Broumov o(d)kryty jesienią

Na dobry początek umilająca lekturę jesienna piosenka oraz podtrzymujące napięcie zdjęcie (powyżej).

Pan Leopold ma marzenie. Jest nauczycielem geografii w dolnośląskiej Bielawie, który nigdy nie był za granicą. Czasy są takie, że nawet do bratniego kraju nie sposób wyjechać ot tak. Można spróbować nielegalnie. Pan Poldek obmyśla więc plan, jak dostać się do miejsca, które jest tak bliskie a tak niedostępne. To Broumov. Wszystko, co wie o tym północno-czeskim miasteczku, obwarowanym skałami Broumowskich Ścian, wypatrzył na zdjęciach w starej niemieckiej książce. „Przy okazji dowiedziałem się, że Broumov to bardzo stare miasteczko. Jest tam opactwo benedyktyńskie, pochyły rynek z rzeźbą Matki Boskiej ustawioną na spiralnej kolumnie, wiele starych kościołów i cmentarz z najstarszym w Czechach drewnianym kościółkiem żałobnym. Jest tam stary browar, który od setek lat warzy dobrego Opata.” Streściłem fabułę opowiadania „Marzenia” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego z tomu „Wariat”. Nie zamierzam zdradzać, czy panu Poldkowi udało się zobaczyć miasto swoich snów. Z ochotą za to przyznam, że sam miałem niedawno przyjemność je odwiedzić, jako wysłannik Czechofila. W Broumovie zobaczyłem to, o czym czytał pan Poldek, i dużo więcej. O części odkryć piszę poniżej, temat jednak zdecydowanie nie jest wyczerpany. Warto do Broumova zaglądać, dla kultury, historii, natury (o tym kiedy indziej) i po piwo, korzystając z faktu, że już nie musimy się tam dostawać rogalem[1].

Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł

Co łączy tegoroczną noblistkę i laureata nagrody Nike? Kilka rzeczy, ale wśród nich wspólne spotkanie autorskie w ramach festiwalu Góry Literatury, które odbyło się 7 lipca 2015 r. w klasztorze w Broumovie w Sali Kreslírna – historycznej sali kreślarni gimnazjum klasztornego. Obecność obojga autorów nie dziwi, (Olga Tokarczuk ma dom w nieodległym Krajanowie), ale samo miejsce spotkania trochę może. Wiekowy budynek to obecnie nie tylko dostojny (a jesienna aura jeszcze to wrażenie wzmaga), zabytek, ale i ośrodek kultury i edukacji. Można tam, poza spotykaniem polskich pisarzy, zorganizować ślub z weselem, wysłać pociechy np. na lekcje pisania piórem, wziąć udział w koncertach, które odbywają się także w nowej sali Drzewnik (dawna drewutnia) w ładnym przyklasztornym ogrodzie. Przy kolejnej wizycie chętnie skorzystam z okazji przenocowania w klasztornym Domu Gości. To tam, na 3 piętrze, na ścianach wiszą zdjęcia pokazujące, jak źle wnętrza klasztorne wyglądały jeszcze kilka lat temu (część klasztoru ciągle nie jest dostępna dla zwiedzających, za możliwość jej zobaczenia dziękuję p. Libuše Růčkovej). W latach 50. XX w. były wszak miejscem internowania zakonników i zakonnic, potem służyły jako magazyny, a w takich miejscach remonty to jednak rzadkość. Nowe życie zabytkowego budynku po prostu cieszy, ale już to, co w nim stare, szczerze zachwyca.

Krzysztof Dientzenhofer i Ignacy Kilian Dientzenhofer

Dwóch architektów, ojciec i syn, odpowiada za osiemnastowieczną rekonstrukcję opactwa benedyktyńskiego w Broumovie, która nadała budynkowi obecny imponujący, barokowy wygląd. Użyczyli także nazwiska dla funkcjonującej dziś na terenie obiektu kawiarni. Początki klasztoru to jednak już wiek XIV, a oszałamiający przepychem zdobień kościół św. Wojciecha był początkowo kościołem gotyckim. Z tego okresu zachował się w wieżyczce nad zakrystią fresk „Pokłon Trzech Króli“. W 1999 r. w świątyni doszło do fascynującego odkrycia. Stojąc przed ołtarzem odwróćmy się w prawo. Zobaczymy kaplicę św. Krzyża. Unieśmy wzrok żeby dostrzec złocony wieniec z napisem Sancta Sindon. Właśnie tam znaleziono drewnianą skrzynię, a w niej kopię Całunu Turyńskiego z 1651 r. Ten wyjątkowy przedmiot, jeden z 40 istniejących na świecie, ale jedyny w naszej części Europy można zobaczyć podczas zwiedzania klasztoru, (okazjonalnie także nocą) w dawnym refektarzu. A także w pewnym filmie.

