10 rzeczy, które WKURWIAJĄ w Cieszynie

Jest taka tradycja, że Czechofil przynajmniej raz w roku MUSI być w Cieszynie. To miasto niezwykłe, urzekające swą architekturą, swymi kontrastami i werżniętą w rzekę Olzę granicą. Choć moich wypadów na Śląsk Cieszyński było wiele, dopiero teraz zacząłem dostrzegać wady tego miasta. Początkowa miłość do tego miejsca przerodziła się w złość.

IMG_2322

Oto 10 rzeczy, które wkurwiają w Cieszynie:

10. Magnolie kwitną tylko przez maj.

Spacer szlakiem cieszyńskich magnolii stał się już obowiązkowym punktem wycieczek na pogranicze polsko-czeskie. Chętnych do zobaczenia tych pięknych kwiatów jest tym więcej, im bardziej się one różowią. Swego czasu słyszało się nawet opowieści o stratowanych uczestnikach wycieczek – magnolie kwitną tak szybko, że nie da się ukończyć spaceru przed ich obeschnięciem…

9. Zbyt małe sale kinowe przy projekcjach Kina na Granicy.

To już standard: zaczyna się majówka – zaczyna się i Przegląd filmowy Kino na Granicy – świecące wcześniej słońce nagle chowa się za chmurami. Ponura aura sprawia, że szukający kulturalnych uciech festiwalowicze tłoczą się w ciasnych salach kinowych zlokalizowanych po obu stronach granicy. Wyczuwam spisek: pogoda psuje tak świetny przegląd filmowy tylko po to, by setka widzów musiała okupować podłogi i okolice wyjść ewakuacyjnych zamiast zasiąść sobie w trochę bardziej wygodnych niż schody siedzeniach.

8.  Piesza przeprawa przez Olzę już nie jest różowa.

Uwielbiana przez cieszyniaków (ze względu na swój pierwotny kolor) piesza kładka już nie jest tak intensywnie różowa. Od kiedy wyblakła przestano na niej wieszać kłódki zakochanych, nie wykonuje się na niej również zdjęć selfie. Wraz z kolorem kładka straciła swój urok. Przestała się kojarzyć z różowym jeleniem mającym swe legowisko na Wzgórzu Zamkowym. Stała się bezużyteczna: Polakom jest do niej za daleko, a Czesi nie mają żadnego powodu by przychodzić do Polski.

7. Kultowe cieszyńskie kanapki są nie-do-po-dro-bie-nia!

Muszę powiedzieć to głośno: jechanie kilkuset kilometrów z Warszawy tylko po to by zjeść kultową cieszyńską kanapkę ze śledziem stało się nieekonomiczne. Wcześniej moje podróże do Cieszyna skupiały się na tym by rozpracować sekretną recepturę powstawania tego rarytasu znad Olzy. Na wspomniane kanapki wydałem naprawdę majątek, część z nich odłożyła mi się w postaci tkanki tłuszczowej. I choć moje próby podrobienia smaku cieszyńskiej kanapki spełzły na niczym, nie umiem ich sobie odmówić podczas wizyty  w Cieszynie. Ze złością, ale i rozkoszą zjadam cztery kanapki każdego poranka.

6. Urokliwie brzydkie perony czeskiego dworca przestaną być tak brzydkie.

Ten piękny kontrast: okazały i elegancki dworzec oraz zapuszczone perony i tunel przy czeskim dworcu – to już historia. Powiał silny wiatr zmian i zaczęto remontować wszystko co brzydkie. Zniknie zapewne napis: „Wolne miasto Cieszyn żąda dostępu do morza”, zniknie pewien symbol. Podział na piękny czeski dworzec „z którego dojedziemy wszędzie” i sypiący się z zaniedbania ten polski będzie na nowo przypominać cieszyniakom, że choć szlabany zniknęły, granica w Cieszynie dalej istnieje.

5. Zlitujcie się i otwórzcie sklep nocny.

Przy każdym Kinie na Granicy jak bumerang powraca temat sklepów nocnych, a raczej ich braku. Skoro setki osób poświęciły swój czas, siłę i pieniądze by dotrzeć na ten koniec świata, właściciele sklepików i punktów usługowych powinni pomyśleć jak by tym festiwalowiczom wyjść na przeciw. Brak jest woli właścicieli by wydłużyć godziny otwarcia sklepów. Nie chcecie zatrudniać dodatkowych osób na te kilka dni? Sami stańcie za ladą. Po co zmuszać dziesiątki osób, by swoje pieniądze zostawiali na stacjach benzynowych?

4. Płatne parkowanie.

W tym roku dotarłem do Cieszyna samochodem. W życiu nie sądziłem, że Polska może się tak zmniejszyć. Wystarczyło zbudować normalne szerokie i równe drogi. Dojazd z Warszawy w przeciągu 3:30 h to w tej chwili wcale nie jest wyczyn, to realny czas dojazdu na Śląsk Cieszyński. Tylko po co mi samochód skoro parkowanie w centrum tego małego miasta jest płatne. I to wcale nie tak mało. Ale dobrze, łatajcie w ten sposób dziurę budżetową. Tylko niech kasa zamiast do kieszeni radnych idzie na budowę dworca po polskiej stronie.

3. Zbyt łatwo jest stąd wyjechać wgłąb Republiki Czeskiej.

Odcięcie od świata polskiej strony i świetnie skomunikowanie czeskiej strony Cieszyna niejako przymusza człowieka do zapuszczenia się wgłąb regionu. Według Czechów palenie zioła, jak też picie alkoholu po czeskiej stronie wcale nie jest legalne (jak się nam Polakom wydaje). Niedostępne brzegi Olzy nie pozwalają na zbyt intensywne upijanie się pograniczem. Cóż więc począć? Podróż na przykład do Ostrawy jest rzeczą naturalną.

2. Wtopy miejscówkowe.

To, co uchodzi za kultowe okazuje się niewypałem. To, co jest na uboczu okazuje się skarbem. Tak właśnie jest w Czeskim Cieszynie. Każdy przewodnik, każda strona internetowa odsyła turystów do przybytku przy ul. Głównej Hubertem zwanego. Zapyziała spelunka z obskurnym wystrojem, strasznymi toaletami i tłumem Czechów i Polaków. Hubert jest podobno „synonimem czeskiej hospody”. Tak przynajmniej twierdzą blogerzy opisujący co roku swoje wrażenia z Cieszyna. Rzekomo najlepsze piwo, rzekomo najlepsze czeskie jedzenie. Podobno obsługuje tam czeska Wodzianka. Tak ci się będzie wydawać jeśli nie zapuścisz się wgłąb czeskiej części i nie odwiedzisz mniej znanych miejsc na uboczu. Bo po co wchodzić do słynnej Siódemki czy Pod wieżą, gdzie nie dość, że nie znoszą Polaków to jeszcze jawnie tę niechęć demonstrują? Pamiętam jak w zeszłym roku chwaliłem Restauracje Sikorák mieszczącą się przy już nie-różowym mostku. W tym roku obsługa przeszła samą siebie serwując nam Polakom Staropramena w plastikowym kubku. Na podwójne prośby lania piwa do szkła reagowała obojętnością. Kultura nakazała nam dopicie piwa zamiast wylania go na oczach złośliwej barmanki i odejścia w poszukiwaniu lepszych miejscówek. A o te wcale nie tak łatwo. Strzałem w dziesiątkę okazała się założona w 1905 roku Restauracja na Brandyse przy ul. Karwińskiej. Pyszne czeskie dania, duże porcje, piwo z pianą pod sufit i bardzo sympatyczna obsługa. Polaków względnie mało, ci którzy się pojawili nie czują się obrażani i lekceważeni. Na sześć czy siedem odwiedzonych hospod po czeskiej stronie pozytywnie wyróżniła się jedynie ta opisywana jako ostatnia. Źle się dzieje w Czeskim Cieszynie…

1. Jest tu tylko jeden hostel!

Ale za to jaki! Duży, przestronny, zadbany. Sofy i kanapy przegoniły mini golf, który stał wcześniej w pokoju dziennym. Jest to jedna w wielu wspólnych części 3 Bros Hostelu, ale za to najbardziej klimatyczna. Sala jest areną dla indywidualności jak też łączy ze sobą nieznane sobie wcześniej grupki osób. Nic tak nie spaja jak wspólne piwko przy grillu umieszczonym na balkonie. 3 Bros Hostel to idealna miejscówka na podryw: podczas Kina na Granicy śpi w nim połowa fanów kina, łatwo więc tam odnaleźć osobę upatrzoną wcześniej podczas seansu w kinie. Najbardziej mnie jednak smucą te zawiedzione buzie młodych ludzi, którzy zagapili się i nie zrobili w porę rezerwacji, wiedzą, że spanie u Trzech Braci to wyróżnienie. Ale 3 Bros Hostel to również miejsce spędzające sen z powiek, dosłownie. Rozmowy z gośćmi hostelu są tak wciągające, że nie sposób po prostu wstać i udać się na spoczynek. Wspólna wymiana poglądów kończy się więc najczęściej późno w nocy. Godziny serwowania śniadania również są więc bardzo umowne:  kto mi wyje kanapki skoro wszyscy jeszcze śpią? Przegadane noce powodują niewyspanie, które ciągnie się za mną aż do dziś. To zdecydowanie wkurza!

