Posiada ziemię jednocześnie w Czechach i Polsce

Cztery lata temu zainteresowałem się losem pana Lothara Wittka ze wsi Rudyszwałd, którego ziemia została przedzielona słupkami granicznymi. Mieszkaniec gminy Krzyżanowice posiadał działkę jednocześnie w dwóch krajach a o zmianę przebiegu granicy walczył od roku 1958 roku.

Czy ktoś z Was wie czy Panu Lotharowi udało się dopiąć swego i przesunąć granicę? Jedyne co wiem, to że Pan Lothar oddał gospodarstwo synowi, a sam wyprowadził się do Niemiec. Ze zdjęcia w Google Maps wnioskuję, że granica nie została ruszona ani o milimetr, za to na działce po polskiej stronie pojawił się nowy budynek mieszkalny. Gdybym miał możliwość swój dom wybudowałbym jednak po czeskiej stronie. Przeczytajcie długi, ale niezwykle ciekawy artykuł z Newsweeka, który obrazowo przedstawią batalię pana Wittka z aparatem państwowym.

Kwiaty z jednego drzewa

Newsweek, 13-05-2007

Choć dla Ślązaka spod Raciborza granica państwa to rzecz umowna – porządek musi być. Choćby po to, by legalnie chodzić na swoją łąkę przed domem.

Jakby policzyć, ile razy Wittek nielegalnie przekraczał granicę, to by się z grzywien nie wypłacił do końca życia. Ale jak ma Wittek nie łamać prawa, gdy linia graniczna Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Czeskiej biegnie zaraz za oknem. Na jego ojcowiźnie, a przecież trawę musi kosić. Praworządnie to powinien iść dookoła, za dom, na drogę, przejść biało-czerwony szlaban. I tamtędy, z kosą na ramieniu, wejść na swoją łąkę. Dlatego już przed osiemnastoma laty napisał do ministerstw rolnictwa, spraw wewnętrznych, zagranicznych i wszelakich, że prosi o zmianę południowej granicy na swoją korzyść, a zatem i na korzyść Polski. – No bo ordnung, porządek, musi być – mawia.

Wittek nie wiedział wtedy, że swoim pismem przyłączył się do sporu granicznego, który od pięćdziesięciu lat Polska próbuje rozstrzygnąć z Czechami. W 1958 roku w ramach powojennego prostowania granicy polskie terytorium powiększyło się o 837,46 hektara, a czeskie o 1205,90 – w tym o jedną trzecią hektara Wittka. Tę różnicę – 268 hektarów

– Polska próbuje odzyskać. Dwa miesiące temu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wysłało do czeskiej ambasady notę z pytaniem, kiedy będzie można poprzestawiać słupki graniczne. Nie ma odpowiedzi.

U Wittka w Rudyszwałdzie w powiecie raciborskim gra muzyka. Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum” – jesteśmy kwiatami z jednego drzewa. Wittek dostał płytę z Die Deutsche Stimme aus Ratibor, niemieckojęzycznej redakcji z Raciborza. Zawsze, podobnie jak jego ojciec i dziadek, czyli Opa, czuł się niemieckim kwiatem. I tak jest do dziś. W domu ma niemiecką flagę, na ścianie wisi przedwojenna mapa Śląska, prezent od ambasady. Nawet jodła srebrzysta, która stoi na baczność przed domem, jest niemieckiego pochodzenia. Wittek przywiózł ją z Bawarii.

Przez lata walki o zmianę granicy państwowej u Wittka były już cztery telewizje – polskie i niemieckie, gazety i radio. Polskie i niemieckie media – uważa Wittek

– pisały na ogół prawdę. Tylko czeskie gazety nazywały go „Świński sąsiad”, bo mu się powojenny porządek nie podoba. Wittek chce odszkodowania od Czechów, którzy przez lata robili na jego działce, co chcieli, np. urządzili wysypisko, uznając ją za własność państwową. W jednym z polskich pism ukazał się tytuł: „Niemiec walczy o ziemie dla Polski”. Chwytliwe.

Potem wszyscy go pytali: Jak to jest z panem, panie Wittek? To może z pana żaden Niemiec?

