Gorejący krzew w reżyserii Agnieszki Holland zdobył aż 11 Czeskich Lwów za rok 2013. To najbardziej prestiżowe nagrody przyznawane w Czechach najlepszym produkcjom filmowym i telewizyjnym minionego roku.
Trzyodcinkowy miniserial nominowany był w 14 z 16 kategorii. Uznano go za najlepszy film, nagrodzono m.in. za reżyserię, scenariusz, zdjęcia, montaż, dźwięk, muzykę i scenografię. Wyróżniła go też publiczność.
Agnieszka Holland
Na gali, odbywającej się w praskim Rudolfinum, nie było jednak Agnieszki Holland. W jej imieniu Kryształowego Lwa odebrał autor scenariusza Štĕpán Hulík. Reżyserka wysłała do Pragi nagranie wideo, w którym podziękowała za nagrodę. Bardzo się cieszę, że mogłam tę historię opowiedzieć, jest ważna nie tylko dla Czechów i Słowaków, ale i dla mnie osobiście – zwróciła się w nagraniu do obecnych na sali. Szczególnie dziś, koło nas, na kijowskim Majdanie – dodała, nawiązując do sytuacji na Ukrainie.
Czeskie Lwy są odpowiednikiem Orłów – Polskich Nagród Filmowych. W jury przyznającym nagrody zasiadają członkowie Czeskiej Akademii Filmowej i Telewizyjnej. W tym roku nagrody zostały przyznane już po raz dwudziesty pierwszy.
Źródło: PAP, http://www.pisf.pl
Red. Beata Poprawa
Fot. Bartosz Bobkowski / AG, Fot. Film Servis Festival Karlovy Vary
Milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy widzów w kinach to fenomen w liczących dziesięć i pół miliona obywateli Czechach. Tak ogromną publiczność zgromadził w 2010 roku film Jiřího Vejdělejka Ženy v pokušení. Jest to komedia o kobietach i dla kobiet, a o płci tej reżyser wie doprawy wiele. Dorastał z matką, dwiema siostrami, a w jego wychowywaniu uczestniczyło osiem ciotek. Ženy v pokušení to owoc tych doświadczeń.
Czterdziestopięcioletnia Helena (Lenka Vlasáková), dyplomowana specjalistka od spraw damsko-męskich, po 23 latach małżeństwa rozstaje się z mężem. Powód jest prosty, przyłapuje go in flagranti z młodziutką, czarnoskórą kobietą. In flagranti, przez swoją córkę – Lenkę (Veronika Kubářová), zostaje przyłapana i ona, zagubiona w swych uczuciach dopuszcza się zdrady z jej chłopakiem (Vojtěch Dyk). In flagranti to wreszcie tytuł powieści jej nieco ekscentrycznej matki, Vilmy (Eliška Balzerová)– byłej aktorki, która postawia wydać książkę na podstawie swoich, głównie seksualnych, doświadczeń. To właśnie najstarsza z bohaterek jest spiritus movens wszelkich wydarzeń i to ona jest główną Kusicielką (najbliższe oryginałowi tłumaczenie tytułu to „Kusicielki”). Bohaterka wyznaje radosną filozofię życiową: Niewłaściwego mężczyznę trzeba zastąpić mężczyzną właściwym.
Postaci tworzone przez Vejděleka są bliskie zwykłemu widzowi. W Ženach v pokušení przedstawia trzy atrakcyjne i inteligentne bohaterki. Kobiety są bardziej temperamentne i mają w sobie więcej namiętności niż byśmy tego chcieli – twierdzi reżyser. Niejedna sytuacja pokazuje mądrość i wyważenie postaci, tworzonych przez czeskiego twórcę. Fenomenalne są sceny, w których Helena prowadzi wewnętrzny dialog czy niezliczone rady, których udziela Vilma.
Vejdělek niejednokrotnie posługuje się stereotypami i kliszami, a mimo to tworzy ciekawe i wiarygodne scenariusze oraz dowcipne dialogi. Może nie jest odkrywczy i zapewne można go oskarżać o chęć schlebiania niewyrafinowanym gustom, jednakże jego podejście paradoksalnie przynosi sukces. A sukces ten wcale nie świadczy źle o czeskiej publiczności. Jego filmy oddziałują na emocje i dodają warstwę refleksyjną, bowiem reżyser posiada niezwykłą umiejętność – w bardzo płynny sposób przechodzi z partii komediowych w tony dramatu.