A jeśli dotrwałeś do końca tego krytycznego wywodu, wyrzuć z pamięci wszystko co do tej pory przeczytałeś i usłyszałeś na temat Cieszyna. Rusz się i zacznij poznawać to miejsce na swój sposób. Byłem w Cieszynie kilka razy i za każdym razem odkrywałem coś nowego. Zdaj się na siebie i swoje nogi, a nie na opinie blogerów podróżniczych.Wtedy jest pewność, że nie będziesz jadł średniej jakości jedzenia u Huberta i nie zostaniesz potraktowany jak człowiek drugiej kategorii w pewnych pubach i hospodach. Bądź sobie sam przewodnikiem i pamiętaj…”Keep Cieszyn in your heart”!

Powstało nowe państwo z urzędowym językiem czeskim

W miniony poniedziałek na mapie Europy pojawiło się nowe państwo. Jest nim Liberland, enklawa wolności położona między Chorwacją i Serbią. Samozwańcze państwo, które nie zdobyło jeszcze międzynarodowego uznania, ma już swojego prezydenta. Teraz prowadzony jest nabór obywateli.

image

Liberland nie ma jeszcze konstytucji (ta jest dopiero tworzona), ale posiada już własny serwis internetowy. Wyjaśniono w nim, że nowe państwo leży na terenie, do którego żaden inny kraj nie wysuwa roszczeń. Założyciele Wolnej Republiki Liberlandu uznali, że jest to ziemia niczyja.

Liberland ma 7 km kwadratowych powierzchni i mieści się na zachodnim brzegu Dunaju, w pobliżu chorwackiej miejscowości Zmajevac. Założycielem państwa jest czeski polityk Vít Jedlička, który należy czeskiej Partii Wolnych Obywateli.

Flaga Liberlandu
Flaga Liberlandu

Jedlička został pierwszym prezydentem Liberlandu. Polityk zapowiedział, że niebawem wyśle noty dyplomatyczne do rządów Serbii i Chorwacji, prosząc o oficjalne uznanie nowego państwa. Podobne noty zostaną później wysłane do innych krajów.

Konstytucja Liberlandu będzie wzorowana na prawie szwajcarskim. Państwo, któremu przyświeca hasło „Żyj i pozwól żyć”, ma być „konstytucyjną republiką z elementami demokracji bezpośredniej”. Z przedstawianych zapowiedzi wynika, że władze Liberlandu będzie obowiązywał konstytucyjny zakaz zadłużania państwa.

Na oficjalnej stronie Liberlandu prowadzona jest rekrutacja obywateli. Zgłaszać mogą się wszystkie osoby, które nie były karane, nie mają komunistycznej bądź nazistowskiej przeszłości, szanują własność prywatną oraz innych ludzi, niezależnie od ich rasy, pochodzenia etnicznego, religii i orientacji.

Liberland ma już własną flagę i własne godło. Językiem urzędowym jest czeski.

17. Przegląd Filmowy Kino na Granicy – 28.04-03.05.2015 CIESZYN

Przegląd Filmowy Kino na Granicy / Kino na Hranici zrodził się w środowisku Solidarności Polsko-Czesko-Słowackiej z płynącej z serca potrzeby poznawania kultury sąsiadów zza rzeki. Pierwsza edycja w 1999 roku oferowała jedenaście czeskich filmów pokazywanych w jednym kinie. Trzecia edycja przyniosła rozszerzenie artystycznych poszukiwań na kino Słowaków, czwarta pokazy także w Czeskim Cieszynie, a na szóstej pojawiły się filmy polskie i węgierskie – i tak już miało pozostać.

20721_10152888659244401_2181930898494251681_n

Liczba pokazywanych filmów systematycznie rosła, by w dwunastej edycji w 2010 roku dojść do okrągłej setki. I wtedy rozpoczęła się doceniana przez uczestników przeglądu stabilizacja: 6 dni, co najmniej 4 miejsca projekcji w jednym, choć podwójnym mieście, zawsze ponad 100 filmów, 5 koncertów i mnóstwo wydarzeń towarzyszących. Niezmienna pozostaje też baza: konsekwentnie odkrywana i promowana kultura najbliższych sąsiadów.

Kino na Granicy ma już swoją tradycję i renomę oraz jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych imprez filmowych. 17. edycja Przeglądu Filmowego Kino na Granicy odbędzie się w dniach od 28 kwietnia do 3 maja 2015 roku w Cieszynie i Czeskim Cieszynie.

11154720_10152943518824401_5408533776392241297_o

AKREDYTACJE

PROGRAM DO ŚCIĄGNIĘCIA 

NOCLEGI

10486568_10152528289679401_6152230752035234525_oKONKURS

Do wzięcia:

  • jedna PEŁNA akredytacja
  • jedna TRZYDNIOWA akredytacja
  • bilet na koncert czeskiego zespołu ILLE

Aby zdobyć nagrody napisz:

Na który film z programu 17. Przeglądu Kino na Granicy najbardziej czekasz i dlaczego?

Najlepsze odpowiedzi zostaną nagrodzone (wysyłajcie je na ceskykluk@gmail.com)

Jeśli wciąż nie masz wejściówek na festiwal, bądź wahasz się czy w ogóle pojawić się w Cieszynie, masz teraz świetną okazję by zobaczyć na żywo tę piękną imprezę. 

Restauracja Česká – Chmielna 35, Warszawa – ogromne rozczarowanie

Wkrótce… Tylko jedno słowo, a tyle emocji. Codziennie jeździłem w pobliżu rowerem i zgalądając przez drzwi wejściowe doglądałem remontu. Wkrótce miało wydarzyć się coś wielkiego – otwarcie „Czeskiej Oryginalnej” restauracji w Warszawie! To coś wielkiego nastało – ogromne rozczarowanie.

11041739_835343446511602_4804686349848682193_n

Otwarcie czeskiej knajpy w czentrum Warszawy w sobotę musiało być sukcesem. Ludzi tyle, że ciężko było się wcisnąć. Przechadzając się między stolikami widziałem jedynie wielkie kufle z obfitą pianą i puste talerze. Musi być smacznie, pomyślałem, przyjdę jednak w tygodniu jak się uspokoi.

Nadszszła wiekopomna chwila. Cóż, że przed wypłatą? Zapłacę kredytówką. Jak się później okazało, dobrze, że ją ze sobą wziąłem. Wita mnie bardzo sympatyczna i uśmiechnięta obsługa, idę na górny poziom. Sterylnie i czysto, schody jeszcze pachną lakierem i farbą. Ściany bielutkie. Ile to wszystko musiało kosztować? – pytam siebie – oszczędności życia lub kredyt na całe życie. Siadam. W zasięgu wzroku naliczyłem dziewięć osób z obsługi, na jeden poziom! A na moim poziomie ośmiu gości. Czyli każdy z nas ma swego kelnera. Jeden czyścił kufle.

Zagadka rozwiązana...
Zagadka rozwiązana…

Piwo? Jedynie Pilsner.

Piękne tanki zawieszone w oknie, tak, by zachęcać gości do wejścia. W każdym tanku 500 litrów piwa. Z każdego tanku będzie 1000 kufli. Tysiąc obsłużonych klientów. A tanki są cztery. Widowiskowa instalacja – długa na kilkadziesiąt metrów rurka prowadząca piwo z tanku wprost do stoiska barmana. Jak się okazało, to tylko dekoracja. Piwo czerpane jest z zupełnie innego miejsca. W prawdziwej instalacji piwo jest chłodzone i takie wlewane do kufli. Podane na pięć sposobów. W normalnej jak na Warszawę cenie. Piana gęsta jak bita śmietana, piwo świeże i niezwykle smaczne. I to na tyle słodkości. Wybór piwa jest zerowy. Oprócz Pilsnera dostaniemy jedynie Książęce. A gdzie reszta? Chociażby jakieś koncerniaki… Skoro zamówiło się kilka tysięcy litrów piwa w tankach, trzeba je sprzedać. Oto rozwiązanie zagadki.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Czeska oryginalna kuchnia?

Jako że nie jestem wytrawnym piwoszem, skupię się na kuchni. Jest to moje hobby i sposób na spędzanie wolnego czasu. Ojejku, ależ się ekscytowałem tymi wrzucanymi na Facebooka przez restaurację zdjęciami. Szkolenia z czeskiej kuchni w Pradze, pełne i ociekające smakołykami talerze, które pałaszowała obsługa. Oczami wyobraźni widziałem zaciemnioną hospodę z przaśną czeską muzyką i wielkimi porcjami tuczącego jedzenia typowego dla naszych sąsiadów. Dania w Českiej „Oryginalnej” (patrz: dopiesek w logo) restauracji są równie sterylne i minimalistyczne jak jej wystrój.

Zaczęło się od CARPACCIO Z ČERVENÉ ŘEPY. Kilka plasterków czerwonego buraka, na którym umieszczono kawałeczek koziego sera i coś tam wokół. To była najdroższa połowa buraka w życiu ever – 19 PLN (Czesi w tym momencie przeliczają na korony…).

Na drugi ogień poszedł UTOPENEC. Z tego co wiem, utopenec powinien być zrobiony z kiełbaski zwanej Špekáček. Typowy Špekáček składa się z połowy mięsa wołowego, 1/4 mięsa wieprzowego bez skóry oraz 1/3 boczku (špeku). Doprawiony jest czosnkiem, pieprzem i czasami gałką muszkatołową. Konsystencja Špekáčeka przypomina naszego serdelka – twardego i mięsistego. W Českiej dostałem zwykłą kiełbasę, coś a la śląska – miękka i taka typowo polska w smaku. Fajnie jednak udawała Utopenca, bo miała białe plamki tłuszczu imitujące špek. Jedyne 12 PLN (ma ktoś kalkulator?)

