkach, to nie wiadomo co znajduje się w jego składzie. Nie łatwiej wejść w google i wyszukać chociażby mój (bo pojawia się jako pierwszy) przepis na ręcznie robiony smażony ser? Koszt dwóch takich solidnych ręcznie robionych kawałków sera zamyka się w 5 zł. Zakładam, że olej i bułka tarta znajduje się w każdej restauracji. Zamarłem. Więcej nie będę na temat tego dania pisał. Poszło kolejne 24 zł. Dramat.
SVÍČKOVÁ NA SMETANĚ co prawda nie wylądowała na moim stole, ale miałem okazję widzieć ją na stole obok. Porcja naprawdę licha. Pani, która wsunęła danie w trzy minuty, po konsumpcji patrzyła jedynie smutno w pusty talerz. Oto co udało mi się znaleźć na facebooku omawianej knajpy:
Czy jest coś więcej do dodania? Ano jest. Jeżeli jest to prawda, że właścicielem bądź kucharzem jest prawdziwy Czech (dało się słyszeć czeski język między członkami obsługi), to poziom serwowanych dań jest wprost żenujący. Jeżeli restauracja chce dalej podawać tego typu jedzenie, to proszę niech nie nazywa się „Czeską Oryginalną”. Bo jak to ktoś stwierdził…”dupa, nie czeska”.
Muzyka
Hudba. Słyszę to słowo i mam w głowie stare czechosłowackie kultowe piosenki śpiewane przez Petrę Janů czy też Věrę Špinarovą. Niestety takich szlagierów w Czeskiej nie usłyszymy. Jest za to stos popowo-rockowych piosenek znanych z najbardziej odmóżdżającego radia z trzema literami w nazwie. Czasem jedna czeska współczesna nuta pojawi się na playliście. Xindl X to jednak nie jest mój ulubiony wykonawca.
Rachunek
Przepraszam, że jestem tak złośliwy, ale pisząc tę recenzję po kilku dniach, wciąż jestem rozdrażniony. Mam wrażenie, że policzono nam o dwa piwa za dużo. Rachunek był strasznie wysoki: za te buraki i niejadalny smażony ser plus kilka piw (których i tak nie mogliśmy się doliczyć) musieliśmy zapłacić 150 PLN. 75 PLN za jeden krótki wieczór pełen nieprzyjemnych wrażeń to dużo. Dla mnie o wiele za dużo.
A czy są w takim razie jakiekolwiek plusy?
Oczywiście, że są! Nie jestem przecież malkontentem.
Największą zaletą jest lokalizacja – właściciel nie mógł sobie lepiej wymarzyć miejscówki.
Czysto i sterylnie – wszak knajpa dopiero co po remoncie, wiadomo, że tak będzie.
Uśmiechnięta i pomocna obsługa – co ciekawe kelnerzy dopytują jak smakowało piwo, nie pytają jak smakowało jedzenie…
Barman/szef barmanów/? Jakub – sądząc po akcencie rodowity Czech, miły i sympatyczny. Zapada w pamięć 🙂
To tyle….
W Warszawie, gdzie miejscówek dla Czechofilów jest tak dużo, dziwi tak nieprofesjonalne podejście. Czeska kojarzy mi się ze Szwejkiem, który wykorzystując świetną lokalizację i wzorowanie się na czeskich symbolach zyskuje multum gości gotowych „dopłacić” za to, że mogą zjeść i wypić w centrum stolicy. Czy jest sens przepłacać? Każdy Czechofil stwierdzi, że nie.
Wolę bardziej klimatyczne miejsca, do których będę zapraszał swoich znajomych. I wy też tak zróbcie! Mieszkańcy północnych dzielnic napijcie się wyśmienitego piwa w Czeskiej Piviarni, a ci ze wschodnich dzielnic i Ursynowa walcie śmało do pubu Warszawa-Praha (mmmm, ten ręcznie robiony smażony ser…).
Moja ocena: 2/5
PS: Z Czeskiej wyszliśmy biedni i głodni. Oto, co musiało się stać po tej wizycie…
Konflikt na Ukrainie odbija się czkawką w całej Europie Środkowo-Wschodniej. O swój byt drży Białoruś i kraje bałtyckie. Jednak precedensem wydawać się może napięcie stosunków polsko-czeskich na Zaolziu w ciągu ostatnich tygodni. Czy może mieć to związek z Rosją?