Ivan Trojan i diabeł

Prawda czasu, prawda ekranu. W miniserialu czeskiej telewizji „Ďáblova lest” grany przez Ivana Trojana religioznawca przyjeżdża do klasztoru w Broumovie, żeby razem z miejscowymi zakonnikami ustalić, jak… muszę wziąć głęboki oddech… zwyciężyć szatana, który chce przejąć władzę nad światem. Spotkanie odbywa się w bibliotece klasztoru, która na żywo robi jeszcze większe wrażenie. To około 17 tys. woluminów, manuskrypty i pierwodruki w wielu językach i dotyczące różnych gałęzi wiedzy. Niezwykła kolekcja. Prawda jest jednak taka, że w klasztorze od dłuższego czasu żadnych zakonników już nie ma. A co z szatanem? Nic nie zdradzę stwierdzając, że w starciu z Ivanem Trojanem był bez szans. Tak to wygląda, chociaż nigdzie nie raczej nie napiszę, że to „dzieło” czeskiej kinematografii polecam.

Opat Zinke i Maryja

Krótka uliczka i już jesteśmy na rynku, swego czasu, jakżeby inaczej, Adolf Hitler Platz. Jeśli akurat przypadkiem mamy rok 1706 to staraniami opata Otmara Zinke na środku placu staje słup z rzeźbą Maryi Panny z Jezuskiem. Mieszczanie nie są zachwyceni. Maryja zwrócona jest twarzą w stronę klasztoru, ale plecami do reszty miasteczka. Opat każe więc rzeźbę wymienić i od 1728 r. Matka Boska patrzy już na dwie strony rynku, na ratusz, teatr i bibliotekę z jednej, oraz na Obchodni Centrum z reklamą piątkowo-sobotniego disco z drugiej strony. Niech żyje opat! Opat dla opata! Spacerując klimatycznymi uliczkami miasteczka warto zajrzeć do barokowego kościoła św. Wacława oraz na Plac Kościelny z kościołem św. Piotra i Pawła, zwracając uwagę na… krasnala z siekierą na wieży i wmurowane w ściany kościoła płyty nagrobne z XVI i XVII w. Tablica informacyjna donosi, że plac po przebudowie został jedną z 35 najpiękniejszych budowli w Czechach 2007-2008 r. To chyba nie była najistotniejsza informacja tego tekstu.

Heimat i vlast

Różowy budynek prawie naprzeciwko Lidla był kiedyś domem niemieckiego fabrykanta, potem siedzibą gestapo, dziś funkcjonuje jako ośrodek zdrowia. Złożoność tutejszej, i każdej innej, historii najlepiej widać na starym cmentarzu. Heimatdank i In memoriam padlým za vlast. Dwa napisy na dwóch sąsiadujących ze sobą pomnikach postawionych ku pamięci ofiar I i II wojny światowej. Która wojna była czyja – nietrudno przyporządkować. Stoją obok nekropolii, na której dziewiętnastowieczne nagrobki niemieckich obywateli Braunau sąsiadują z nowszymi, czeskimi. Nad cmentarzem góruje drugi najważniejszy zabytek Broumova – kościół Maryi Panny z 1450 r. Ta pięknie zdobiona budowla, do powstania której nie użyto ani jednego gwoździa, jest uznawana za najstarszy drewniany kościół Czech. Kościelna dzwonnica miłosiernie rzuca swój cień na wszystkie groby.

Uwaga (!), wnętrze kościoła jest otwarte dla zwiedzających od czerwca do września.