Ženy v pokušeni już wkrótce będą miały swoją brytyjską wersję. Wyreżyseruje ją czterokrotny zdobywca Oskarów – Gareth Unwin (znany z Jak zostać królem). Byłem pod wrażeniem, jak zabawny, ale i wzruszający film napisał i wyreżyserował Jiří. „Ženy v pokušeni” czerpią z najlepszych tradycji swojego gatunku – powiedział. To pierwszy anglojęzyczny remake czeskiego filmu, zatem to sytuacja doprawdy wyjątkowa.
Jaromír Nohavica, czeski piosenkarz, autor tekstów, poeta wystąpi 19 i 20 maja w klubie Stodoła!
Piosenki Nohavicy mają bardzo różny charakter. Są wśród nich zarówno poetyckie, pełne zadumy ballady, jak i wesołe, wręcz rubaszne pieśni.
Początkowo pisał teksty dla innych wykonawców. Zasłynął w tamtych czasach głównie piosenką Lásko, voníš deštěm (Miłości, pachniesz deszczem) dla Marii Rottrovej. Dopiero od 1982 roku, namówiony przez przyjaciół, zaczął sam wykonywać swoje utwory. Od tej pory stał się popularnym wykonawcą, a od lat 90 jest stale w czołówce najpopularniejszych czeskich pieśniarzy.
Poza Czechami i Słowacją sporą popularnością cieszy się również w Polsce, gdzie także koncertuje od 1997 roku. Twórczość Nohavicy, mieszkającego na pograniczu kultur na Śląsku Cieszyńskim, przesiąknięta jest również polskimi akcentami, Artysta swobodnie mówi po polsku. Niektóre piosenki, zwłaszcza na koncertach, wykonuje w polskiej wersji językowej.
Swój pierwszy autorski album wydał w 1988 roku. Darmodziej to album dojrzały i wyważony, złożony z zapisów koncertów z przełomu lat 1987/88. Reprezentuje on pierwszy szczytowy okres piosenkarskiej drogi Nohavicy. W 1989 roku ukazał się wybór piosenek pod tytułem Ósmy kolor tęczy, a o rok później W tym głupim roku. Pierwszy projekt studyjny Nohavicy zatytułowany Mikimauzoleum powstał w 1993 roku. Stał się on jednym z najpopularniejszych czeskich albumów muzycznych. Nowatorskie jak na owe czasy aranżacje stworzył Karel Plíhal. Kolejny projekt studyjny Dziwny wiek otrzymał Czeskie Gramy za płytę roku 1996. W 2009 roku ukazał się dwupłytowy album Świat według Nohavicy, z piosenkami Nohavicy w polskim tłumaczeniu i wykonaniu polskich Artystów. Na początku 2013 roku jego utwór Minulost (w języku czeskim) trafił na pierwsze miejsce Listy Przebojów Programu III Polskiego Radia i pozostawał tam przez kilka tygodni. W październiku 2013 Nohavica został uhonorowany nagrodą Diament Trójki.
Nohavica jest człowiekiem wyjątkowo utalentowanym. Jego koncerty stają się dla słuchaczy jedynym w swoim rodzaju przeżyciem. Artysta zagra na żywo w klubie Stodoła już 19 i 20 maja!
Bilety w cenie od 95 pln do 115 pln
do kupienia w TicketClub Batorego (Warszawa ul. Batorego 10; kasa Klubu Stodoła);
Nezastavujeme, máme zpoždění – to cytat z mego ulubionego czeskiego filmu. To, co wydawało się być realne tylko w filmie, wkrótce może okazać się rzeczywistością. MHD Praha chce, aby wszystkie przystanki były na żądanie.
Kadr z filmu „Slunce, seno, jahody”
W Pradze jest 1200 przystanków autobusowych. Około połowa z nich jest w tej chwili „na żądanie”. Docelowo wszystkie przystanki mają być objęte tym sposobem działania. Od niedawna prascy pasażerowie muszą machać do kierowcy autobusu na przystankach: Depo Hostivař, Malešická továrna i Na Homoli. Ale to dopiero początek.
MHD w Pradze żywi nadzieję, że wkrótce, wzorem kilku europejskich miast, i Praga będzie miała wszystkie przystanki z opcją „na żądanie”. Prowadzone są intensywne rozmowy z władzami miasta, aby ten model jak najszybciej wprowadzić. Kiedy? Konkretnego terminu nikt nie chce zdradzić, wiadomo jednak, że nie nastąpi to w tym roku ze względu na jesienne wybory. Technicznie MHD zmianę mogłaby wprowadzić w jeden dzień. Wymagane jest jednak przeprowadzenie kampanii informacyjnej dla pasażerów.