źródło: stalo-se.cz
Na czeskim portalu „Stalo Se”, cieszącym się popularnością wśród czeskiej młodzieży na Zaolziu pojawiły się antypolskie hasła. Wystarczy przytoczyć słowa redakcji „Polacy precz! Cieszyn i cały Śląsk zawsze były czeskie. Polacy nam to ukradli. Trzeba to odzyskać”, którym towarzyszą prorosyjskie komentarze użytkowników, by stwierdzić, że sytuacja zaczyna robić się nieciekawa. Wymowną ilustracją do tychże słów jest swastyka wpisana w polską flagę.
Czas „zrobić porządek” z Polakami
To kolejny z pojawiających się postulatów. Na portalu dowiadujemy się na przykład, że Polska za wszelką cenę chcę odzyskać Zaolzie i tylko Moskwa może przyjść z odsieczą przed imperialistycznymi zapędami kraju nad Wisłą… W związku z tym należy zawrzeć strategiczny sojusz z Rosją i raz na zawsze „zrobić porządek” z Polakami.
Dwójmyślenie Zemana
Do tego typu postulatów można by przypiąć łatkę marginesu, gdyby nie fakt, że wpisują się one w szerszą spójną całość. Warto zwrócić uwagę na postać postkomunistycznego prezydenta Republiki Czeskiej – Miloša Zemana, który nawet nie stara się ukrywać swojej prorosyjskości, a w oczach czeskiej opozycji zyskał miano „marionetki Putina”, zapraszając „cara Wszechrusi” na oficjalne obchody państwowe. Z kolei nieco dalej na wschodzie Zeman po wielu swoich wypowiedziach stał się bożyszczem internetów.
Znaczące są również próby wybiórczego traktowania historii przez czeskiego prezydenta. Nie tak dawno było głośno o uświadamianiu Polaków przez Zemana na temat zbrodni Stepana Bandery na naszym narodzie, natomiast uwadze prezydenta umyka inny ludobójca Polaków – gen. Josef Snejdarek, którego wojska w 1919 roku wtargnęły na Zaolzie, w wyniku czego śmierć poniosło tysiące Polaków. Ba, nawet w przypadku tego drugiego, którego pomnik niespełna 2 lata temu stanął niedaleko polskiej granicy, Zeman ma już pozytywne odczucia.
Pożyteczni idioci czy zamierzone rosyjskie działania?
Wg prezesa Kongresu Polaków w Republice Czeskiej dra Józefa Szymeczka w wywiadzie dla „Do Rzeczy” – „nasilenie antypolskich nastrojów, wezwań rewizjonistycznych czy straszenia, że Polska ma wrogie zamiary wobec Czech, nastąpiło w ostatnich miesiącach konfliktu na Ukrainie.”
Kuriozalne wydaje się, że prorosyjsko nastawiona grupa Czechów, popierająca tym samym politykę Rosji wobec Ukrainy „w trosce” o mieszkającą tam mniejszość rosyjską, jednocześnie żąda „pomocy” Rosji w wypędzeniu rdzennej polskiej mniejszości z terenów Republiki Czeskiej (sic!).
Związek czasowy, o którym wspomina dr Szymeczek, brak logicznej spójności oraz nazywanie wszystkich myślących inaczej faszystami wydają się wskazywać na działania naszego „wielkiego słowiańskiego brata”. Jak widać wojna hybrydowa prowadzona na Łotwie to nie samotny wyjątek, a rosyjska propaganda sięga po najbardziej na zachód wysunięte kraje byłego bloku socjalistycznego.
Co na to polski MSZ?
Sprawa została potraktowana jako incydent, ale miejmy nadzieję, że na dłuższą metę polska dyplomacja zainteresuje się mniejszością polską zamieszkującą części składowe Republiki Czeskiej, a mianowicie Czechy, Morawy, a przede wszystkim Śląsk Cieszyński. Wg spisu z 2011 roku u naszych południowych sąsiadów zamieszkuje ok. 40 tys. Polaków, a w niektórych gminach stanowią oni nawet większość (dla przypomnienia w 1919 Polacy stanowili ponad 2/3 ludności Zaolzia). Choć na tle kilkunastomilionowej polskiej diaspory to zaledwie niewielki odsetek, to jak niezwykle istotny z punktu widzenia minionej historii, jak i tej, która pisze się na naszych oczach.
Atif urodził się w Palestynie. Przedtem mieszkał w Niemczech. W Cieplicach jest tłumaczem z języka arabskiego. Mieszka tu z rodziną od wielu lat. Od pewnego czasu zauważa jednak znaczne pogorszenie się atmosfery w tym mieście.