Olivětínský Opat jasny i ciemny

Małe sprostowanie. Pan Poldek nie mógł w przedwojennej niemieckiej książce czytać o piwie Opat. O Brauerei Ölberg już jak najbardziej. Ale to, że piwo warzy się w mieście już kilkaset lat to czysta, jak svetlý ležák, prawda. Benedyktyni zaczęli produkcję na wzgórzu klasztornym (cała starówka leży na skale) w 1348 r., ale po serii pożarów w XVIII w. przenieśli browar do wsi Olivětín (niem. Ölberg), dziś już części Broumova. Obecni właściciele szczycą się stosowaniem starych receptur i niezależnością od piwowarskich potentatów. Są dumni z kilkudziesięciu rodzajów piwa, w tym konopnego, z dostępności trunku w okolicznych lokalach oraz niekorzystania przy odnowie browaru z pieniędzy unijnych. Te, albo jakiekolwiek inne, są pilnie potrzebne na rekonstrukcję budynku byłego browaru miejskiego. W mieście funkcjonował bowiem swego czasu, tuż przy klasztorze, drugi pivovar. Produkcję ukończono już w roku 1943 r. Ciemny, pusty budynek jest teraz co prawda obiektem fotogenicznym, obiektywy mają słabość do upadku i zniszczenia, ale wypiję niejednego Opata za jego drugą szansę.

Schrollowie i afrykański brokat

Jest coraz chłodniej, może by się tak przenieść do jakiegoś Lagos albo Bamako. Ach, te wzorzyste, błyszczące tkaniny na ciałach tubylców. Że niby skąd są? Mechaniczną tkalnię we wspomnianym powyżej Olivětínie założył w 1856 r. Josef Edler von Schroll, syn lokalnego tekstylnego przedsiębiorcy Benedykta. To właśnie Josefowi miasteczko zawdzięcza także budynek, w którym obecnie mieści się Urząd Miasta. Zakłady Veba produkujące tkaniny bawełniane, obrusy i ręczniki funkcjonują w tym samym miejscu do dziś. To ważny fragment teraźniejszości Broumova; odwiedzając jakieś miejsce nie warto tylko cofać się kilkaset lat wstecz. Firma ma się dobrze eksportując swój flagowy produkt „afrykański brokat” m.in. do Mali i Nigerii. Miejska część zakładów niczym jakiś gród okazale rozłożyła się nad Ścinawką. To rzeka, która chociaż zaczyna i kończy swój bieg w Polsce postanowiła zajrzeć do Czech, do Broumova. W pełni to pochwalam i rozumiem. Bierzmy przykład z rzeki.

 

Autor: Piotr Klijewski

Zdjęcia autora poza:

  • zdjęciem Olgi Tokarczuk i Mariusza Szczygła by Tomasz Leśniowski – Praca własna, CC BY-SA
  • zdjęciem modelki Veby ze strony firmy.

Za umożliwienie powstania tekstu dziękuję SDMB Broumovsko, p. Libie, Katerinie, Zuzannie i Rafałowi.

Pozdrawiam: Andreę, Wiolę, Kasię, Maćka, Marka, Sebastiana i Darka.

[1] Uwaga, spoiler! Rogalo to po czesku lotnia.

 

Najlepsza restauracja w Ostrawie – Restaurace u Dvořáčků

Poprzedni wpis na blogu o Cieszynie był oczywiście ironią, szkoda, że niektórzy z Was zupełnie tego nie zrozumieli. Dziwią mnie też pytania pod wpisem typu: Właśnie się tam wybieram, co ciekawego można zobaczyć? No właśnie to, co w tekście. Ale tym razem wpis będzie traktował o mieście, w którym przez jakiś czas mieszkałem i pracowałem. Chętnie też tam wracam o czym za chwilę Was przekonam.

Ostrawa z tymi wszystkimi swoimi kontrastami jest bardzo ciekawym miastem. Jest nieoczywista – co chwila zmienia się architektura i krajobraz. Od przemysłowych rejonów przez komunistyczne zabudowania do zielonych rejonów Śląskiej Ostrawy. Wpisów o tym mieście poczyniłem już sporo dlatego teraz skupię się na opisaniu najlepszej według mnie restauracji w jakiej byłem.

IMG_2442

Restaurace u Dvořáčků na ulicy. Hladnovskiej 19 odwiedziłem po raz pierwszy pięć lat temu. Wtedy zaskoczył mnie wystrój: wypchane dziki, kaczki i lisy wiszące na ścianach. Od tego czasu nic się tam nie zmieniło. Jedzenie wciąż jest smaczne, piwo i kofola z kija są zimne, a obsługa nienaganna. Kelnerzy tam pracujący obsługują tak, jak to widziałem w filmie „Kelner, płacić!”: elegancko, z powagą i szacunkiem. Są szybcy, dokładni, kulturalni i co najważniejsze – niewidzialni. Jeszcze nigdzie nie byłem tak obsługiwany. Pięć lat temu zrobił na mnie wrażenie pan Martin Mareček (przynajmniej tak było napisane na paragonie). Łysawy facet przed czterdziestką w służbowym czarno-zielonym stroju. Po pięciu latach wygląda i podaje zupę w ten sam sposób jak kiedyś. Ustalone i niezmienne standardy – to jest to, co najbardziej podoba mi się w knajpach.