Rzecznik MHD te kontrowersyjne plany tłumaczy oszczędnościami: dziennie jest to około 2 proc. nakładów na benzynę oraz pensję kierowców. Słowem: im szybciej autobus dojedzie do pętli, tym mniej straci paliwa i tym szybciej skończy się zmiana pracownicza. Po wprowadzeniu zmian już nie będziemy musieli machać, a jedynie ustawićsię tak, by być widocznym dla kierowcy przejeżdżającego autobusu. Wysiadając wciskamy guzik STOP.
Centrum Pragi będzie wkrótce oblepione plakatami informującymi o tym, iż spożywanie alkoholu w ścisłym centrum stolicy Czech jest zakazane. Najpierw informacje o zakazie będą umieszczone na słupach ogłoszeniowych, z czasem turyści będą mogli wypatrzeć tablice również na budynkach.
Napis po czesku i angielsku ma informować turystów, że znajdują się w strefie, w której spożywanie alkoholu na powietrzu jest zakazane. Takie tablice to świetny sposób na dotarcie do rzeszy przyjezdnych osób, które w ogóle nie zdają sobie sprawy, że kilka miesięcy temu zmieniło się prawo w tym zakresie. Władze dzielnicy Praha 1 wynajęły 20 miejsc, w których będą naklejone informacje. Będą to na przykład miejsca koło latarni bądź też billboardy. Znajdą się na pewno w okolicach ulic Długiej oraz Kozí. Miesięczny koszt wynajmu powierzchni reklamowych to 20 tysięcy koron.
Praha 1 wciąż czeka na decyzję konserwatora zabytków, który pozwoli na zawieszenie specjalnych tablic z zakazami na kamienicach. Poza tym władze dzielnicy chcą przygotować specjalną wersję map Pragi, w których oprócz atrakcji i zabytków turyści znajdą informację o zakazie picia alkoholu w miejscach publicznych. Mapy te mają być dostępne w hotelach i pensjonatach.
Na chwilę obecną wspomniane tablice są sposobem wyciszenia ulic Prahy 1, które zapełniają się głośnymi turystami. Jeżeli te nie zdadzą swojej roli, Praha 1 będzie wnioskować o nakaz zamykania pubów i klubów o godzinie 22:00.
Radni Miasta Stołecznego Pragi chcieliby zalegalizować prostytucję. Rządząca koalicja nie jest jednak w tym temacie jednomyślna. Próby legalizacji tej profesji odbywają się od końca lat dziewięćdziesiątych, jednak do tej chwili nie ma żadnych przepisów określających tę kwestię.
Praska ulica Ve Smečkách
Licencja, regularne badania zdrowotne, opłaty, podatki – niedługo zapewnianie rozkoszy mogłoby być opodatkowane. Prostytutki miałyby dokument poświadczający możliwość uprawiania tego zawodu. Dodatkowo domy publiczne płaciłyby podatek za każdy metr kwadratowy swojej powierzchni. Oprócz tego również burdele prowadzone w prywatnych domach będą podlegały opodatkowaniu.
Już w 2011 roku Andrej Babis, lider ANO mówił, że tę profesję trzeba uregulować. Jednak rządzący politycy są bardzo podzieleni. KDU-ČSL jest przeciwna: rozwiązaniem byłaby jedynie kontrola czy oprócz prostytuowania się nie jest prowadzony handel ludźmi, zmuszanie do nierządu itp.
Michaela Marksová-Tominová (ČSSD), minister pracy, chciałaby zobaczyć czy opodatkowanie prostytucji jest opłacalne. Ma zamiar porównać dane z krajów, w których podobne rozwiązanie już działa.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych obawia się, że gdy tego typu regulacje weszłyby w życie, Republika Czeska musiałaby wypowiedzieć Konwencję w sprawie zwalczania handlu ludźmi i eksploatacji prostytucji. Zrywanie takich umów jest postrzegane negatywnie – twierdzi rzecznik ministerstwa Vladimir Repka.
Konwencja z 1951 roku jest już przestarzała i zrezygnowały z niej Niemcy, Austria czy Holandia. Według ministerstwa nie odbyła się publiczna dyskusja na ten temat, a zaproponowana ustawa jest pełna błędów.
Polacy coraz częściej załatwiają sprawy w urzędzie miejskim w Czeskim Cieszynie, więc jego pracownicy uczą się polskiego. Zainteresowanie większe niż lekcjami angielskiego.