– Czasami siedzę z dziećmi w ogrodzie. Gdy się ma dzieci to jest to normalne, że rzuca się niekiedy na ziemię papierek albo niedopałek papierosa. Myślę, że Czesi też nie są inni. Ale to jeszcze żaden problem. Największym problemem jest ich strach. Strach przed obcymi; przed muzułmanami – mówi.
Około jedna czwarta spośród prawie 13 tysięcy kuracjuszy przybywających rokrocznie do Teplic, pochodzi z Kuwejtu, Bahrajnu i Arabii Saudyjskiej. Wielu pacjentów i ich rodziny zostają w Teplicach przez kilka miesięcy. Ich pobyty zwykle finansuje się z budżetów rodzin panujących.
„Czesi za długo żyli za żelazną kurtyną”
W lecie obraz czeskiej prowincji zmienia się nie do poznania. „Wielu mieszkańców 50-tysięcznych Cieplic ma z tym problem”, uważa lekarz Abbas Jahaf. „W Parku Zdrojowym toczy się wojna kultur. Rodziny arabskie prowadzą inny tryb życia. Są głośne i pełne temperamentu. Czesi nie są do tego przyzwyczajeni. Nie znają innych kultur, bo za długo żyli za żelazną kurtyną”.
Strach przed pełzającą islamizacją sprawia, że ludzie zaczynają protestować. Jesienią ubiegłego roku skrajnie prawicowa partia zorganizowała marsz przez śródmieście Teplic. W Radzie Miejskiej dyskutuje się sprawę zakazu noszenia muzułmańskich chust w Parku Zdrojowym. Wejścia do niektórych arabskich sklepów wysmarowuje się świńską krwią.
Plastikowa świnia u wejścia
W lokalu „Pod Lampou”, goście z krajów arabskich nie są mile widziani. Nad barem wisi izraelska flaga z gwiazdą Dawida. Ma odstraszać Arabów. Wejścia pilnuje naturalnej wielkości plastikowa świnia. „Nie ma to nic wspólnego z rasizmem”, zapewnia właściciel knajpy, „ale jest to jedyna forma obrony. W lecie, w Parku Zdrojowym przebywa około tysiąca kobiet w burkach i brodaci mężczyźni. Dzieci wrzeszczą do wczesnych godzin porannych. Nikt nie może spać a trawnik jest całkowicie zdewastowany. To istne piekło. Przecież nie żyjemy na pustyni. Nikt tu nie cierpi Arabów”.
– Nie jest to niestety odosobniona opinia – twierdzi burmistrz Jaroslav Kubera. Tę funkcję pełni od dwudziestu lat.
Cieplice mocno się zmieniły od upadku socjalizmu. Kiedyś było to zaniedbane miasto przemysłowe. Dziś dobrze żyje dzięki gościom z całego świata. Jednak sukces ma też swoje ciemne strony.
– Ludzi irytuje nie tylko bałagan w Parku Zdrojowym i hałas. Od czasu zamachów w Paryżu i Kopenhadze, wielu mieszkańców po prostu boi się Arabów. Widzą w telewizji, co się dzieje i myślą, że ten terror przyjdzie teraz do nas; do Teplic. To jest bardzo nieracjonalne – uważa burmistrz.
Zagrożona sielanka
Niedaleko historycznej części miasta znajduje się na wzgórzu dzielnica Modlany. Tam Karel Secky zrealizował swoje marzenie o spokojnym życiu za miastem. Nowy dom zbudował na działce wśród jabłoni. – Ta idylla jest jednak zagrożona – twierdzi 41-letni inżynier. – Kuwejccy inwestorzy kupili bowiem w dzielnicy Modlany ponad 120 działek. Mają tu powstać luksusowe domy wakacyjne dla bogatych arabskich kuracjuszy. Widzę to jako zagrożenie. My Czesi pragniemy tylko spokojnego życia. Nie chcemy tutaj żadnych obcych kultur. Żadnych kobiet w burkach i ludzi, którzy nie respektują naszych zasad. Arabowie nie potrafią się do nas dostosować. Obserwujemy to w Cieplicach każdego dnia – dodaje.
Ludzie bronią się przed sprzedażą działek Arabom
Jego inicjatywa obywatelska chce uniemożliwić sprzedaż dalszych działek arabskim inwestorom. W petycji inicjatywa żąda wstrzymania prac budowlanych.