IMG_2460

Z racji tego, że knajpa leży na uboczu, nie spotkałem tam ani jednego Polaka. O dziwo, kelnerzy starają się mówić po polsku. Jednak, gdy tak rozkosznie wymawiają polskie słowa znika ta ich dostojność. Jest to miły ukłon w naszą stronę.

Restauracja nie jest najtańszą w Ostrawie, ale ceny nie wypalają oczu i mózgu. Dania podawane są bardzo szybko, tak szybko, że nawet nie było czasu nacieszyć się darmowym Wi-Fi. Świeżo i sycąco. Menu to czeska klasyka: svičkova czy vepřo-knedlo-zelo. Spory wybór zup i dań głównych. Według mnie najlepsza jest jednak czosnkowa. Stopień intensywności czosnku jest idealny. Czasem się zdarza, że zupy czosnkowe są mdłe lub zbyt aromatyczne. Grzanki u Dvořáčků są chrupiące, a ser ciągnący. Dla mnie zupa idealna.

Dania główne, które zamówiliśmy (vepřo-knedlo-zelo) smakowały tak samo jak pięć lat temu. Porcje słuszne. Knedliki bramborowe, ale nie mam pewności czy domowe. Bez zastrzeżeń. Zresztą zobaczcie sami. Zachęcam do wypróbowania pozostałych pozycji z karty. Mam nadzieję, że nikt nie będzie zawiedziony. Na koniec zjedliśmy jeszcze deser czyli gorące maliny z lodami.

Gdy tylko zasiądziecie przy stoliku waszym oczom ukażą się domowe chipsy. Są smaczne, ale kosztują 25 koron. Kwota zostanie wam doliczona do rachunku. Nie ma za to dopłaty za obsługę, jednak aż głupio jest nie dać napiwku. Pamiętajcie o tym.

Po obiedzie był jeszcze czas na wizytę w Pivovarskym Domku. Szeroki wybór piw z różnych zakątków Republiki Czeskiej i świata. Klika z nich wziąłem do Warszawy.

IMG_2434

Naród obnażony: Jak się Czesi zachowują w Chorwacji?

Dokument Obnažený národ to kolejny odcinek cyklu Český žurnál. Reżyser filmu Filip Remunda próbuje pokazać relacje między milionem Czechów corocznie przyjeżdżających do Chorwacji, a Chorwatami. 

c1

O Czechach w całej byłej Jugosławii krążą istne legendy. Powstało już na temat Czechów kilkadziesiąt dowcipów. Jeden z nich to na przykład opinia o czeskich dziewczynach: szybciej się położą niż usiądą. Praga natomiast byłaby dla mieszkańców Jugosławii idealnym miejscem do życia, gdyby nie było w niej tylu Czechów. Chorwaci z jednej strony lubią Czechów, z drugiej jednak nie rozumieją, dlaczego nasi południowi sąsiedzi tak bardzo stresują się na wyjazdach, dlaczego tak mocno oszczędzają i dlaczego idą na kolację w restauracji ubrani w dresy i trampki. 

W Chorwacji powstał nawet film o czeskich turystach. Z racji tego, że to właśnie Czesi najczęściej ze wszystkich turystów trafiają do szpitala, dokument został nazwany: „Nešťastný turista Švejk” i stał się hitem internetu. Czesi pokazani w tym filmie byli jako ci, którzy zdobywając wzgórze w Dalmacji czują się niczym zdobywcy szczytów w Himalajach, jadąc do Chorwacji czują się, jakby zdobywali Bagdad, a każdy wypad za miasto niósł za sobą takie emocje, jak podróż do Afganistanu. Czechów zachowanie mogliby badać dokumentaliści z National Geographic.