Finał wieczoru upływać miał przy SMAŽENÝM SÝRZE. Nie ważne kto jak zaczyna, ważne kto jak kończy – pomyślałem. To miał być gwóźdź programu. Danie okazało się gwoździem do trumny. Tego dnia piekło zamarzło! Kucharz (rzekomo Czech z krwi i kości) serwuje Gościom mrożony ser z frytownicy. To tak, jakbym był w Czechach, poszedł do Billa i zakupił kawałki sera w papierowym kartoniku, wrzucił na rozgrzany olej i zjadł.

741-428-obalovany-syr-pajero-4ks-240g

Jak można tak karmić ludzi? Nie dość, że kosztuje bez promocji aż 60 koron, leży tygodniami w lodówkach, to nie wiadomo co znajduje się w jego składzie. Nie łatwiej wejść w google i wyszukać chociażby mój (bo pojawia się jako pierwszy) przepis na ręcznie robiony smażony ser? Koszt dwóch takich solidnych ręcznie robionych kawałków sera zamyka się w 5 zł. Zakładam, że olej i bułka tarta znajduje się w każdej restauracji. Zamarłem. Więcej nie będę na temat tego dania pisał. Poszło kolejne 24 zł. Dramat.

SVÍČKOVÁ NA SMETANĚ co prawda nie wylądowała na moim stole, ale miałem okazję widzieć ją na stole obok. Porcja naprawdę licha. Pani, która wsunęła danie w trzy minuty, po konsumpcji patrzyła jedynie smutno w pusty talerz. Oto co udało mi się znaleźć na facebooku omawianej knajpy:

Czy jest coś więcej do dodania? Ano jest. Jeżeli jest to prawda, że właścicielem bądź kucharzem jest prawdziwy Czech (dało się słyszeć czeski język między członkami obsługi), to poziom serwowanych dań jest wprost żenujący. Jeżeli restauracja chce dalej podawać tego typu jedzenie, to proszę niech nie nazywa się „Czeską Oryginalną”. Bo jak to ktoś stwierdził…”dupa, nie czeska”.

Muzyka

Hudba. Słyszę to słowo i mam w głowie stare czechosłowackie kultowe piosenki śpiewane przez Petrę Janů czy też Věrę Špinarovą. Niestety takich szlagierów w Czeskiej nie usłyszymy. Jest za to stos popowo-rockowych piosenek znanych z najbardziej odmóżdżającego radia z trzema literami w nazwie. Czasem jedna czeska współczesna nuta pojawi się na playliście. Xindl X to jednak nie jest mój ulubiony wykonawca.

Rachunek

Przepraszam, że jestem tak złośliwy, ale pisząc tę recenzję po kilku dniach, wciąż jestem rozdrażniony. Mam wrażenie, że policzono nam o dwa piwa za dużo. Rachunek był strasznie wysoki: za te buraki i niejadalny smażony ser plus kilka piw (których i tak nie mogliśmy się doliczyć) musieliśmy zapłacić 150 PLN. 75 PLN za jeden krótki wieczór pełen nieprzyjemnych wrażeń to dużo. Dla mnie o wiele za dużo.

A czy są w takim razie jakiekolwiek plusy?

Oczywiście, że są! Nie jestem przecież malkontentem.

  • Największą zaletą jest lokalizacja – właściciel nie mógł sobie lepiej wymarzyć miejscówki.
  • Czysto i sterylnie – wszak knajpa dopiero co po remoncie, wiadomo, że tak będzie.
  • Uśmiechnięta i pomocna obsługa – co ciekawe kelnerzy dopytują jak smakowało piwo, nie pytają jak smakowało jedzenie…
  • Barman/szef barmanów/? Jakub – sądząc po akcencie rodowity Czech, miły i sympatyczny. Zapada w pamięć 🙂

To tyle….

W Warszawie, gdzie miejscówek dla Czechofilów jest tak dużo, dziwi tak nieprofesjonalne podejście. Czeska kojarzy mi się ze Szwejkiem, który wykorzystując świetną lokalizację i wzorowanie się na czeskich symbolach zyskuje multum gości gotowych „dopłacić” za to, że mogą zjeść i wypić w centrum stolicy. Czy jest sens przepłacać? Każdy Czechofil stwierdzi, że nie.

Wolę bardziej klimatyczne miejsca, do których będę zapraszał swoich znajomych. I wy też tak zróbcie! Mieszkańcy północnych dzielnic napijcie się wyśmienitego piwa w Czeskiej Piviarni, a ci ze wschodnich dzielnic i Ursynowa walcie śmało do pubu Warszawa-Praha (mmmm, ten ręcznie robiony smażony ser…).

Moja ocena: 2/5

PS: Z Czeskiej wyszliśmy biedni i głodni. Oto, co musiało się stać po tej wizycie…

zdjęcie 3

Poznajcie ich: to oni są głosami praskiego metra

Przedłużenie linii A sprawiło, że po wielu latach konieczne jest ponowne nagranie komunikatów zapowiadających nowe stacje. Do zadania ponownie przystąpiła Světlana Lavičková, osoba, której głos słyszymy w najstarszej linii metra. 

Linia A: Světlana Lavičková

m4

Każdy zna jej głos, nie każdy jednak zna jej historię. W czasach, gdy ogłoszono konkurs na głos metra Světlana Lavičková jako młoda dziewczyna przyuczała się w Karlíně do zawodu lektora. W latach siedemdziesiątych władze metra praskiego zorganizowały casting, szukano odpowiednego głosu. Szef techniczny podszedł do mnie i poprosił, żebym spróbowała wypowiedzieć próbne zapowiedzi. To wszystko działo się bardzo szybko. Za chwilę dostałam telefon, że będę „jeździć” na linii A.

Sposób wyboru lektora poprzez casting działa do dnia dzisiejszego. Kilka lat temu do konkursu na głos linii C przystąpiło osiem osób: prezenterów z telewizji, redaktorów z Czeskiego Radia oraz aktorów. Każda z osób nagrała zapowiedzi, które były puszczane po kolei w jadącym metrze. Konkurs wygrywała ta osoba, której głos brzmiał najlepiej w działającym metrze. Bo tu nie chodzi o to, żeby właściciel głosu miał nienaganną dykcję czy ładną barwę. W metrze chodzi o to, aby głos brzmiał dobrze z głosników pociągów (zarówno tych starych jak i nowych) oraz by nie był zagłuszany przez huk jazdy. Każdy członek komisji wybiera anonimowo swego faworyta, osoba z największą liczbą głosów zostaje „metráčkem”

Linia C: Tomáš Černý

m3

Zwycięzcą takiego konkursu jest Tomáš Černý, lektor użyczający głosu na linii C. Zastąpił on na tym stanowisku Jiřího Hrabáka. Było to dokładnie w roku 2004, gdy linia C została przedłużona przez  Ládví do Letňan. Wiadomość o konkursie dostałem od współpracowniczki Czeskiego Radia i właścicielki głosu linni A, Světlany. Pierwszego dnia przy nagrywaniu zapowiedzi dostałem instrukcję, żeby kominukaty te nie brzmiały jak w radiu, że mają być dostojne i mają budzić respekt. Zaskoczyło mnie, że w tego typu komunikatach najważniejsze jest by nie akcentować całego zdania, całej informacji, a jedynie jedno słowo: Kačerov. Nie można tego wykrzyczeć, musi być odpowiednia intonacja. Jest to o tyle dziwne, że pasażerowie i tak nie zajmują się zapowiedziami, często nawet nie wiedzą czy męski czy może żeński głoś zapowiada daną linię metra.

Sam staram się nie jeździć linią C by siebie nie słuchać, ale pamiętam jedną zabawną scenkę. Na przeciwko mnie siedział tata z małym synkiem i ten maluch wciąż powtarzał na głos zapowiedzi: „Nááádraží Holešovice“. Jego tata gdy to słyszał odrzekł, że w ten sposób się tego nie wymawia, nie tak, jak ten pan z głośnika. Żaden z nich nie miał pojęcia, że Pan z głośnika siedzi na przeciwko nich.

Linia B: Eva Jurinová

m2

Eva Jurinová użyczyła głos dla linii B. Jej znajomi z Czeskiej Telewizji uznali, że skoro jest taka szalona i wszędzie jej pełno, wygraną ma w kieszeni, I nie pomylili się. Spośród 25 zgłoszonych osób wybrano właśnie Evę. Przez całe popołudnie nagrywałam zapowiedzi linii B. Za te kilka godzin dostałam 500 koron. Warunkiem nagrań było to, aby mój głos brzmiał energicznie i wyraźnie. Komunikat „konečná stanice, vystupte“ to miał być już prawie rozkaz, który obudzi nawet pijaków, chcących pojechać do bazy. Zaproponowałam, aby do tego komunikatu dodać słowo „prosím”, jednak wszyscy byli przeciwni. Największym dla mnie problemem okazała się nazwa stacji Moskevská. Dla mnie to wciąż był  Anděl i kiedy dochodziło do wypowiedzenia słowa Moskevská zamiast kropki na końcu było u mnie słychać pytajnik. Komisja była wkurzona, musieliśmy to powatrzać kilka razy.