Gdyby nie podświetlona na niebiesko symboliczna linia graniczna biegnąca w poprzek mostu Przyjaźni na Olzie, to przechodzień mógłby nie zauważyć, że jest już w innym mieście i w innym państwie. Od wejścia do strefy Schengen Cieszyn i Czeski Cieszyn – wcześniej przez 87 lat sztucznie przecięte granicą – coraz bardziej przypominają jedno miasto.
Radni z obu stron granicznej rzeki co pewien czas spotykają się na wspólnych sesjach, a samorządy organizują wspólne imprezy oraz realizują wiele inwestycji. Razem zagospodarowują tereny przylegające do Olzy, budując tam boiska, ścieżki rowerowe i odnawiając parki. Zbudowały nowy most łączący oba miasta i myślą o kolejnym.
– Nasza współpraca wymaga codziennych kontaktów, w których znajomość języka polskiego jest potrzebna. Dotyczy to także bardziej prozaicznych sytuacji. Np. ostatnio prowadziliśmy akcję przeciwko wagarowiczom. Nasza straż znalazła też kilkoro polskich uczniów i te informacje trzeba było przekazać do polskich szkół – mówi Dorota Havlikova, rzeczniczka urzędu miejskiego w Czeskim Cieszynie.
Ale czeskim urzędnikom język polski przydaje się nie tylko w kontaktach z kolegami z polskiej strony. Jak wyjaśnia Havlikova, w tamtejszym ratuszu swoje sprawy załatwiają Polacy, którzy zakładają firmy w Czeskim Cieszynie, zamieszkują tam, biorą śluby czy posyłają dzieci do szkół. Takich przypadków jest coraz więcej. – Warunki do prowadzenia działalności po czeskiej stronie są lepsze niż u nas. Kontakty z urzędnikami od czasu do czasu są niezbędne, więc dobrze jest, gdy można się porozumieć – mówi Katarzyna Salamon pracująca w prowadzonym w Czeskim Cieszynie przez Polaków klubie fitness.
Dlatego władze Czeskiego Cieszyna zorganizowały dla swoich urzędników kursy języka polskiego opłacane z budżetu miasta. Chętnych było więcej niż miejsc. Lekcje, w których bierze udział 21 osób podzielonych na grupy, rozpoczęły się kilka dni temu i potrwają do końca roku. Odbywają się w ramach godzin pracy.
– Zainteresowanie było większe niż kursem angielskiego. Część osób trochę rozmawia, także w gwarze cieszyńskiej, ale uczymy od podstaw mówienia i pisania. Zaczęliśmy od zwrotów grzecznościowych, z czasem dojdziemy do specjalistycznego słownictwa – mówi Halina Klimsza, która prowadzi zajęcia. Stara się, aby były one na luzie: – Ostatnio mówiłam uczestnikom trochę o polskich wulgaryzmach. Może się przecież zdarzyć, że klient, który przyjdzie do urzędu, będzie miał zły humor.
W urzędzie miejskim po polskiej stronie kursów czeskiego nie ma. Ale władze nie wykluczają, że zostaną zorganizowane, gdy urzędnicy zgłoszą taką potrzebę.
Podczas gdy rząd Czech prowadzi intensywną kampanię antynikotynową, Czeska Poczta sprzedaje papierosy w swych placówkach, a także zmusza do tego listonoszów – poinformował dziennik „Mlada Fronta Dnes”.
Jest to element działań na rzecz ustabilizowania budżetu przedsiębiorstwa. Jak zaznacza gazeta, ze względu na swą dodatkową ofertę handlową urzędy pocztowe zaczynają przypominać jarmarczne kramy. Poza papeterią sprzedaje się tam na przykład kupony loteryjne, zabawki, proszki do prania i rajstopy. Ostatnio podjęto też sprzedaż papierosów, angażując w to listonoszy.
– Kierownictwo zmusza nas do tego, byśmy aktywnie oferowali towar, gdyż jeśli nie sprzedamy miesięcznie towaru za 800 koron (120 złotych), obcina się nam wynagrodzenie – powiedziała w rozmowie „MF Dnes” praska doręczycielka, która nie chce ujawnienia jej tożsamości.
Władze Czeskiej Poczty nie widzą w sprzedaży papierosów niczego niestosownego. – Szukamy każdej korony. Zależy nam na tym, abyśmy nie ponosili strat – powiedział „MF Dnes” szef departamentu komunikacji Ivo Mravinac.