Tym, co najbardziej zaskakuje jest ciągła opinia o Czechach sknerusach. Każdy Chorwat wie, że Czech przywiezie ze sobą konserwy, aby tylko wydać podczas wakacji jak najmniej. Podczas kręcenia dokumentu Obnažený národ, udało się znaleźć reżyserowi miejsce, gdzie grupka Czechów na uboczu plaży serwowała ręcznie robioną kawę. 

c3

National Geographic: Praga – miasto oszustów

Kanał National Geographic, który nadaje swój sygnał w 171 krajach świata zadarł z włodarzami Miasta Stołecznego Pragi. Na swojej antenie wyemitował kontrowersyjny dokument „Praga – miasto oszustów” czym wywołał istną burzę.

Kadr z dokumentu
Kadr z dokumentu

Twórca programu dokumentalnego a zarazem główny jego bohater Conor Woodman nagrywał każdą minutę swego pobytu w Pradze. Chciał udowodnić, że na każdym kroku turyści są narażeni na oszustów. Przedmiotem zainteresowania Woodmana były między innymi kluby nocne, taksówki oraz dilerzy narkotyków. Można było również zobaczyć jak podczas zakupu parka w rochliku sprzedawca nie chce wydać kilku tysięcy koron reszty.

 Dokument wywołał skandal. Dziennik Právo ujawnił, że podczas kręcenia filmu użyto aktorów, a wymienione firmy taksówkarskie nie istnieją już kilka lat. Rzeczniczka NG w Czechach i na Słowacji Lada Dobrkovská odrzuca jednak wszystkie zarzuty i twierdzi, że w dokumencie zostały pokazane jedynie prawdziwe wydarzenia. Według niej, to co się dzieje w Pradze może się stać w każdym dużym mieście turystycznym, a film jest po prostu przestrogą. Zobaczcie sami:

Rowerem z Czech do Świnoujścia – relacja Czecha z wyprawy

Masz ponad czterdzieści lat, z Tobą plecak rower i syn, który stwierdza, że podróż z północnych Czech do polskiego morza to głupota. Tydzień jazdy i ponad 500 kilometrów – ale było warto!

Trójstyk granic Niemcy-Polska-Czechy w Hradku nad Nisą
Trójstyk granic Niemcy-Polska-Czechy w Hradku nad Nisą

Niektórym na samą myśl o tak dalekiej podróży rowerem trzęsą się nogi. Pieniądze mam, zawsze da się wrócić do Czech, ale pociągiem.

Podróż naszą zaczynamy w północnoczeskim Hrádku nad Nisou. Postanowiliśmy jechać wzdłuż rzeki – jest to taki punkt orientacyjny, wiemy, że będzie nasz wiódł aż do morza. Po drodze mijamy niezwykle piękną Żytawę, klasztor Marienthal i suniemy prosto do Görlitz. Jest to według mnie jedno z najładniejszych niemieckich miast, jakie znam. Śpimy jednak w Zgorzelcu – jest to nic więcej jak tylko biedne przedmieście po prawej stronie rzeki. Trzygwiazdkowy hotel po polskiej stronie kosztuje tu tyle co pensjonat w Niemczech.

Görlitz to perła wśród niemieckich miast – kamienice ze wszystkich epok, centrum czyste i przyjemne. Czuć tu jednak upadek. Niemcy wyjechali na Zachód a sami turyści nie ożywią miasta.

W dalszej podróży mijamy równiny i pola – do morza mamy prostą drogę. Trafiamy do Bad Mukau (Mużaków) pięknego uzdrowiskowego miasteczka nad Nysą Łużycką. Po stronie niemieckiej Park Mużaków wpisany na listę UNESCO, po stronie polskiej jarmarczny bazar, na którym kupisz wszystko. Zamiast Wietnamców sprzedają Polacy. „Najtańsze papierosy w Polsce” – tabliczki z takimi napisami wręcz zachęcają do zakupów. Niemcy patrzą na Polaków, jakby byli z innej epoki, wszak rzeka to granica dwóch cywilizacji. Na tych terenach mieszkają osadnicy z ziem zabranych po wojnie: z Wileńszczyzny, zza Buga. Napotkany Polak Jakub jest z tzw.: „Polski B” stwierdza, że jada kolacje tylko w Niemczech, po polskiej stronie nie ma gdzie pójść.

 targ

Kolejne kilometry za nami. Wita nas Guben. Ze starego miasta po wojennym froncie nic nie zostało. Zamiast kościoła nad rzeką widzimy dużą ilość budynków z wielkiej płyty. Życie tu umarło po zjednoczeniu Niemiec. Teraz większość Niemców żyje z renty i robi zakupy w polskiej Biedronce. Mieszkaniec Gubina: oni u nas kupują, my sprzedajemy, interes się kręci.