Największym przeżyciem dla mnie była sytuacja, gdy jechałam jako dziennikarka na szkolenie do Wiednia. Podczas luźnego spotkania z politykami okazało się, że jedna posłanka podczas wizyty w Pradze „zakochała się” w moim głosie. Jakież było jej zdziwienie, gdy przeprowadzając z nią wywiad odezwałam się tym swoim głosem z metra. Posłanka była w takim szoku, że kazała mi podczas obiadu wypowiadać każdą stację metra. Na sam koniec musiałam te zapowiedzi ngrywać na kasetę by posłanka mogła sobie je włączać za każdym razem, gdy tylko zechce.

m1

Pub Warszawa-Praha, Warszawa – nowe miejsce z czeskim piwem i jedzeniem

W zeszłą niedzielę dość spontanicznie udałem się do nowego czeskiego miejsca na warszawskiej mapie Warszawy. Na temat pubu Warszawa-Praha otrzymałem jedną rekomendację od mojej Czytelniczki, nie zastanawiałem się więc długo i po chwili zawitałem pod te skromne i serdeczne progi. 

zdjęcie (15)

Powitały mnie uśmiechnięte twarze dwóch młodych osób. Dominika i Michał mimo młodego wieku okazali się właścicielami tej nowej miejscówki. Przychodząc tutaj wiedziałem jedynie, że posiadają w ofercie czeskie piwo (którego zresztą jest wszędzie pod dostatkiem). Tym co ich wyróżnia (i co mnie najbardziej zainteresowało) jest czeska kuchnia. Ciekawiło mnie czy może istnieć w Warszawie knajpa, gdzie zjem potrawy, które przynajmniej przypominają te czeskie.

Czechofil.com: Ciężko do Was trafić. Dobrze, że słyszałem czeską muzykę na zewnątrz (uśmiech). 

Dominika i Michał: Wiemy, niestety. Ale ci, którzy chcą nas wkrótce odwiedzić powinni kierować się w stronę charakterystycznych komunistycznych „grzybków” – mieścimy się w tym drugim [zobacz na mapie] od Ronda Wiatraczna.

Czechofil.com: Skąd wziął się pomysł na czeską knajpę?

Dominika i Michał: Ogólnie to pomysł czeskiej knajpy świtał nam od dawna, ale bardziej jako fajny pomysł, ale poza naszym zasięgiem. Jednak pewnego dnia stwierdziliśmy, że wypadałoby zacząć robić w życiu coś co się lubi. Następnego dnia zaczęliśmy przeglądać ogłoszenia dotyczących lokali do wynajęcia i dalej samo się jakoś potoczyło. Dość szybko znaleźliśmy lokal, który by nam odpowiadał (zależało nam na klimatycznej piwniczce, żeby klienci mogli poczuć się swobodniej). Lokal nie był w zbyt dobrym stanie, więc przez dwa miesiące dzień w dzień remontowaliśmy wnętrze, wszystko robiliśmy sami, więc też mamy pewną satysfakcję z tego co udało się nam osiągnąć (uśmiech). Ogólnie pomysł realizacji przyszedł nam do głowy bardzo nagle, wyglądało to poniekąd tak: ” A może byśmy otworzyli czeski pub, z dobrym czeskim piwem?” – „A no w sumie, można spróbować”. Był to skok na głęboką wodę, zaryzykowaliśmy i okaże się jak się to dalej potoczy.

zdjęcie (12)

Czechofil.com: Żeby otworzyć czeski pub wcześniej jak się domyślam była fascynacja Czechami. Dlaczego akurat ten kraj?

D. i M.: Czemu akurat Czechy? Bo jak byliśmy pierwszy raz w Czechach to nam się bardzo spodobało i staliśmy się częstymi bywalcami, szczególnie Pragi. Uwielbiamy to miasto, tamtych ludzi i klimat, głównie ten który panuje w czeskich gospodach. No i oczywiście kochamy smak czeskiego piwa.

Czechofil.com: Kto prowadzi lokal?

D. i M.: My! Jesteśmy młodym małżeństwem z rocznym stażem, no i także jesteśmy dość młodzi: ja jeszcze studiuję, mój mąż dopiero co skończył studia, i też z tego powodu praktycznie wszyscy nam odradzali taki radykalny krok, ale byliśmy nieugięci. Kiedyś trzeba zaryzykować! Bardzo się cieszymy, że w końcu udało nam się otworzyć i mamy nadzieje, że się to jakoś rozwinie. Staramy się jak możemy, chcemy mieć duży wybór wszelakich piw, także tych rzemieślniczych i regionalnych, ale niestety na samym początku musimy się troszkę odbić od dna, a później będziemy się rozwijać.

zdjęcie (14)

Czechofil.com: Skąd pomysł na czeską kuchnię? Z tego co wiem, inne typowo czeskie knajpy z serwowaniem dań nie wystartowały. Skąd bierzecie przepisy?

D.: W naszym lokalu to ja jestem kucharką.  Jeśli chodzi o kuchnię to może śmiesznie to zabrzmi, ale eksperymentowałam z różnymi przepisami i szczerze mówiąc ostateczne przepisy na smażony ser i czosnkową brałam od Ciebie (uśmiech), bo chyba najbardziej mi Twoje przepisy pasowały (uśmiech). [Zobacz moje przepisy na Blogu] Szukałam jakiejś czeskiej książki kucharskiej, ale niestety byliśmy tak zajęci remontem, że niestety nie zdążyłam jej znaleźć.

Czechofil.com: Naprawdę? Bardzo mi miło… (uśmiech). Przyznam szczerze, że zanim mi to powiedziałaś stwierdziłem, że kuchnia jest udana, a dania smakują tak, jak bym tego chciał. Może zupa jest za mało czosnkowa, jednak myślę, że taka ilość czosnku jaką lubię nie będzie odpowiadała innym osobom. A więc sama zagniatasz knedliki? (uśmiech)

D.: Co do knedlików to sama je robię, zgniatam ciasto z drożdżami i czekam, aż rośnie. W życiu bym nie kupiła gotowego knedla, żeby podać Gościom. Tak to chociaż wiem, co podaje, mam pewność, że nie jest to jeden wielki konserwant. W związku z tym także dzisiaj knedlików nie było, bo po prostu musimy się rozkręcić, żeby nam to jedzenie schodziło, bo jednak długo tego trzymać nie można. Gotuję wszystko tego samego dnia i przyrządzam po zamówieniu przez naszego Gościa.

Czechofil.com: W menu widzę przekreślone ceny przy zupie czosnkowej, pomidorowej i przy niektórych daniach. Dlaczego obniżyliście ceny? To raczej się nie zdarza.

D. i M.: Obniżyliśmy ceny bo i zmniejszyliśmy porcje. Wcześniej porcje były tak hojne, że nasi Goście nie byli w stanie ich dokończyć. Podpowiadali nam, że odrobinę mniejsze porcje będą idealne. Chcąc pozostać fair obniżyliśmy również ceny (uśmiech).

Czechofil.com: Smażak, knedliky, bambule. Już dla tych dań warto do Was zajrzeć. Planujecie rozszerzyć kartę? 

D.: W planach mamy jeszcze wprowadzić utopenca i nakladanego hermelina, więc kwestia kuchni nie jest jeszcze ostatecznie zamknięta.

Czechofil.com: Wracając do czeskich trunków… Widzę w lodówkach spory zapas różnych piw. Są bezglutenowe, pszeniczne i wiele innych. Są fajnie opisane. Czy można liczyć u Was na jakąś dodatkową poradę odnoście wybranych piw?

D.: Szczerze mówiąc mój mąż bardziej zna się na piwach w tej chwili ode mnie, ale chcemy obydwoje jak najbardziej się wyedukować w tej kwestii, ale raczej będzie to troszkę trwało zanim staniemy się ekspertami. Na razie mogę doradzić co do kwestii smaku poszczególnych piw. Liczę, że za chwilę będę miała tyle wiedzy co Michał (uśmiech).

Czechofil.com: Planujecie wprowadzenie czegoś co zaskoczy wszystkich warszawskich czechofilów? 

D. i M.: Oczywiście mamy pewne pomysły, jednak musimy chwilę odczekać by wszystko dopiąć na ostatni guzik. O wszystkich naszych planach dowiecie się z naszego Facebooka. 

Warszawa-Praha PUB, Warszawa, Al. Stanów Zjednoczonych 67 lokal D6. 

Co zmieni się w Czechach od 2015 roku?

Każdy styczeń przynosi znaczące zmiany jeśli chodzi o podatki, regulacje i inne przepisy. Czechy również czeka dużo zmian. Oto najważniejsze z nich.

2015

1. Znakowanie produktów spożywczych

To co w Polsce jest standardem w Czechach stanie się od stycznia. Każdy producent będzie musiał umieścić na opakowaniu kraj pochodzenia produktu, dokładny skład i informacje o wartościach odżywczych.

2. Obowiązkowe ciepłomierze i liczniki na wodę

Każde mieszkanie musi mieć założone powyższe urządzenia. Czesi uznali, że tzw. ryczałt nie jest sprawiedliwy.

3. Nowy VAT

Zaczęła właśnie obowiązywać nowa stawka podatku VAT w wysokości 10 %, ale za to zwiększą się ulgi dla wielodzietnych rodzin. Powraca ulga dla pracujących emerytów.

4. Nowy numer dla kierowców

Wszystkie zdarzenia drogowe należy zgłaszać do ogólnokrajowego numeru 1224 – pod tym numerem czekają osoby, które zgłoszą szkodę u naszych ubezpieczycieli. Tym sposobem nie trafimy na nieuczciwe firmy, które będą żądać krocie za pomoc w nagłych drogowych wypadkach.