A on przecież jest Ślązakiem niemieckiego pochodzenia z krwi i kości od kilkudziesięciu pokoleń. Wittek to nazwisko. Imię – Lothar. Ale wszyscy się do niego zwracają „panie Wittku”, bo to bardziej po polsku. Za PRL urzędnicy chcieli na jego ojcu wymusić spolszczenie imion jego i jego siostry – Ingebor. Dali spokój, gdy stary Wittek znalazł w polskim kalendarzu rolniczym wzmiankę o niejakiej Ingeborze Zakrzewskiej – działaczce słusznej politycznie.

Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.
Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.

Lothar Wittek urodził się kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ojca zabrali na front, był saperem w Wehrmachcie. Trafił do niewoli, wrócił do domu przez Syberię. Wittkowie uciekli na Zachód, ale zaraz po wojnie cofnęli się na swoje. Tam nie było życia, Niemcy byli narodem przegranym, bez praw, rządzili Amerykanie. A tu nadal siedzieli sami swoi. I czekali na powrót Niemiec.

– Tak po cichu to i dziś wielu tutejszych Ślązaków chce, żeby tu były Niemcy – mówi Wittek. Ale nie mówi tego z zawziętością, dla niego to oczywiste.

Siedzieli tu przecież od wieków. Porządek byłby większy. A polski rząd, na przykład, nie potrafi poradzić sobie w sprawie jego granicy z małą Republiką Czeską. Przy Niemcu to by była krótka rozmowa.

Ale mówi to Wittek jednoosobowo. Bo Ślązacy unikają zbiorowego wyrażania poglądów. – My jesteśmy taki naród: możemy ciężko pracować, nawet pod polskim pręgierzem, ale nikt się nie wychyla z tym, co naprawdę myśli.

W Urzędzie Gminy w Krzyżanowicach wójt Leonard Fulneczek, autochton, powie mi potem, że nie powinienem się dziwić temu, co mówi Wittek. Skrytość i nieufność to cechy śląskiej duszy. Tego nauczyła ich historia. Zwłaszcza na tych terenach, na przedwojennym styku trzech granic: polskiej, czeskiej i niemieckiej.

Na pytanie, kim jesteś, odpowiadało się w zależności od tego, kto pytał.

Na szczęście młode pokolenie – cieszy się wójt – w dużym stopniu wyzbyło się tego historycznego myślenia. Jak były mistrzostwa świata w futbolu, to miejscowi się radowali, że mają trzy reprezentacje: niemiecką, polską i czeską. I kibicowali tej, która doszła najwyżej.

Ale samo pojęcie granicy było i jest tutaj trochę inne – granice istnieją ledwie 80 lat, tyle co trzy pokolenia. Wcześniej były tylko Prusy. Potem linia na mapie zmieniła się kilka razy, ale więzi rodzinne zawiązane przez pokolenia pozostały. Sam wójt ma krewnych w Haci po czeskiej stronie.

Granica w życiu tutejszych jest tylko administracyjną kreską. Gdy pod koniec II wojny światowej nadciągnęły wojska radzieckie, a w ich składzie polscy i czechosłowaccy żołnierze, Ślązacy mieli przygotowane trzy flagi: polską – biało-czerwoną, trójkolorową czechosłowacką i radziecką – czerwoną.

Wspominają o tym autochtoni w wydanej niedawno książce „Wojna, pokój, ludzie” Krzysztofa Stopy: „Na domach powiesiliśmy czeskie fany (flagi). Wtedy byliśmy pewni, że już należymy do Czech. Po kilku dniach jednak Rosjanie kazali nam te trójkolorowe flagi pościągać, bo jak nam powiedzieli, jesteśmy Polakami! Gdy wycofywali się Niemcy, z samolotów zrzucali ulotki, w których było napisane, iż zostaniemy przyłączeni do Polski, lecz tylko na 50 lat. Wszystko to było trudne do pojęcia – chcieli nas Czesi, zagarnęli Polacy, a jeszcze na dokładkę mamili Niemcy”

– to relacja urodzonej w 1917 r. w Owsiszczu J.L. Książka jest współczesna; strach autorki relacji, która podała tylko inicjały – taki sam jak dawniej.