Kończy się Nysa. Widzimy Odrę – jest szeroka, silna, budzi respekt. Trafiamy do Frankfurtu nad Odrą, które wraz ze Słubicami tworzy wzorowe dwujęzyczne miasto. Jest tu uniwersytet, polskie restauracje są wypełnione Niemcami. Dalszą część trasy pokonujemy pociągiem ze względu na uszkodzenie roweru. Kiedy kończy się Odra trafiamy do miasta Löcknitz. Po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej bardzo dużo Polaków ze Szczecina przeniosło się do Löcknitz, z uwagi na dużo niższe ceny mieszkań. Na 3 tys. mieszkańców 650 to Polacy. Także w okolicy mieszkają ich setki. Miasteczko jako jedyne w regionie odnotowuje od paru lat wzrost populacji. W miejscowości rozwijają się także polskie usługi, a firmy niemieckie oraz urzędy zatrudniają polskojęzycznych pracowników. Mieszkamy u Polki, ale mówi do nas po niemiecku.

Droga rowerowa się kończy, przybywa za to łąk, lasów, a powietrze się zmienia – morze jest coraz bliżej. Płyniemy do Świnoujścia statkiem wypełnionym po brzegi turystami. Im bliżej jest miasto, tym wydaje się piękniejsze. Widzimy w końcu piękną białą długą plażę. I morze, morze!

Na liczniku wybiło 538 kilometrów. Przed podrożą zapytałbym siebie po co jechać taki szmat drogi by dojechać do zimnego morza. Dziś, gdy tu jestem mogę tylko z radością stwierdzić, że polsko-niemiecki Bałtyk dał się nam poznać niezwykle piękną plażą z białym, delikatnym piaskiem, który leży tylko na bałtyckich plażach. Miejsc noclegowych nad brzegiem morza w cenie do 1000 koron jest pod dostatkiem.

Tuż za rogiem są Niemcy z luksusową infrastrukturą dla turystów, jednak po co przepłacać, gdy ma się pod ręką tańsze i bardziej radosne polskie przybytki! 

Plaża w Świnoujściu
Plaża w Świnoujściu

Źródło: idnes.cz

Wersja polska: czechofil.com

Jak się dostać do Czech z Polski

W piątek o godzinie 7.04 naszego czasu rozpoczęło się astronomiczne lato! A wraz z letnimi wakacjami przyjdzie czas na podróże do Czech. Pewnie wielu z Was poniższe informacje uzna za bezużyteczne, wiem jednak, że okażą się niezbędne dla nowych czechofilów.

Ostrava-Svinov,_vlaky

POCIĄGI

Kiedy myślę o polskich kolejach, mam w głowie ciągłe spóźnienia, brudne i stare pociągi. Wciąż nie mogę uwierzyć, że podróż polskimi kolejami może być przyjemnością. Czekam z niecierpliwością na moment wejścia na polskie tory czeskiego Leo Express. Wiem jednak, że wielu z Was do Czech wybierze się właśnie pociągiem.
#1 Jak najtaniej?
Jak dojechać najtaniej do Pragi? Oczywiście z przejściówką! Kupujesz bilet w Polsce do ostatniej polskiej stacji. U konduktora w pociągu transgranicznym kupuje się bez dopłat przejściówkę, która kosztuje około 30 koron. Na pierwszej stacji w Czechach, jeśli postój jest długi, można wysiąść i kupić bilet w kasie. Gdy jest inaczej, trzeba zgłosić konduktorowi brak biletu, a on go wypisze za dopłatą 40 Kč. W odróżnieniu od polskich przewoźników opłata jest pobierana za każdą odprawioną osobę, a nie za wypisanie blankietu.
#2 Jak najwygodniej?
Z Warszawy do Pragi kursuje bezpośredni pociąg PKP Intercity. Ceny biletów są niestety dość drogie. Najlepiej je kupować z dużym wyprzedzeniem – promocyjna cena biletu wynosić będzie 19 bądź 29 euro/os.
AUTOBUSY
Do Republiki Czeskiej kursuje wielu prywatnych przewoźników. Jest z czego wybierać – oferta cenowa oraz standard podróży naprawdę zachęcają do podróży!
# Z Warszawy – Łodzi – Wrocławia
Codziennie z powyższych miast do Pragi odjeżdża PolskiBus. Mimo długiego czasu przejazdu, popularność tego przewoźnika jest ogromna. Wczesna rezerwacja jest gwarancją dobrej ceny za bilet.
# Z Krakowa i Katowic
Jakiś czas temu czeski prywatny przewoźnik autokarowy Student Agency rozważał uruchomienie linii łączącej powyższe miasta z Ostrawą. Niestety uznali, że nie byłaby to trafiona decyzja. To, że Student Agency się myli postanowił udowodnić nowy przewoźnik TigerExpress, który realizuje kursy z Krakowa przez Katowice do Ostrawy. Ceny zaczynają się od 220 koron, a kursy realizowane są wygodnymi mikrobusami z cateringiem. Co prawda sam jeszcze z nimi nie podróżowałem, ale oferta wydaje się interesująca.