5. Podróż pociągiem

Od stycznia przejazdy grupowe (więcej niż 5 osób) należy zgłosić na trzy dni przed planowaną podróżą. Nowością jest bezpłatny bilet dla dzieci do lat sześciu.

6. Umowy z operatorami

1 stycznia weszła w życie zasada zgodnie z którą operatorzy komórkowi nie muszą wysyłać klientom informacji o zmianie regulaminu o ile zmiany te „nie są istotne”. Jest to zmiana niezgodna z prawem UE i Czesi będą za to pozwani.

7. Taniej w przychodni

Styczeń przynosi zniesienie 30 KC opłaty za wizytę w przychodni i w aptekach. Pozostaje jedynie opłata 90 KC za przyjazd pogotowia.

8. Urzędnicy otrzymają podwyżki

Tym razem jest to kolejne 5% dla lekarzy ale już dla policjantów zarezerwowano tylko 1,5 procenta.

9. Dodatki rodzinne i wyższa płaca minimalna

Za urodzenie drugiego dziecka kobieta dostanie 10 tys. koron. Płaca minimalna wzrasta z 8500 koron do 9200.

10. Segregowanie odpadów

Miasta mają od teraz obowiązek zapewnić obywatelom oprócz standardowych pojemników na szkło, papier czy plastik (Czesi segregują odpady już 14 lat) również takie do których będzie można wrzucać metal i bioodpady.

Kolejowa rewolucja Słowaków obejmie też Czechów i Polaków – PORADNIK jak jechać za darmo

Nie mogę otrząsnąć się jeszcze po informacji Leo Express, które z trudami, ale weszło na polski rynek autobusowo-kolejowy, podczas gdy zza południowej granicy dochodzą do nas kolejne dobre informacje. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Już od 17 listopada, zgodnie z decyzją rządu, wszystkie dzieci, studenci oraz emeryci na Słowacji będą mogli jeździć pociągami zupełnie za darmo. Decyzja Roberta Fico jest o tyle istotna, że, jak się później okazało, z przywileju tego skorzystają również Czesi, Polacy oraz wszystkie wspomniane grupy społeczne z całej Unii Europejskiej!

Aby jechać za darmo słowackim pociągiem należy:

  • być dzieckiem do 15 roku życia;
  • być studentem dziennym i nie mieć ukończone 26 lat;
  • być seniorem powyżej 62 roku życia i mieć legitymację emeryta.

Jeżeli weźmiemy pod uwagę jedynie Słowację, zmiany dotkną aż 50 procent ludności tego pięciomilionowego kraju.

Przed wejściem do pociągu należy upewnić się, że mamy następujące dokumenty:

  • legitymacja szkolna dla osób do 15 roku życia;
  • zaświadczenie z uczelni o posiadaniu statusu studenta dziennego oraz ważna legitymacja;
  • zaświadczenie o statusie bycia emerytem (dotyczy też i tych, którzy z różnych powodów przeszli na wcześniejszą emeryturę i mają mniej niż wspomniane 62 lata)

UWAGA!

Dokumenty nie muszą być przetłumaczone na język słowacki.

Gdy upewnimy się, że spełniamy wszystkie powyższe kryteria, wystarczy udać się do kasy i poprosić o specjalny bilet drugiej klasy uprawniający do bezpłatnych przejazdów.

WAŻNE!

Zapisy nowej ustawy nie obowiązują w pociągach przekraczających granicę. Przykład: jadę z Mostów u Jablunkowa do Čadcy i dalej Żyliny – bezpłatny bilet obowiązuje dopiero od pierwszej słowackiej stacji na terenie Słowacji.

Warto wiedzieć:

Bezpłatne przejazdy dotyczą wszystkich połączeń dotowanych przez państwo. Wyjątkiem od tej reguły jest jedynie połączenie Bratysława – Komarno realizowane przez prywatnego RegioJet.

„Promocja” nie dotyczy żadnych pociągów InterCity (Bratysława – Koszyce) i innych np. międzynarodowych.

Koleje Słowackie przygotowane są na zwiększony ruch na peronach. Słowacy pożyczyli również od Czechów 40 starych wagonów by móc sprawnie realizować wszystkie kursy.


Ciekawostką jest, że tysiące Słowaków nie zgadza się na „marnowanie państwowych pieniędzy” i i podpisują petycję, aby rząd wycofał się z tak „nietrafionego” pomysłu. Przedstawiciel aktywistów mówi, że za darmowe połączenia zapłacą wszyscy obywatele Słowacji w podatkach. W kilka dni grupa Nova generace zebrała ponad 22 tys. głosów sprzeciwu.

Całkowity koszt uruchomienia darmowych przejazdów koleją będzie wynosił 13 milionów euro.

W Czechach sterylizowano Romów bez ich wiedzy

Równowartość kilkudziesięciu tysięcy złotych mają wynieść odszkodowania dla romskich kobiet, którym wykonano operacje, pozbawiając je możliwości rodzenia dzieci.

Iveta Cervenáková w 1997 r. została bez wiedzy wysterylizowana w ostrowskim szpitalu (na zdjęciu z lewej, 5 listopada 2008 r. w sądzie w Ołomuńcu, przed ogłoszeniem wyroku w sprawie przeciwko szpitalowi o niechciane podwiązanie jajników) (JAN LANGER/AP)
Iveta Cervenáková w 1997 r. została bez wiedzy wysterylizowana w ostrowskim szpitalu (na zdjęciu z lewej, 5 listopada 2008 r. w sądzie w Ołomuńcu, przed ogłoszeniem wyroku w sprawie przeciwko szpitalowi o niechciane podwiązanie jajników) (JAN LANGER/AP)

Elena Gorolova miała 21 lat, gdy lekarze zmienili jej życie na zawsze. – W 1990 r. czekałam na narodziny drugiego dziecka. Do szpitala dotarłam z krwawieniem. Zanim znalazłam się na sali operacyjnej, minął dzień – opisuje. – To miało być cesarskie cięcie, ale pojawiły się komplikacje. Lekarze kazali mi podpisać jakieś papiery, rzekomo zgodę na metodę porodu.

Gorolova urodziła drugiego syna. Nazajutrz przyszedł do niej ordynator szpitala w Ostrawie i powiedział, że już nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Wpadła w rozpacz, bo, jak mówi, zawsze marzyła o dziewczynce. Dziś należy do Związku Kobiet Pokrzywdzonych przez Sterylizację skupiającego około stu Romek.

Inna ofiara sterylizacji Iveta Cervenáková też miała 21 lat, gdy po urodzeniu drugiej córki w ostrawskim szpitalu w 1997 r. została wysterylizowana. Lekarze poprosili ją o zgodę na zabieg, gdy była już pod wpływem znieczulenia. Mówi, że nie wiedziała, co podpisuje, i że nie została poinformowana o celu i naturze zabiegu. Sądziła, że chodzi o tymczasową antykoncepcję. – Mówili tylko o cesarskim cięciu, o sterylizacji ani słowa – twierdzi.

O tym, że już nie urodzi więcej dzieci, dowiedziała się przypadkiem w 2004 r. Pozwała szpital, który bronił się w sądzie, twierdząc, że podwiązanie jajowodów de facto nie jest sterylizacją – powoduje tylko utratę zdolności do poczęcia dziecka w sposób naturalny.

Cervenáková walczyła o sprawiedliwość cztery lata; w 2011 r. szpital zaoferował Romce ugodę i pół miliona koron odszkodowania (ok. 80 tys. zł).

Jak zadośćuczynić ofiarom

Teraz sprawę sterylizowania romskich kobiet chce ustawowo rozwiązać minister ds. praw człowieka i równouprawnienia Jir!~ Dienstbier z Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej (CzSSD). Parlament ma przyjąć prawo gwarantujące poszkodowanym finansowe zadośćuczynienie. Podstawą prac jest projekt Czeskiego Komitetu Helsińskiego z 2013 r., który przewidywał odszkodowania do 250 tys. koron (ok. 40 tys. zł).

Przyjęcie ustawy wydaje się formalnością, bo popiera ją również prawicowa opozycja.

Rzeczywista skala sterylizacji, której podlegali także romscy mężczyźni, nie jest znana, bo zabiegów często dokonywano bez wiedzy ofiar. Według szacunków może chodzić o kilkadziesiąt tysięcy osób. Szefowa Czeskiego Komitetu Helsińskiego Lucia Rybová mówi: – Wiele ofiar już zmarło, inne straciły zaufanie do władz. Jest więc prawdopodobne, że nie zgłoszą się po odszkodowania.

Jeszcze w 2004 r. Europejskie Centrum Praw Romów (ERRC) twierdziło, że romskie kobiety w Czechach wciąż są sterylizowane bez ich wiedzy. Organizacja udokumentowała dziewięć takich przypadków. W 2006 r. grupa ofiar poskarżyła się rzecznikowi praw obywatelskich Otakarowi Motejlowi, niektóre skierowały sprawę do sądu. Motejl publicznie potwierdził, że przymusowe sterylizacje przeprowadzano także na początku lat 90. XX w., i to za cichym przyzwoleniem instytucji państwowych. W 2008 r. rząd przeprosił za nielegalne zabiegi.