Od wojny granica Polski i Czechosłowacji przebiegała kilkadziesiąt metrów od zabudowań Wittka. Po polskiej stronie stała chałupa Schwenznera. Ale w roku 1953 podjechała ciężarówka z polskimi żołnierzami. Zeskoczyli, popatrzyli na kartkę i według niej na oko wytyczyli słupki nowej granicy. I co, że na łące Wittków? Co mógł zrobić Ślązak niemieckiego pochodzenia na polskiej ziemi polskiemu żołnierzowi, który wygrał wojnę? Nic. Granica przesunęła się w stronę Wittków, tak że zabrała do Czech gospodarstwo Schwenznera i przechodziła w poprzek łąki Wittków.

A tych prześladowano przez lata za rzekomą kontrabandę. Po wojnie z Czechosłowacji szmuglowało się obuwie, drożdże, artykuły krawieckie, a w drugą stronę słoninę i spirytus. Ich dom był stale na celowniku. Ale ojciec Lothara szmuglem się brzydził. Już raz pooddychał syberyjskim powietrzem i wystarczyło na całe życie. Dlatego Lothar do kościoła chodził parę lat na bosaka, a w domu się nie przelewało.

Na początku, przez pięć lat, można jeszcze było normalnie uprawiać swoją działkę. Sąsiad Schwenzner jeździł do pracy w Raciborzu. Aż do 1958 r., kiedy ratyfikowano oficjalnie nowy, wytyczony palikami przebieg granicy. Pojawili się żołnierze i któregoś dnia Schwenznera do pracy już nie puścili. Od tej chwili był w Czechosłowacji. A Wittek, żeby dokosić 15 arów łąki, musiał jeździć po pozwolenie do Raciborza.

Czas był nadal prawie wojenny. Wittek opowiada: – Raz gęsi zapędziły się na czeski kawałek łąki. Oma (babcia – przyp. red.) za nimi pobiegła, a tu żołnierz z drogi zaczął strzelać. Padłaby trupem jak nic, ale fater ją zdążył powalić na ziemię. Przeżyli.

Gęsi też wyszły bez szwanku.

Żeby uprawiać działkę, trzeba było uzyskiwać zezwolenia sezonowe – od 15 kwietnia do 15 października. Pod szlaban przychodził żołnierz ze strażnicy w Chałupkach i do godziny 15 czy 17, jak żołnierz miał służbę, można było chodzić w tę i z powrotem. Jeszcze później chodziło się na dowody osobiste. Dopiero odkąd Polska jest w Unii Europejskiej, szlaban dla małego ruchu granicznego jest podniesiony całą dobę. Tylko ciągnikiem nie wjedziesz, trzeba prosić, żeby żołnierze otworzyli koziołki.

Dla Wittka te koziołki to ostatni symbol zniewolenia. Dlatego wciąż pisze, gdzie się da, żeby mu wreszcie granicę z działki zabrali. Napiszcie, zachęca Wittek, że to problem 400 rolników. Tylu mniej więcej Czechów i Polaków ma działki po obu stronach całej granicy. Tylko że oni nie mają aż takich problemów jak Lothar Wittek.

Rodzina Józefa Barcza z Nowej Wioski ma hektar ziemi po polskiej stronie i trzy hektary w Czechach. Granica przecięła mu działkę pod lasem. I tak musiał dojeżdżać do pola ciągnikiem. Wsiadał na traktor, jechał ulicą Leśną do końca Polski. Dalej była droga, na której stał szlaban. Jak chciał przejechać na czeską stronę, dzwonił do strażnicy, przyjeżdżali i otwierali. To przejście jednak zamknięto, bo Czesi zaczęli z Polski przerzucać węgiel. Teraz jeździ do sąsiedniego przejścia, ale i tak w sumie do pola ma może kilometr.

Wójt Fulneczek nie wierzy, że Czesi oddadzą Polsce te 268 hektarów. Żadne państwo chętnie tego nie robi. Fulneczek nie ma pojęcia, czy w jego gminie przybędzie terytorium. Po wojnie w Rudyszwałdzie czy Owsiszczu Polska dostała trochę więcej ziemi, z kolei w Bolesławiu były przesunięcia na korzyść Czechosłowacji. Zwrot w naturze to trudna sprawa, bo po czeskiej stronie są nieuregulowane sprawy własności. Najpierw były tam pegeery, potem oddano ziemię pracownikom, którzy zwykle jej nie uprawiali. Teraz wiele ziemi dzierżawią od nich Polacy. To, co na papierze, często nie zgadza się z życiem.