PRZYDATNE LINKI:
1. Przewodnik po podróży pociągami do Czech
2. Podróżuj do Pragi za 19 euro
3. Jedź do Pragi za 1 zł
4. Jedź z Krakowa do Ostrawy
5. Rozkład jazdy pociągów w Czechach

Czesi kochają spędzać czas nad wodą

Z roku na rok poprawia się infrastruktura wokół czeskich rzek dlatego zauważalny jest wzrost liczby chętnych wybierających rzekę zamiast działki. Tak zwanych „vodáků” jest osiem razy więcej niż w roku 1993. 

foto: ct24.cz
foto: ct24.cz

 

Wciąż żywy wśród Czechów jest fenomen chaluparstwa (czytaj więcej tutaj), ale nie można przejść obojętnie obok dobroci jakie daje nam wypoczynek przy wodzie. Vodáci wydali w zeszłym roku na swoje hobby ponad 100 milionów koron.
Rosnąca ilość campingów sprawia, że jakość usług wzrasta. W zapomnienie odeszły już wczasy z plecakiem pełnym konserw, wody w butelkach i namiotem – iście królewskie warunki można znaleźć w przystępnej cenie na brzegu rzeki. Kompletne wyposażenie da się wypożyczyć na przykład za 200 koron dziennie.

Niestety przez ogromną ilość turystów służby mają pełne roboty. Istne oblężenie przeżywa na przykład Český Krumlov, w którym po Wełtawie pływa dziennie aż 10 tysięcy vodáků. Wodni turyści to ogromna część wszystkich turystów odwiedzających to przepiękne miasteczko. Miejscowi mieszkańcy Wełtawę pełną turystów zaczęli nawet nazywać Wodnym Placem Wacława („Václavák na vodě” ).

Więcej TUTAJ

Jak Czesi zachowują się na wakacjach?

Plaża, plaża…Z czym kojarzy nam się plaża. Tona piachu i nic więcej a dla Czecha, który nie ma bezpośredniego dostępu do morza oznacza ZAGROŻENIE, że piaseczek wejdzie między palce. Najlepszym rozwiązaniem są skarpety podciągnięte jak najwyżej i sandałki na letnie upałki.

POCZUJMY SIĘ PRZEZ MOMENT JAK CZESI

Oczywiście Polaczki są narodem pokrewnym i mają podobne zachowania. Zacznijmy od początku. Czesi mają charakter leniucha. Wypad za miasto musi być skonsultowany i przetrawiony przynajmniej dwie noce wcześniej, bo przecież trzeba będzie wybyć ze swojego gniazdka. A że to naród wygodnicki i nie lubi sobie utrudniać życia, najlepiej podróżowałby wyłącznie samolotem. Halo halo, a ceny, tak, nie zapominajmy, że wszystkie promocje będą wcześniej przetrzebione i dopiero ostatecznym rozwiązaniem będzie pakowanie toreb do nowiuśkiej Skody.