Klapa asymilacji

Tzw. politykę asymilacyjną mniejszości romskiej stosowano w Czechosłowacji już w latach 50. XX w. Zdaniem komunistycznych władz miało to doprowadzić do likwidacji ich „zacofanego sposobu życia”. Państwo starało się ograniczyć wędrówki Romów, wprowadzając w 1958 r. ustawę o ich przymusowym osiedlaniu. Byli umieszczani w blokach komunalnych i zmuszani do pracy.

Ten program okazał się klapą. Romowie nie potrafili się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Pracownicy socjalni często odbierali im dzieci – bo np. zaniedbywali obowiązek szkolny – i umieszczali w rodzinach zastępczych. Bardzo obciążało to system socjalny państwa, więc władze postanowiły kontrolować liczbę urodzeń. W 1958 r. doszło do pierwszej sterylizacji, większość zabiegów wykonano w latach 1972-91. Czeska Liga Praw Człowieka (LLP) podała w zeszłym roku, że praktyki te dotyczyły także dużej liczby osób niepełnosprawnych. Dowodów na to jednak brakuje.

Cały tekst: Wyborcza.pl

Posiada ziemię jednocześnie w Czechach i Polsce

Cztery lata temu zainteresowałem się losem pana Lothara Wittka ze wsi Rudyszwałd, którego ziemia została przedzielona słupkami granicznymi. Mieszkaniec gminy Krzyżanowice posiadał działkę jednocześnie w dwóch krajach a o zmianę przebiegu granicy walczył od roku 1958 roku.

Czy ktoś z Was wie czy Panu Lotharowi udało się dopiąć swego i przesunąć granicę? Jedyne co wiem, to że Pan Lothar oddał gospodarstwo synowi, a sam wyprowadził się do Niemiec. Ze zdjęcia w Google Maps wnioskuję, że granica nie została ruszona ani o milimetr, za to na działce po polskiej stronie pojawił się nowy budynek mieszkalny. Gdybym miał możliwość swój dom wybudowałbym jednak po czeskiej stronie. Przeczytajcie długi, ale niezwykle ciekawy artykuł z Newsweeka, który obrazowo przedstawią batalię pana Wittka z aparatem państwowym.

Kwiaty z jednego drzewa

Newsweek, 13-05-2007

Choć dla Ślązaka spod Raciborza granica państwa to rzecz umowna – porządek musi być. Choćby po to, by legalnie chodzić na swoją łąkę przed domem.

Jakby policzyć, ile razy Wittek nielegalnie przekraczał granicę, to by się z grzywien nie wypłacił do końca życia. Ale jak ma Wittek nie łamać prawa, gdy linia graniczna Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Czeskiej biegnie zaraz za oknem. Na jego ojcowiźnie, a przecież trawę musi kosić. Praworządnie to powinien iść dookoła, za dom, na drogę, przejść biało-czerwony szlaban. I tamtędy, z kosą na ramieniu, wejść na swoją łąkę. Dlatego już przed osiemnastoma laty napisał do ministerstw rolnictwa, spraw wewnętrznych, zagranicznych i wszelakich, że prosi o zmianę południowej granicy na swoją korzyść, a zatem i na korzyść Polski. – No bo ordnung, porządek, musi być – mawia.

Wittek nie wiedział wtedy, że swoim pismem przyłączył się do sporu granicznego, który od pięćdziesięciu lat Polska próbuje rozstrzygnąć z Czechami. W 1958 roku w ramach powojennego prostowania granicy polskie terytorium powiększyło się o 837,46 hektara, a czeskie o 1205,90 – w tym o jedną trzecią hektara Wittka. Tę różnicę – 268 hektarów

– Polska próbuje odzyskać. Dwa miesiące temu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wysłało do czeskiej ambasady notę z pytaniem, kiedy będzie można poprzestawiać słupki graniczne. Nie ma odpowiedzi.

U Wittka w Rudyszwałdzie w powiecie raciborskim gra muzyka. Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum” – jesteśmy kwiatami z jednego drzewa. Wittek dostał płytę z Die Deutsche Stimme aus Ratibor, niemieckojęzycznej redakcji z Raciborza. Zawsze, podobnie jak jego ojciec i dziadek, czyli Opa, czuł się niemieckim kwiatem. I tak jest do dziś. W domu ma niemiecką flagę, na ścianie wisi przedwojenna mapa Śląska, prezent od ambasady. Nawet jodła srebrzysta, która stoi na baczność przed domem, jest niemieckiego pochodzenia. Wittek przywiózł ją z Bawarii.

Przez lata walki o zmianę granicy państwowej u Wittka były już cztery telewizje – polskie i niemieckie, gazety i radio. Polskie i niemieckie media – uważa Wittek

– pisały na ogół prawdę. Tylko czeskie gazety nazywały go „Świński sąsiad”, bo mu się powojenny porządek nie podoba. Wittek chce odszkodowania od Czechów, którzy przez lata robili na jego działce, co chcieli, np. urządzili wysypisko, uznając ją za własność państwową. W jednym z polskich pism ukazał się tytuł: „Niemiec walczy o ziemie dla Polski”. Chwytliwe.

Potem wszyscy go pytali: Jak to jest z panem, panie Wittek? To może z pana żaden Niemiec?

A on przecież jest Ślązakiem niemieckiego pochodzenia z krwi i kości od kilkudziesięciu pokoleń. Wittek to nazwisko. Imię – Lothar. Ale wszyscy się do niego zwracają „panie Wittku”, bo to bardziej po polsku. Za PRL urzędnicy chcieli na jego ojcu wymusić spolszczenie imion jego i jego siostry – Ingebor. Dali spokój, gdy stary Wittek znalazł w polskim kalendarzu rolniczym wzmiankę o niejakiej Ingeborze Zakrzewskiej – działaczce słusznej politycznie.

Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.
Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.

Lothar Wittek urodził się kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ojca zabrali na front, był saperem w Wehrmachcie. Trafił do niewoli, wrócił do domu przez Syberię. Wittkowie uciekli na Zachód, ale zaraz po wojnie cofnęli się na swoje. Tam nie było życia, Niemcy byli narodem przegranym, bez praw, rządzili Amerykanie. A tu nadal siedzieli sami swoi. I czekali na powrót Niemiec.

– Tak po cichu to i dziś wielu tutejszych Ślązaków chce, żeby tu były Niemcy – mówi Wittek. Ale nie mówi tego z zawziętością, dla niego to oczywiste.

Siedzieli tu przecież od wieków. Porządek byłby większy. A polski rząd, na przykład, nie potrafi poradzić sobie w sprawie jego granicy z małą Republiką Czeską. Przy Niemcu to by była krótka rozmowa.

Ale mówi to Wittek jednoosobowo. Bo Ślązacy unikają zbiorowego wyrażania poglądów. – My jesteśmy taki naród: możemy ciężko pracować, nawet pod polskim pręgierzem, ale nikt się nie wychyla z tym, co naprawdę myśli.

W Urzędzie Gminy w Krzyżanowicach wójt Leonard Fulneczek, autochton, powie mi potem, że nie powinienem się dziwić temu, co mówi Wittek. Skrytość i nieufność to cechy śląskiej duszy. Tego nauczyła ich historia. Zwłaszcza na tych terenach, na przedwojennym styku trzech granic: polskiej, czeskiej i niemieckiej.

Na pytanie, kim jesteś, odpowiadało się w zależności od tego, kto pytał.

Na szczęście młode pokolenie – cieszy się wójt – w dużym stopniu wyzbyło się tego historycznego myślenia. Jak były mistrzostwa świata w futbolu, to miejscowi się radowali, że mają trzy reprezentacje: niemiecką, polską i czeską. I kibicowali tej, która doszła najwyżej.

Ale samo pojęcie granicy było i jest tutaj trochę inne – granice istnieją ledwie 80 lat, tyle co trzy pokolenia. Wcześniej były tylko Prusy. Potem linia na mapie zmieniła się kilka razy, ale więzi rodzinne zawiązane przez pokolenia pozostały. Sam wójt ma krewnych w Haci po czeskiej stronie.

Granica w życiu tutejszych jest tylko administracyjną kreską. Gdy pod koniec II wojny światowej nadciągnęły wojska radzieckie, a w ich składzie polscy i czechosłowaccy żołnierze, Ślązacy mieli przygotowane trzy flagi: polską – biało-czerwoną, trójkolorową czechosłowacką i radziecką – czerwoną.

Wspominają o tym autochtoni w wydanej niedawno książce „Wojna, pokój, ludzie” Krzysztofa Stopy: „Na domach powiesiliśmy czeskie fany (flagi). Wtedy byliśmy pewni, że już należymy do Czech. Po kilku dniach jednak Rosjanie kazali nam te trójkolorowe flagi pościągać, bo jak nam powiedzieli, jesteśmy Polakami! Gdy wycofywali się Niemcy, z samolotów zrzucali ulotki, w których było napisane, iż zostaniemy przyłączeni do Polski, lecz tylko na 50 lat. Wszystko to było trudne do pojęcia – chcieli nas Czesi, zagarnęli Polacy, a jeszcze na dokładkę mamili Niemcy”

– to relacja urodzonej w 1917 r. w Owsiszczu J.L. Książka jest współczesna; strach autorki relacji, która podała tylko inicjały – taki sam jak dawniej.