W Domach Zdrojowych obserwuje się te działania z coraz większą troską. – Ta napięta atmosfera nie pozostanie w Cieplicach bez następstw – obawia się dyrektorka Yveta Sliskova. – Niektórzy goście są tym tak dotknięci, że być może w przyszłym roku już do nas nie przyjadą. Mam nadzieję, że ten spór nam jednak w dłuższej perspektywie nie zaszkodzi. Ale pewne ryzyko istnieje – dodaje.
Gminę muzułmańską w Teplicach też ogarnął strach. Wielu właścicieli sklepów i drobnych przedsiębiorców boi się o swoją egzystencję i bezpieczeństwo swoich rodzin. Żeby załagodzić sytuację, zaprosili mieszkańców Cieplic do meczetu na dyskusję. Chcą, żeby Tepliczanie wyzbyli się strachu przed obcą kulturą i religią. – Rozmawiamy z tymi ludźmi o rzeczach, które ich rażą albo niepokoją. Reakcje są przeważnie bardzo pozytywne. Trzeba się bliżej zapoznać, wtedy problemy same się rozwiążą – mówią.
Zamożni Polacy coraz częściej zakładają firmy w Czechach lub na Słowacji tylko po to, żeby zaoszczędzić na zakupie drogiego samochodu.
Tak zwane szufladowe firmy rejestrowane są w Pradze, Brnie i Bratysławie, bo obowiązują tam korzystniejsze niż w Polsce przepisy podatkowe towarzyszące zakupowi nowego auta. Na Słowacji i w Czechach nie płaci się podatku akcyzowego, który u nas stanowi 1/5 ceny. Można też odliczyć całość VAT.
Południowy kierunek jest dla polskich przedsiębiorców tym bardziej kuszący, że nasi sąsiedzi mają prostą procedurę oraz krótszy czas założenia i rejestracji spółki. Zwykle trwa to nie dłużej niż 25 dni. Często nie trzeba nawet być osobiście przy jej rejestracji, bo wszelkie formalności biorą na siebie wyspecjalizowani w tego typu procedurach pośrednicy. A inne formalności związane z zakładaniem firm można załatwić drogą elektroniczną. Niestraszne są też bieżące koszty obsługi: wynajęcie wyspecjalizowanego biura księgowego kosztuje nie więcej niż 100 euromiesięcznie.
Nic dziwnego, że taka możliwość kusi nabywców drogich aut.
Piotr Chodzeń, wyłączny importer samochodów Maserati w Polsce, szacuje, że na sprzedanych w zeszłym roku blisko 50 samochodów do Czech i na Słowację wyjechało ok. ośmiu. Z kolei Marcin Dąbrowski, wiceszef JLR Polska, które sprzedaje jaguary i land rovery, szacuje, że na 1100 sprzedanych w zeszłym roku aut do 5 proc. trafiło za granicę.
– W większości przypadków samochody rejestrowano w Szwajcarii, choć Słowacja i Czechy także występowały – zdradza Dąbrowski.
O podobnych praktykach słyszeli także inni dilerzy. W Mercedesie, Porsche czy w Infiniti zapewniają jednak, że ich auta nie są rejestrowane u południowych sąsiadów.
Jak mówi Adam Pietkiewicz, szef Polskiej Grupy Dealerów, która sprzedaje m.in. infiniti, w zeszłym roku samochody japońskiej marki kupiło u niego tylko dwóch południowych sąsiadów.– Byli to jednak autentyczni Czech i Słowak. W tym przypadku mówimy o samochodach, których wartość sięga 300 tys. zł. Być może to za tanio, bo jednak kłopotów z taką operacją jest sporo –mówi Pietkiewicz. Przy zakupie takiego auta zaoszczędzić można około 60 tys. zł i odliczyć 30 tys. zł więcej VAT niż w Polsce. Przy zakupie auta za 0,5 mln można zaoszczędzić ok. 150 tys. zł.
O tym, że proceder ma miejsce, przekonuje też aktywność celników. Jeden z dilerów anonimowo informuje, że urzędy celne zwracają szczególną uwagę na sprawę rejestracji w Czechach i na Słowacji ze względu na nieopłacenie akcyzy. – Często otrzymujemy pytania o klientów, którzy kupili auto, ale go tu nie zarejestrowali. Cała sprawa jest wpleciona w tropienie firm, które unikają płacenia podatku w Polsce i wynoszą swoją działalność za granicę – mówi jeden z dilerów luksusowej marki.