No to zaczęliśmy urlop. Kiedy już znaleźliśmy się w hotelu jedną z ważniejszych rzeczy jest to, na czym da się zaoszczędzić. Ważne jest czy w cenie pobytu mamy zapewnione posiłki albo przynajmniej śniadania. Moja ostatnia wizyta w Wiedniu udowodniła, że nie taki straszny leń za skórą Czecha siedzi, bo tyle aut z czeską rejestracją to ja nigdzie w innym mieście poza Republiką nie widziałem. Aż miło było sfotografować się z BMWicą 🙂

Uff jak gorąco, puff, para wrze, nogi w ruch… Przytaczając  to, chciałem określić zachowanie Czecha i marudzenie na upały. Zapłacone wykorzystane, ale ile przy tym wypominania. U nas chłodniej, po co my tutaj, taki skwar a w Cesku 21 stopni. Chciałoby się posiedzieć w cieniu przy piwku, a nie na ręczniku, gdy żar się z nieba leje. Och, dobre czeskie piwko, gdzie lepsze  znajdziemy? Dźwięk otwieranej butelki, złocisty trunek w kuszącej cenie. Tu na wyjeździe, ceny z kosmosu, smak goryczkowaty, istne pomyje. Zapłacone skonsumowane, ale co powiedziane i wypomniane to poszło w eter. I tak kolejne spostrzeżenie – Czesi swoje chwalą, ale jak już się wybrali na wakacje i zapłacili za atrakcje, muszą je wykorzystać.

Jak rozpoznać Czecha turystę?

Pytanie retoryczne, ale przybliżę parę faktów. Przede wszystkim głośna rozmowa. Pani domu, prawdziwa gospodyni jak kwoka musi pilnować swoich podopiecznych, a gdy mąż się wtrąca, nie ma że boli, musi być tak, jak ona postanowiła. Kobiety mają piskliwy głos i zawsze swoim ględzeniem szybko postawią na swoim. Jak mówi przysłowie, dzieci i mąż głosu nie mają. Może lekko przesadziłem, ale spacerując sobie z ukochaną mi osobą po parku, chwilę relaksu przerwała nam jedna z takich opisywanych Czeszek. Miała dużo do powiedzenia, ale czy warto było aż tak narzucać racje swojej rodzinie? Mówi się, że ludzie najczęściej kłócą się właśnie podczas wakacji. A czy nie powinniśmy dać na chillout i wprowadzać konsensus?

Wracając do spaceru…

Za zaułkiem czyhała na nas kolejna niespodzianka. Mile zaskoczeni usłyszeliśmy po raz kolejny czeski język. Wytężamy słuch, uszy jak radary, oczy błądzą w poszukiwaniu prawdziwych Knedliczków. Są… tak to oni. Mamy pewność. Co dało nam gwarancję czeskości? Nic innego jak oryginalna żółto-czerwona torba z BILLI Dnes. Ta limitowana edycja dostępna wyłącznie w Republice Czeskiej. Tak jak Polaczek, majątek dzierżyć musi. A gdzie? A no w torbie. Nie byle jakiej bo foliowej, płatnej! Także wszelkie zakupy  zrobione wcześniej, aby przypadkiem nie przepłacić na mieście. Jakby to tak parę euro więcej, a na co to komu, kiedy mogę taniej.

Idąc tym śladem i wspomnianym „piaseczkiem”, opiszę jedną sytuację z hotelowej restauracji. W cenie pobytu mieliśmy zapewnione obiady, co ułatwiło sprawę, bo nie trzeba było myśleć co dziś zjemy na obiad. Pamiętnego dnia były tradycyjne sznycle. Duży kawał mięsa rozklepany, panierowany i rzucony na tłuszcz. Z pewnością wystarczy dla rosłego chłopa. I tu znowu włącza się matka Czeszka. Ona musi zagwarantować swoim dzieciom pełnię szczęścia. Nie ma, że coś się zmarnuje. Od czego mamy chusteczki? Siup siup i sznycle popakowane wędrują do foliówki. A jaka radość? oczywiście, gumowate, ale po co ma się te siekacze. Rachu ciachu i żuj żuj. Taki widok zaobserwowaliśmy na bulwarze. Zachód słońca, cichutko brzmiąca latynoska muzyka z pobliskiego baru i widok Czechów pałaszujących te sznycle. To nasi współlokatorzy z piętra hotelowego.

Miło, aż serce rosło, ale czy te stereotypy zostaną już w mej głowie?  Nie chcę narzucać zdania, broń cię Panie Boże… ale rozmawiając ostatnio po urlopie z rodowitą Czeszką przyznała mi rację. Tak jest i tego nie zmienimy. Na dowód dołączam zdjęcia z wyjazdu. Potwierdzają one moje słowa. Na dole macie filmik znaleziony w sieci. Czesi sami o sobie na wakacjach. Gdyby wyłączyć dźwięk, myślałbym, że są na nim Polaczki. Wszak nasze narody są tak spokrewnione.

Dan Stefański

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