Odmiennego zdania jest lekarka Eva Kralikova, która prowadzi sieć poradni odwykowych dla palaczy. – Czechy podpisały umowę o kontroli tytoniu, w której zobowiązujemy się ograniczyć liczbę miejsc jego sprzedaży, a robimy coś zupełnie odwrotnego? Do tego pod firmą państwowej instytucji, to jest absurd. Będziemy protestować w organie zwierzchnim poczty i w ministerstwie zdrowia – powiedziała Kralikova.
Tymczasem podejście Czeskiej Poczty jest pragmatyczne. – Papierosy sprzedają się bardzo dobrze. Trzeba pamiętać, że ta dodatkowa sprzedaż drobnych towarów przynosi około 300 mln koron (45 mln złotych) rocznie, a my w ubiegłym roku z powodu spadku liczby przesyłek listowych straciliśmy 620 mln koron (94 mln złotych) – mówi Ivo Mravinac.
Ponad dwa lata po śmierci byłego prezydenta Czech Vaclava Havla w Pradze powstanie miejsce poświęcone jego pamięci. Nie będzie to tradycyjny pomnik, a tzw. Havel’s Place – instalacja symbolizująca przestrzeń spotkania i dialogu.
Z propozycją upamiętnienia zmarłego w 2011 roku prezydenta wystąpiła biblioteka jego imienia, a propozycję poparł stołeczny magistrat. Obecnie trwają poszukiwania najbardziej odpowiedniego miejsca. Możliwe, że instalacja będzie gotowa już w maju.
– Praga to od lat miasto najbardziej związane z Vaclavem Havlem. Obecnie trwa debata o tym, gdzie mogłaby stanąć instalacja. Rozważa się umieszczenie jej na przykład na Kampie na Malej Stranie, niewielkiej wysepce w centrum miasta, przy Moście Karola – powiedział w Czeskim Radiu mer Pragi Tomasz Hudeczek. Dodał, że miasto pokryje związane z tym koszty, szacowane na 230 tys. czeskich koron (ok. 34,5 tys. zł).
Pierwsze Havel’s Place powstało w październiku ub. roku w Waszyngtonie, kolejne stanęło w Dublinie w grudniu, a ostatnie – 15 lutego w Barcelonie. Każda z instalacji wygląda tak samo – dwa krzesła połączone stolikiem, pośrodku którego rośnie drzewo. Tak samo ma wyglądać praski projekt. Autorem instalacji jest projektant i architekt Borzek Szipek.
– Pierwszy projekt powstał dla Uniwersytetu im. Jerzego Waszyngtona, na którego kampusie miała być posadzona lipa upamiętniająca Vaclava Havla. Wtedy (czeski ambasador w USA) Petr Gandalovicz razem z Borzkiem Szipkiem podczas rozmowy wpadli na pomysł, że pasowałaby tam ławeczka. Później powstała z tego instalacja złożona z dwóch krzesełek i stołu między nimi, a ze środka stolika wyrasta właśnie ta lipa – wyjaśniła w Czeskim Radiu dyrektorka Biblioteki Vaclava Havla, Marta Smolikova.
Instalacja ma reprezentować zasady wyznawane przez Havla – obywatelskość i tolerancję. – Ważne, że to nie jest pomnik, a raczej wspomnienie. Nie ma monumentalnych rozmiarów, charakterystycznych dla większości pomników. To jest raczej skromna rzecz, z której można skorzystać – mówił w Czeskim Radiu autor projektu. Jak powiedział, dwa zwrócone ku sobie krzesła symbolizują to, co Havel cenił: gotowość do dialogu i otwartość na drugiego człowieka.
Vaclav Havel, ostatni prezydent Czechosłowacji i pierwszy prezydent Czech, zmarł 18 grudnia 2011 roku w wieku 75 lat w swoim wiejskim domu w Hradeczku, na pogórzu karkonoskim. Po jego śmierci w kraju ogłoszono trzydniową żałobę narodową. Urna z prochami zmarłego spoczęła w grobie rodzinnym na praskim Cmentarzu Vinohradzkim.
Gdy w Danii rozpoczynają się ferie zimowe, w Pradze ogłasza się alarm. Czeska stolica w napięciu czeka na najazd pijanych duńskich nastolatków.
Policja czekająca na Duńczyków
– Czy w tym roku też będą zamieszki? – pytają czeskie brukowce, a miasto spowija atmosfera grozy. Nie, Praga bynajmniej nie szykuje się na wielki mecz piłkarski i wizytę tysięcy szalikowców. W lokalnych mediach trwa kampania przeciwko młodym Duńczykom.