Wojciech Drzewiecki, szef Instytutu Samar, który monitoruje krajowy rynek motoryzacyjny, nie ma wątpliwości, że amatorów tańszego kupowania drogich aut będzie przybywać. Największym problemem w Polsce jest niesprawiedliwy dla przedsiębiorców system odliczenia VAT przy zakupie aut osobowych. Choć nowe zasady, które obowiązują od 1 kwietnia 2014 r., teoretycznie mają umożliwić przedsiębiorcom odliczenie pełnego podatku, to w praktyce przewidziany jest katalog restrykcyjnych wymogów, których niespełnienie jest zagrożone wysokimi sankcjami karnoskarbowymi. Fiskus może obciążyć firmę karą w wysokości do 720 stawek dziennych, czyli ponad 16 mln zł.
Policja w Pradze stoi przed nie lada wyzwaniem: coraz więcej biednych Czechów sprzedaje swoje paszporty przemytnikom. Potem wjeżdżają na nich do UE uchodźcy z Syrii, Iraku i innych krajów.
Jak na razie nie wiadomo, dlaczego ten proceder jest tak nagminny właśnie w Czechach. Jednym z powodów może być fakt, że paszporty tego kraju należą do najlepiej zabezpieczonych na świecie, dlatego jeżeli są prawdziwe, nie budzą podczas kontroli podejrzeń.
Paszporty niby kradzione
Proceder funkcjonuje w następujący sposób: osoby ze słabo sytuowanych grup społecznych sprzedają paszporty, które potem zgłaszają jako zgubione lub skradzione, tłumaczy Hubert Lang z urzędu ds. paszportowych w Pradze. Inny sposób to sprzedaż dokumentów po zmarłych, które nie zostają oddane do urzędów po śmierci.
Zdarzają się również przypadki sprzedaży paszportu bez zgłoszenia ich zaginięcia. Te właśnie policja uznaje za najbardziej niebezpieczne. Ich numery nie pojawiają się bowiem w żadnych rejestrach skradzionych dokumentów i tym samym przechodzą przez wszystkie filtry systemu informacji strefy Szengen. To uniemożliwia praktycznie skuteczną kontrolę graniczną.
Majątek za paszport
Czeska policja zakłada, że za paszportowym fenomenem stoją zorganizowane bandy, które szukają w Europie paserów, którzy znajdują osoby w potrzebie i proponują im odkupienie dokumentów. Następnie sprzedają je dalej pośrednikom w regiony, gdzie trwają konflikty i skąd pochodzi wielu uchodźców. Zwłaszcza w krajach arabskich za europejski paszport można żądać majątek.
– Wszyscy uchodźcy potrzebują jakichś dokumentów, aby w ogóle wejść na pokład samolotu lecącego do jakiegokolwiek europejskiego kraju. Tam składają podanie o azyl. – W ten sposób przemytnicy obchodzą najtrudniejszą barierę dotyczącą fałszowania dokumentów. Zamiast je podrabiać, używają bezpiecznych czeskich paszportów wykorzystując je inaczej, tłumaczy Hubert Lang problem czeskiej policji. Z reguły oszustwo wychodzi na jaw dopiero w momencie, kiedy uchodźca jest już na terenie UE i może starać się o azyl.
Kontrole niezbyt skuteczne
Przemytnicy dobrze sobie radzą z problemem zdjęcia. – Stronę, gdzie znajduje się zdjęcie, można w miarę łatwo zastąpić inną – wystarczy dobra drukarka. W efekcie widoczna jest na niej twarz uchodźcy, podczas gdy dane osobowe pozostają te same. Te dane są sprawdzane. Ale nie można poddawać specjalnej kontroli wszystkich, którzy mają arabski wygląd – tłumaczy Lang.
Czeska policja wykryła w ostatnim czasie ponad 100 przypadków wykorzystania przez uchodźców dokumentów należących pierwotnie do innych osób. Prawdziwa liczba z pewnością jest dużo wyższa. Czeska policja próbuje teraz uzyskać możliwie dużo informacji od osób, które sprzedały swoje paszporty. – Większość z nich – mówi Lang – należy do najbiedniejszej grupy społeczeństwa, przede wszystkim z północnych Czech. Pozostaje jednak problem udowodnienia sprzedaży, czyba, że ktoś „gubi” paszport kilka razy w ciągu roku. Czeskie władze zastanawiają się teraz nad nowymi przepisami. – Planujemy zaostrzenie przepisów i wyższe kary za utratę dokumentów, jeżeli w ciągu krótkiego czasu ktoś kilkakrotnie traci dokumenty, a potem inna osoba na nie wjeżdża do UE – zapowiada Lang.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.