Od wojny granica Polski i Czechosłowacji przebiegała kilkadziesiąt metrów od zabudowań Wittka. Po polskiej stronie stała chałupa Schwenznera. Ale w roku 1953 podjechała ciężarówka z polskimi żołnierzami. Zeskoczyli, popatrzyli na kartkę i według niej na oko wytyczyli słupki nowej granicy. I co, że na łące Wittków? Co mógł zrobić Ślązak niemieckiego pochodzenia na polskiej ziemi polskiemu żołnierzowi, który wygrał wojnę? Nic. Granica przesunęła się w stronę Wittków, tak że zabrała do Czech gospodarstwo Schwenznera i przechodziła w poprzek łąki Wittków.

A tych prześladowano przez lata za rzekomą kontrabandę. Po wojnie z Czechosłowacji szmuglowało się obuwie, drożdże, artykuły krawieckie, a w drugą stronę słoninę i spirytus. Ich dom był stale na celowniku. Ale ojciec Lothara szmuglem się brzydził. Już raz pooddychał syberyjskim powietrzem i wystarczyło na całe życie. Dlatego Lothar do kościoła chodził parę lat na bosaka, a w domu się nie przelewało.

Na początku, przez pięć lat, można jeszcze było normalnie uprawiać swoją działkę. Sąsiad Schwenzner jeździł do pracy w Raciborzu. Aż do 1958 r., kiedy ratyfikowano oficjalnie nowy, wytyczony palikami przebieg granicy. Pojawili się żołnierze i któregoś dnia Schwenznera do pracy już nie puścili. Od tej chwili był w Czechosłowacji. A Wittek, żeby dokosić 15 arów łąki, musiał jeździć po pozwolenie do Raciborza.

Czas był nadal prawie wojenny. Wittek opowiada: – Raz gęsi zapędziły się na czeski kawałek łąki. Oma (babcia – przyp. red.) za nimi pobiegła, a tu żołnierz z drogi zaczął strzelać. Padłaby trupem jak nic, ale fater ją zdążył powalić na ziemię. Przeżyli.

Gęsi też wyszły bez szwanku.

Żeby uprawiać działkę, trzeba było uzyskiwać zezwolenia sezonowe – od 15 kwietnia do 15 października. Pod szlaban przychodził żołnierz ze strażnicy w Chałupkach i do godziny 15 czy 17, jak żołnierz miał służbę, można było chodzić w tę i z powrotem. Jeszcze później chodziło się na dowody osobiste. Dopiero odkąd Polska jest w Unii Europejskiej, szlaban dla małego ruchu granicznego jest podniesiony całą dobę. Tylko ciągnikiem nie wjedziesz, trzeba prosić, żeby żołnierze otworzyli koziołki.

Dla Wittka te koziołki to ostatni symbol zniewolenia. Dlatego wciąż pisze, gdzie się da, żeby mu wreszcie granicę z działki zabrali. Napiszcie, zachęca Wittek, że to problem 400 rolników. Tylu mniej więcej Czechów i Polaków ma działki po obu stronach całej granicy. Tylko że oni nie mają aż takich problemów jak Lothar Wittek.

Rodzina Józefa Barcza z Nowej Wioski ma hektar ziemi po polskiej stronie i trzy hektary w Czechach. Granica przecięła mu działkę pod lasem. I tak musiał dojeżdżać do pola ciągnikiem. Wsiadał na traktor, jechał ulicą Leśną do końca Polski. Dalej była droga, na której stał szlaban. Jak chciał przejechać na czeską stronę, dzwonił do strażnicy, przyjeżdżali i otwierali. To przejście jednak zamknięto, bo Czesi zaczęli z Polski przerzucać węgiel. Teraz jeździ do sąsiedniego przejścia, ale i tak w sumie do pola ma może kilometr.

Wójt Fulneczek nie wierzy, że Czesi oddadzą Polsce te 268 hektarów. Żadne państwo chętnie tego nie robi. Fulneczek nie ma pojęcia, czy w jego gminie przybędzie terytorium. Po wojnie w Rudyszwałdzie czy Owsiszczu Polska dostała trochę więcej ziemi, z kolei w Bolesławiu były przesunięcia na korzyść Czechosłowacji. Zwrot w naturze to trudna sprawa, bo po czeskiej stronie są nieuregulowane sprawy własności. Najpierw były tam pegeery, potem oddano ziemię pracownikom, którzy zwykle jej nie uprawiali. Teraz wiele ziemi dzierżawią od nich Polacy. To, co na papierze, często nie zgadza się z życiem.

Choć spór o 268 hektarów trwa od 1958 roku, za PRL tą sprawą się nie zajmowano. Po sierpniu 1968 roku, kiedy Układ Warszawski najechał na Czechosłowację, odbieranie ziemi stało się jeszcze bardziej drażliwym tematem. Dopiero po 1989 roku zaczęto rozmowy trwające do dziś.

Sprawę poruszono po raz kolejny w lutym przy okazji wizyty w Polsce premiera Czech Mirka Topolanka. W marcu MSWiA wystosowało notę do czeskiej ambasady. Petr Kubera, rzecznik ambasady, tłumaczy, że sprawa jest trudna, bo mapy z 1958 r. są niedokładne – linie graniczne poprowadzono wtedy na mapie grubą kreską. A wiadomo, centymetr na papierze to czasem kilometr w rzeczywistości. Dlatego rzecznik prosi o cierpliwość.

A Lothar Wittek ma teraz dużo czasu. Gospodarstwo przekazał synowi. Sam grzeje się w słońcu i słucha, jak Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum”.

Czeski absynt z alkoholem metylowym – tuż przy polskiej granicy!

Wybierasz się do naszych południowych sąsiadów, a może masz masz możliwość w Polsce kupić czeski alkohol? Uważaj! Czeski absynt z alkoholem metylowym… tuż przy polskiej granicy!

54128ef1d6b9f_gd

Na stronach internetowych Służby Celnej Republiki Czeskiej ukazała się informacja dotycząca przeprowadzonej kontroli na terenie zakładów w miejscowości Bystrzyca – leżącej tuż przy polskiej granicy, ok. 10 km. od Cieszyna. Podczas kontroli ujawniono 500 butelek alkoholu o nazwie Absinth, który zawierał w swoim składzie niebezpieczny dla zdrowia i życia konsumentów alkohol metylowy. Producentem zakwestionowanego alkoholu jest firma VAPA DRINK s.r.o. Mają zieloną etykietę z wyraźnym czerwonym napisem: ABSINTH 60%. Celnicy na razie nie wiedzą, ile skażonego absyntu znajduje się w punktach sprzedaży.

W związku z powyższym Główny Inspektor Sanitarny ponownie przypomina, że spożywanie alkoholu niewiadomego pochodzenia, nawet w butelkach łudząco przypominających oryginalne produkty, może powodować poważny uszczerbek na zdrowiu a nawet śmierć.

Dawka alkoholu metylowego zagrażająca uszkodzeniem nerwu wzrokowego wynosi od 4 do 15 ml. Dawka śmiertelna, minimalna to tylko 30 ml. W pierwszych godzinach od wypicia alkoholu metylowego objawy są takie same jak po wypiciu alkoholu spożywczego – pobudzenie, wesołkowatość, wzmożona aktywność fizyczna i psychiczna. Po kilku godzinach od zatrucia (czas wystąpienia objawów zależy od wypitej ilości metanolu) dochodzi do senności, śpiączki i głębokich zaburzeń świadomości (utrata przytomności, bez możliwości dobudzenia). Dochodzi do zaburzeń oddychania, oddech jest przyśpieszony, głęboki. Występują nudności, wymioty i bóle brzucha. Następują: spadek ciśnienia tętniczego i przyspieszenie czynności serca oraz zaburzenia widzenia (czasem występujące z opóźnieniem) do całkowitej nieodwracalnej (najczęściej) ślepoty.

Bohumin tak blisko, a tak daleko jednocześnie

Pierwszy o 2.12 rusza Chopin, który przez Ostrawę mknie do Wiednia. Polonią dojedziemy aż pod włoską granicę do Villach, gdzie odbywają się konkursy Pucharu Świata w skokach narciarskich. Ostatni odchodzi Excelsior. O 23.22 przez Pragę jedzie do czeskiego Cheba, miasta niedaleko niemieckiej granicy. W ciągu doby odchodzi stąd 100 połączeń, bo dzięki swemu strategicznemu położeniu Bohumin (Bogumin) jest dziś ważnym europejskim węzłem kolejowym. Można stąd wyruszyć w wiele kierunków, tylko nie do Raciborza.

Nádraží_Bohumín

Kolej jest atutem tego miasta już od połowy XIX wieku. Pierwszy pociąg przyjechał tu z Lipnika nad Beczwą w 1847 roku. Za sprawą Kolei Wilhelma z Bohumina przez Racibórz i Koźle można było dotrzeć do Berlina, a oddana do użytku w 1872 roku Kolej Koszycko-Bogumińska łączyła miasto z Koszycami. Prawdziwą perełką architektury jest też tutejszy dworzec. Przebudowany na początku XX wieku w stylu neorenesansowym jest zaliczany obecnie do najładniejszych tego typu obiektów w Czechach.  Jego gruntowna modernizacja, która pochłonęła 2,6 mld koron czeskich zakończyła się dziewięć lat temu. Dziś z czterech peronów stacji odjeżdżają pociągi do Austrii, Słowacji, Polski i na Węgry. Radegast jeździ do Brna, Slovakią dostaniemy się do Koszyc, Varsowią do Budapesztu, a Chopin zawiezie nas do Wiednia. Kursują tu też pociągi do Polski (Silesia do Krakowa, Sobieski do Warszawy). Cztery razy dziennie (o 4.11, 5.11, 6.11 i 7.11) z Bohumina odjeżdża Pendolino, który trasę do Pragi pokonuje w 3 godziny 16 minut.