Pokoje zamieszkane przez Duńczyków
Głośno o nich było już zimą 2013 r. Wówczas dziennikarze zauważyli w tłumie turystów przewijających się przez kluby i ulice starego miasta nadreprezentację nastolatków z Danii. Prasa ze zgrozą donosiła, że piją alkohol, i to sporo. Pijany turysta to w Pradze żaden rarytas, bo miasto jest europejską mekką pijackiej turystyki. Ale telewizje mimo to pokazywały skandynawskich smarkaczy wymiotujących na zaśnieżone chodniki, a policja poszukiwała sprawców hotelowych demolek. Do miasta ściągnięto wtedy specjalny, stuosobowy oddział antyterrorystów oraz policjantów z psami. Awantura w jednej z hotelowych recepcji była transmitowana przez telewizje na żywo. „Policjanci zostaną tu do końca, do chwili, kiedy po Duńczyków przyjedzie autobus. Niestety, autobus ma godzinę spóźnienia” – relacjonował reporter. W mieście po duńskich licealistach pozostało takie samo wrażenie, jakie w Krakowie pozostawiają Brytyjczycy świętujący tam wieczory kawalerskie. Nic dziwnego, że w tym roku Czesi dokładnie sprawdzili, kiedy przypadają duńskie ferie zimowe. Gdy okazało się, że w środku lutego, prasa zaczęła grzać atmosferę już miesiąc wcześniej.
– Burmistrz dzielnicy Praga 1 [centrum miasta] porozmawia z ambasadorem Danii – donosił dziennik „Dnes” tuż po Nowym Roku. Old ich Lomecký zwołał z tej okazji konferencję prasową. – Wezwę ambasadora, w duńskiej prasie ostrzegł młodzież, że gdy złamie prawo, czeka ją tutaj twarde powitanie – grzmiał. – Zrobimy, co w naszej mocy, żeby nie sięgać po represje – dodawał.
Rzecznik praskiej policji Tomasz Hulan był przez dziennikarzy rozchwytywany. – Liczymy się z najazdem kilku tysięcy osób – opowiadał. Nastrojów nie ostudził list ambasadora Czech w Danii Jirziego Brodsky’ego, który informował burmistrza Lomeckiego, że „w Kopenhadze odbyła się specjalna konferencja, która ma zapobiec incydentom podobnym jak te przed rokiem”. W końcu na dywaniku w praskim magistracie faktycznie stawił się ambasador Danii Christian Hoppe.
Urzędnicy apelowali, by alkoholu nie sprzedawać małolatom, bo to niezgodne z prawem. Gazety donosiły, że w Danii i Czechach obowiązują różne przepisy: w Danii prawo pozwala pić lekkie alkohole od 16. roku życia. W Czechach trzeba mieć skończone 18. Z tym że akurat sami Czesi rechotali, kiedy im ktoś ten przepis przypominał. Jest on bowiem powszechnie lekceważony. – Ilu spitych młodych Czechów każdego weekendu trafia do izb wytrzeźwień? – ironizował publicysta Michal Musil.
Gdzieś pod koniec stycznia ktoś rzucił pomysł znakowania rozwydrzonej dzieciarni. Lomecký zapowiedział, że ci turyści, którzy nie mają skończonych 18 lat, będą nosić na rękawach kolorowe opaski. Przytaknęli mu pracownicy dwóch największych biur podróży, które organizują wyjazdy na ferie zimowe. Ktoś jednak przytomnie zadał pytanie: a co będzie, jak taki młodzieniec sobie tę opaskę zdejmie? Noszenie tych oznakowań – przyznali nadgorliwi urzędnicy – jest całkowicie dobrowolne. Nie można nikogo zmusić do paradowania z czymś takim na ręce, a i upilnować tysięcy młodziaków krążących po pełnym turystów mieście się po prostu nie da.
Pierwsi Duńczycy przyjechali już parę dni temu, ale mimo atmosfery grozy nie słychać o ekscesach z ich udziałem. Może dojdzie do nich, jak przyjadą następni?
To wątpliwe. Dopiero teraz dokładnie policzono, co działo się rok temu, gdy wybuchła panika. Wiadomo, że z ulic pozbierano wtedy i zawieziono do szpitali około 30 pijanych w sztok małolatów. Doszło do kilku bójek. Przed hotelami w śniegu leżało po kilkanaście butelek po piwie czy wódce. Na świeżo odnowionej fasadzie kamienicy w centrum smarkateria porozbijała jajka. I to właściwie wszystko.