Choć spór o 268 hektarów trwa od 1958 roku, za PRL tą sprawą się nie zajmowano. Po sierpniu 1968 roku, kiedy Układ Warszawski najechał na Czechosłowację, odbieranie ziemi stało się jeszcze bardziej drażliwym tematem. Dopiero po 1989 roku zaczęto rozmowy trwające do dziś.

Sprawę poruszono po raz kolejny w lutym przy okazji wizyty w Polsce premiera Czech Mirka Topolanka. W marcu MSWiA wystosowało notę do czeskiej ambasady. Petr Kubera, rzecznik ambasady, tłumaczy, że sprawa jest trudna, bo mapy z 1958 r. są niedokładne – linie graniczne poprowadzono wtedy na mapie grubą kreską. A wiadomo, centymetr na papierze to czasem kilometr w rzeczywistości. Dlatego rzecznik prosi o cierpliwość.

A Lothar Wittek ma teraz dużo czasu. Gospodarstwo przekazał synowi. Sam grzeje się w słońcu i słucha, jak Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum”.

Reklamy

Dekrety Benesza to śmieci! – Niemcy naciskają na Czechów

Obradujący w Augsburgu Niemcy sudeccy ponownie domagają się od Pragi unieważnienia dekretów Benesza.

Wydane po wojnie rozporządzenie ówczesnego prezydenta Czech, Edwarda Benesza, nakazywało wygnanie Niemców oraz pozbawienie ich majątku.

Niemcy sudeccy oczekują na załadunek do bydlęcych wagonów
Niemcy sudeccy oczekują na załadunek do bydlęcych wagonów

Rzecznik ziomkostwa, polityk CSU Bernd Posselt domagał się w wystąpieniu, by rząd Czech wyraźnie zdystansował się od tamtych wydarzeń. Jak powiedział, „Czesi w końcu powinni zrzucić z siebie to straszne obciążenie”. Dekrety Benesza nazwał „śmieciami, których należy się pozbyć”.

Choć same dekrety nie były głównym tematem obrad w Augsburgu, na tę wypowiedź natychmiast zareagował premier Czech, Bohuslav Sobotka. Powiedział, że jego rząd nie widzi powodu, dla którego miałby w ogóle wracać do tej sprawy i rozpoczynać na ten temat jakąkolwiek debatę.
Urzędujący od stycznia czeski premier jednocześnie przypomniał czesko-niemieckie porozumienie podpisane w roku 1997.

– Nie ma podstaw, by przeszłość obciążała nasze doskonałe stosunki zarówno z Niemcami, jak i z samą Bawarią – dodał Bohuslav Sobotka.

Wynikiem wprowadzenia po wojnie w życie dekretów Benesza, wysiedlonych oraz wywłaszczonych zostało około 3 milionów Niemców mieszkających na terenie ówczesnej Czechosłowacji.

Niemieckie ziomkostwa przed przejęciem Czech i Polski do UE w 2004 roku szczególnie intensywnie podnosiły kwestię unieważnienia aktów prawnych, na podstawie których po zakończeniu II wojny światowej władze obu krajów pozbawiły majątku i wysiedliły Niemców. Władze czeskie obawiały się, że zakwestionowanie dekretów może stać się podstawą do roszczeń majątkowych.

Relacje między Czechami a Niemcami, a szczególnie Bawarią, gdzie większość Niemców sudeckich osiedliła się po wojnie, znacznie się ostatnio poprawiły. W lutym zeszłego roku ówczesny premier Czech Petr Neczas złożył uznaną za historyczną wizytę w Bawarii. Bawarski premier Horst Seehofer i Neczas ustalili wówczas, że spór o wysiedlenia nie będzie dłużej zatruwał wzajemnych stosunków. Premier Bawarii jest tradycyjnie patronem ziomkostwa Niemców sudeckich.

Czesi wstydzą się, że są Czechami

Przy okazji polskiego Święta Niepodległości, które bardziej dzieli Polaków niż łączy, przyjrzyjmy się temu jak wygląda zagadnienie dumy narodowej wśród naszych południowych sąsiadów.