(…)

Zabytkowy dworzec jest dostosowany do potrzeb nawet najbardziej wymagających podróżnych. Znajdziemy tu informację (od poniedziałku do niedzieli otwarta w godzinach: 5.30 – 10.40, 11.10 – 14.30, 15.00 – 18.20), dwie poczekalnie, całodobowe kasy biletowe, w których możemy płacić kartami, w koronach lub euro (międzynarodowa i obsługująca połączenia lokalne) i czynne na okrągło bary. Informacje o przyjazdach i odjazdach pociągów wyświetlane są na nowoczesnych elektronicznych tablicach, można też skorzystać z klasycznych rozkładów jazdy.

Podziemnym przejściem dostaję się na trzeci peron, skąd ma odjechać pociąg do Warszawy.  Na każdym kroku widzę pracowników, którzy dbają o czystość dworca. Zbierają śmieci i pety, bo tu nikt nie przejmuje się obowiązującym zakazem palenia papierosów.

Wśród oczekujących na peronie spotykam polską obsługę pociągu, która zastępuje w Bohuminie czeską. W pociągu, który jedzie do Warszawy z Villach pracują do granicy z Czechami również Austriacy. – Pociągi mamy teraz lepsze, ale podróżni są wredniejsi – podsumowuje konduktor Tomasz Kozłowski, który z koleją jest związany od 20 lat.

Pierwszy raz w Bohuminie jest Josef Pekar, który ze Słowacji jedzie do dziewczyny do Łodzi. W podróży spędzi 10 godzin, ale czego nie robi się dla miłości? – Polki są najładniejsze – mówi z przekonaniem – i lepsze od Słowaczek! Kupiłem bilet miesięczny za 60 euro, mam nadzieję, że często będę z niego korzystał – dodaje.

Justyna Barkmanova jest Polką, która od lat mieszka z mężem Czechem w Pradze. Na wakacje przyjeżdża co roku do babci, która mieszka w Kielcach. – Podróż z małymi dziećmi nie jest już dziś takim wyzwaniem jak kiedyś. Wagony są klimatyzowane, a obsługa przynosi dzieciom zabawki i puzzle, żeby szybciej minął im czas. Korzystam też z tego, że dzieci do szóstego roku życia jeżdżą w Czechach za darmo – tłumaczy pani Justyna, która dba o to, by Łucja i Kuba mówili też po polsku – Ja znam trzy języki, bo uczę się angielskiego – mówi Łucja i po chwili namysłu dodaje: cztery, bo jeszcze słowacki!

To jedynie fragment tekstu z portalu noviny.pl. Autorem tekstu jest Katarzyna Gruchot. Cały tekst dostępny TUTAJ

Najsmutniejszy fragment tekstu:

W kasie międzynarodowej sprawdzam ceny biletów do wybranych miast. Za przejazd z Bohumina do Wiednia trzeba zapłacić 958 KC, do Pragi 315 KC, Krakowa 638 KC a Warszawy 1226 KC. Najdroższy jest bilet do austriackiego Villach, za który trzeba zapłacić 2246 koron. Najsmutniejsze jest jednak to, że nawet mając pieniądze, z Bohumina nie dotrzemy pociągiem do Chałupek, czy Raciborza.  Przewozy Regionalne deklarują, że 14 grudnia tego roku ma zostać uruchomione połączenie międzynarodowe na trasie Wrocław Główny – Bohumin (przez Kędzierzyn-Koźle, Kuźnię Raciborską i Rybnik).

Rowerem po Czechach? Tak, ale tylko sprawnym

Rowerem po Czechach? Mnóstwo Polaków przyjeżdża do nas na rowerach korzystając z nowych ścieżek rowerowych, ale ich wyposażenie często nie spełnia czeskich przepisów – informuje Dorota Havlikova, rzeczniczka Urzędu Miejskiego w Czeskim Cieszynie.

Otwarte niedawno nowe atrakcyjne trasy rowerowe (jak trasa nr 10 z Beskidów, przez Czeski Cieszyn do Kocobędza), ich bliskość oraz malownicze położenie zachęcają do rowerowych wycieczek po czeskiej stronie Olzy. W sezonie letnim w rejonie Czeskiego Cieszyna polskich rowerzystów bywa więcej niż Czechów. Ale nieznajomość przepisów może nas drogo kosztować. Ile? To zależy od wykroczenia. Za jazdę dziecka bez kasku rowerowego mandat wynosi do 2 tysięcy koron, czyli około 320 zł.

– Mandaty mogą być bardzo wysokie przede wszystkim w wypadku, gdyby rowerzysta był uczestnikiem kolizji. A za spowodowanie wypadku i uszczerbku na zdrowiu przez pijanego rowerzystę może być wymierzona nawet kara więzienia – przestrzega Havlikova, która nie ukrywa, że podczas akcji profilaktycznej skierowanej do rowerzystów, w czasie której czescy strażnicy miejscy zatrzymywali i wręczali odblaski oraz mapy rowerowe kierowcom jednośladów, wyszły na jaw braki w wyposażeniu polskich rowerzystów. Na co powinniśmy zwrócić uwagę i o czym powinniśmy pamiętać, wybierając się rowerem do naszych południowych sąsiadów, żeby nie narazić się na otrzymanie mandatu? Jest kilka takich rzeczy. Oto one:

1 KASK – u naszych południowych sąsiadów kask jest obowiązkowy dla wszystkich rowerzystów do 18. roku życia. I nie jest ważne czy jeździsz na rowerze górskim, corssowym czy leciwej damce. Kask musi być.
I to dobrze zapięty, czego wielu naszych rodaków nie zawsze przestrzega.

2 ODBLASKI – zgodnie z czeskim prawem każdy, ale to każdy, rower musi mieć oświetlenie z przodu oraz biały odblask, a z tyłu czerwone (dopuszczalne migające) oraz czerwone światło odblaskowe. Bez tego nawet się nie ruszajmy na szlak.

3 HAMULCE – niby to takie oczywiste, że nie jeździmy na rowerze, który nie ma sprawnych hamulców. Ale warto wiedzieć, że zgodnie z czeskim prawem każdy rower musi mieć – uwaga! – co najmniej dwa niezależne, skutecznie działające hamulce.

4 POD OPIEKĄ – to informacja szczególnie ważna dla rodziców, dziadków i innych opiekunów. W Czechach dzieci mające mniej niż 10 lat mogą jechać na rowerze tylko i wyłącznie w towarzystwie osoby starszej niż 15 lat. W foteliku można przewozić dziecko w wieku do 7 lat, ale może to zrobić tylko rowerzysta, który ma więcej niż 15 lat.

5 PRZYCZEPKI – u naszych południowych sąsaidów od 2012 roku można też przewozić dzieci w przyczepkach rowerowych, ale mogą to robić tylko pełnoletni (od 18 lat). W tym przypadku, podobnie jak w Polsce przyczepka musi być prawidłowo oznakowana – nie tylko w odblaski, ale i chorągiewkę.

6 ALKOHOL – zgodnie z czeskim prawem na rowerze nie można jeździć pod wpływem alkoholu. W Czechach niedozwolona jest jakakolwiek ilość alkoholu we krwi kierowcy samochodu czy roweru. Mandat za jazdę pod wpływem alkoholu waha się od 10 tys. do 20 tys. koron (poniżej promila alkoholu) oraz od 25 do 50 tys. koron powyżej jednego promila. Odmowa poddania się testowi na zawartość alkoholu we krwi podlega grzywnie w wysokości do 50 tys. koron.

7 TELEFON – warto także pamiętać, że w Czechach obowiązuje zakaz trzymania w ręku telefonu komórkowego podczas kierowania rowerem – dopuszczalne jest jedynie telefonowanie za pomocą zestawu hands-free.
53bff6631d01d_o
Ciekawe trasy rowerowe
Szlak Zamków nad Piotrówką to jedna z ciekawszych tras rowerowych na pograniczu polsko-czeskim.
Liczy około 24 kilometry. Zaczyna się w Kończycach Wielkich, kończy w Gołkowicach. Po drodze można zobaczyć wiele ciekawych zabytków w gminach Hażlach, Zerzydowice, Piotrowice koło Karwiny oraz Godów znajdujących się w znacznej części w dolinie rzeki Piotrówki. Np. stylowy pałac z przełomu XVII i XVIII wieku w Kończycach Wielkich, czy zameczek myśliwski z drugiej połowy XVIII wieku zbudowany w czeskiej Pierstnej. Trasa nie jest trudna, można ją przejechać także z dziećmi.

Drugą polecaną przez nas trasą jest tzw. Szlak Olzy.
Umożliwia on poznawanie rowerem najciekawszych miejsc położonych nad symboliczną dla regionu rzeką Olzą. Zaczyna się w Cieszynie, słynącym z takich zabytków jak XII-wieczna rotunda czy Studnia Trzech Braci, po czym wiedzie do Czeskiego Cieszyna, Kocobędza, gdzie można zobaczyć wieżę strzelniczą, Albrechcic, Karwiny z pięknym parkiem zdrojowym w stylu angielskim, Dziećmorowic i Lutyni Dolnej, gdzie można podziwiać zamek z końca XVI w. Trasa nie jest trudna, ale warto podzielić ją na dwa dni.

naszemiasto.pl

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