Michal Musil zauważa zaś, że styczeń i luty to turystyczny martwy sezon. Hotele zioną pustką i oferują spore zniżki. „Duńscy turyści są znaczącym źródłem dochodów” – przypomina i dodaje, że rocznie z tego kraju przyjeżdża do Pragi około 200 tys. ludzi.
Długo się zbierałem by wziąć się za ten przepis. Kuszony jednak wspomnieniami za najlepszymi czeskimi smakami, postanowiłem poświęcić pół soboty by w końcu zmierzyć się z wołowym gulaszem z czeskimi knedlami bułczanymi.
CZESKIE KNEDLIKI BUŁCZANE:
2 białka o temperaturze pokojowej
szczypta soli
4 bułki pszenne, pokrojone w kostkę
niewielka ilość smalcu wieprzowego (ok. 50 g)
2 szklanki mleka
2 szklanki mąki
2 żółtka
1/2 pęczka natki pietruszki (tylko liście)
2 małe szczypty gałki muszkatołowej
50 g pieczarek pokrojonych na mniejsze części
Na początek zabieramy się za gulasz. Pół kilograma mięsa wołowego kroimy w kostkę i podsmażamy na patelni. Nigdy wcześniej nie robiłem gulaszu, więc bałem się, że mi nie wyjdzie. Poszedłem na łatwiznę i użyłem Fix Knorr. Rozrobiłem go w 500 ml wody i połączyłem z mięsem. Całość zmieszałem i gotowałem na małym ogniu około dwie godziny, aż mięso zmiękło a sos zredukował się.
Następnie zabrałem się za knedliki:
2 białka ubijamy ze szczyptą soli. Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość smalcu i smażymy na nim pokrojone bułki, doprawiamy je solą. Przekładamy do miski.
W czystej misce mieszamy mąkę, mleko i żółtka (ciasto konsystencją powinno przypominać ciasto naleśnikowe). Doprawiamy gałką muszkatołową. Mieszamy, następnie zalewamy przesmażone, pokrojone w kostkę bułki, mieszamy, dodajemy posiekaną natkę pietruszki i czosnkiem. Całość mieszamy.
Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość smalcu wieprzowego, dodajemy pieczarki, doprawiamy je solą i krótko smażymy, następnie dodajemy je do masy na knedliki. Na sam koniec dodajemy ubite białka, delikatnie mieszamy.
6 kokilek smarujemy od wewnątrz niewielką ilością smalcu wieprzowego. Ja nie miałem kokilek, więc użyłem zwykłych filiżanek do kawy. Napełniamy je przygotowanym ciastem knedlikowym. Ciasto nakładamy do wysokości około 1 cm poniżej brzegu naczyń żaroodpornych, następnie uderzamy naczyniami o blat stołu, aby pozbyć się nadmiaru powietrza w cieście knedlikowym. Gotujemy w kąpieli wodnej pod przykrywką przez mniej więcej 35 minut (w zależności od wielkości naczyń żaroodpornych). Odstawiamy do ostygnięcia.
Gotowe knedliki rozkrajamy delikatnie na grube plastry i układamy na talerzu. Polewamy je gulaszem. Smacznego!
Niedawno w czeskich mediach polską żywność nazywał gównem, którego nie weźmie do ust. Andrej Babisz został wicepremierem Czech. Polscy przedsiębiorcy przeczuwają najgorsze.
To fatalna wiadomość dla polskich producentów z branży spożywczej. Ten człowiek jest zdolny do wszystkiego. Nasze obawy są bardzo duże, bo czeski biznesmen już od dwóch lat prowadzi bezpardonowa walkę z polską żywnością – tak na wieść o tym, że Andrej Babisz w minioną środę został czeskim ministrem finansów, a zarazem wicepremierem nowo utworzonego rządu, zareagował Andrzej Gantner, dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności.
W oczach polskich przedsiębiorców Babisz to czeski arcylobbysta. Jego majątek jest szacowany na ponad 2 mld dolarów. Ma podwójne obywatelstwo, dzięki czemu trzyma w dłoni dwa tytuły – najbogatszego Słowaka i drugiego najbogatszego Czecha. Należąca do niego grupa Agrofert skupia ok. 200 spółek i daje rocznie ponad 5 mld euro przychodów.
Problem w tym, że 60-letni Babisz kontroluje aż jedną trzecią czeskiego rynku spożywczego i już wiadomo, że swój udział będzie chciał powiększyć wszystkimi dostępnymi środkami. Przede wszystkim kosztem polskich przedsiębiorców, eksportujących naszą żywność do południowego sąsiada.
16 proc. żywności sprzedawanej w Czechach pochodzi w końcu z Polski. Przez lata kawałek po kawałku zdobywaliśmy rynek południowego sąsiada. – Czesi nie inwestowali w przetwórstwo żywności. Nie modernizowali zakładów, wpuszczając chętnie do siebie importowane produkty. Dzięki temu dzisiaj polska żywność jest tańsza i lepsza od tej produkowanej u naszego południowego sąsiada – tłumaczy sytuację na czeskim rynku Andrzej Faliński, dyrektor Polskiej Organizacji Handlu i Usług.
Jego zdaniem Babiszowi nie opłaca się podejmować tak dużego ryzyka inwestycyjnego i unowocześniać własnych zakładów. – To jest facet, który umie kalkulować. Jeżeli wychodzi mu, że będzie taniej zablokować konkurencyjny import niż podejmować ryzykowne inwestycje, to woli przeprowadzić antykonkurencyjną kampanię w mediach – mówi Faliński. Jednak jego zdaniem samo piętnowanie polskiego jedzenia to nasz najmniejszy problem.
– To, co jest najbardziej niepokojące, to nie fakt, że Andrej Babisz został wicepremierem Czech, a sama umowa koalicyjna między czeskimi partiami. Widnieje w niej zapis, że istnieje potrzeba stworzenia przestrzeni na czeskim rynku dla rodzimych produktów – tłumaczy Gantner. Co to oznacza?
Pod wodzą Babisza czeska administracja może jeszcze bardziej przycisnąć polskich producentów i dystrybutorów żywności do tego, żeby zwijali swój interes z Czech. – Można wprowadzić przecież nakaz dla czeskich supermarketów, który mówiłby, że 30 proc. sprzedawanych produktów ma być rodzimej produkcji – mówi Faliński. Jak tłumaczy Gantner w dalszej części zapisu z umowy, czytamy, że powiększanie przestrzeni dla czeskich produktów może być osiągnięte poprzez zaostrzenie kontroli u zagranicznych producentów. A to oznacza kolejne problemy.
W tej chwili winieta w Czechach kosztuje 1500 koron i niektórzy mówią, że jest dosyć droga. Ale będzie jeszcze gorzej! Prace nad wprowadzeniem nowej metody płacenia za przejazd czeskimi drogami szykuje Ministerstwo Transportu.
Zamiast winiet myto?
Wprowadzenie myta miałoby dotyczyć nie tylko aut ciężarowych, ale również osobowych. Kto używa infrastruktury bardzie, zapłaci więcej – rzekł minister transportu Antonín Prachař. Ministerstwo już ogłosiło, że chce pozbyć się naklejanych na szyby winiet i w ten sposób zaoszczędzić na ich dystrybucji.
Następcą winiet miałby być system kamer, który rozpoznaje rejestracje samochodowe. Po zeskanowaniu tablicy komputer będzie sprawdzał, czy właściciel auta zapłacił za przejazd. W tej chwili rozważana jest technologia RFID, która działa dzięki radiowym sygnałom.
Ale to tylko przedsmak zmian. Ministerstwo chce, aby poza tym w życie weszło również klasyczne myto i opłata za przejechane kilometry. Według informacji portalu iDnes.cz już od kilkunastu miesięcy trwa testowy projekt pod nadzorem ministerstwa.
Rozdano ludziom osiemset urządzeń, które mierzą odległości. Celem projektu jest sprawdzenie, którymi szlakami ludzie jeżdżą. Główne skupiska testowych aut przemieszczają się między trzema największymi miastami Republiki Czeskiej. Projekt ze strony technicznej nadzoruje Martin Hájek z Vysoké školy báňské – Technické univerzity w Ostrawie.
Urządzenia rozdane kierowcom.
Hájek wpomina jeszcze, że nowy system będzie bardziej uniwersalny – ci, którzy jeżdżą więcej będą płacić mniej. Tym, którzy podróżują mniej państwo naliczy wyższe opłaty. Głównie chodzi o to, aby nie odstraszyć kierowców i nie wypędzić ich na lokalne bezpłatne drogi.
Według ministerstwa aż 15 proc. kierowców korzysta z autostrad bez winiety.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.