ABC2d3536_vlajka

Ze swojego obywatelstwa jest dumnych jedynie 39 proc. Czechów. 42 proc. z nich nie wstydzi się swego pochodzenia, ale nie jest też z narodowości zadowolona. Każdy siódmy Czech wstydzi się swego pochodzenia. Te smutne dane przedstawiło Centrum Badania Opinii Publicznej (czes. CVVM). 

Gdyby można by wybrać kraj, w którym chce się zamieszkać 1/3 Czechów zmieniłaby swoją ojczyznę na inną ziemię. Za przynależność do czeskiego narodu wstydzi się 14 proc. Czechów, z czego 2 proc. wstydzi się bardzo. Dumni ze swojej ojczyzny są raczej osoby powyżej 60 roku życia o poglądach bardziej prawicowych oraz ci bardziej wykształceni. 

W porównaniu  z poprzednimi latami widać, że niezadowolonych przybywa. Maleje również liczba dumnych z ojczyzny Czechów. Podczas badania należało również odpowiedzieć, czy uważamy, że nasi rodacy mają podobne zdanie niż my. Okazało się, że 1/4 badanych uważa, że inni również wstydzą się swego pochodzenia. 

Chociaż Czesi nie są zadowoleni z tego, że są Czechami, Republika Czeska jako kraj do życia bardzo im się podoba. Na miejsce swego życia wybrałoby ją aż 65 proc. respondentów. Wśród wymienionych uczestników badania przeważają ci, w wieku powyżej 60 lat o lewicowych poglądach. Jeszcze w roku 2001 tych, którzy chcą mieszkać w Czechach było aż 80 procent. Grupą, która najbardziej się wstydzi swej ojczyzny jest grupa wiekowa 15 – 29 lat. Młodych razi czeska polityka i rosnące bezrobocie. 

Badanie przeprowadzono między 7 a 14 października na reprezentatywnej próbie 1039 Czechów. 

Źródło

Ostrawa wczoraj i dziś

Czytelnik Artur podesłał mi ciekawy link, w którym były umieszczone zdjęcia ostrawskich tramwajów w latach 1985-1986. Pomyślałem, że to świetna okazja, by dzięki tym zdjęciom przenieść się w czasie i zobaczyć jak wyglądała Ostrawa niespełna 30 lat temu. Pokusiłem się również odnaleźć pokazane miejsca w google-maps. Co prawda nie było technicznych możliwości by znaleźć się dokładnie w miejscu ujęcia, ale myślę, że nie będziecie zawiedzeni! Poniżej link do starych zdjęć Ostrawy. Jeśli macie aktualne bądź stare zdjęcia Ostrawy wyślijcie je do mnie. Miłego oglądania!

1. Ostrawa Poruba

Ostrava Poruba Vřesinská, 1985
Ostrava Poruba Vřesinská, 1985
Ostrava Poruba Vřesinská, 2013
Ostrava Poruba Vřesinská, 2013

2. Ostrawa Hlavní Nádraží

Hlavní Nádraží, Ostrawa 1985 rok.
Hlavní Nádraží, Ostrawa 1985 rok.

 

Hlavní Nádraží, Ostrawa 2013 rok
Hlavní Nádraží, Ostrawa 2013 rok

3. Ostrawa Nádraží Ostrava-Svinov

Nádraží Ostrava-Svinov 1985
Nádraží Ostrava-Svinov 1985

 

Nádraží Ostrava-Svinov, 2013
Nádraží Ostrava-Svinov, 2013

 

Nádraží Ostrava-Svinov 1985
Nádraží Ostrava-Svinov 1985

 

Nádraží Ostrava-Svinov 2013
Nádraží Ostrava-Svinov 2013

 

4. Ostrawa Dubina

Ostrava Dubina 1985 rok.
Ostrawa Dubina 1985 rok.
Ostrawa Dubina, 2013 rok.
Ostrawa Dubina, 2013 rok.

5. Ostrawa Vitkovice

Ostrawa Vitkowice, 1986
Ostrawa Vitkowice, 1986

 

Ostrawa Vitkovice, 2013
Ostrawa Vitkovice, 2013

LINK DO POZOSTAŁYCH ZDJĘĆ

 

Czechom już przestały smakować piwa smakowe – wymyślili Dzień Piwa

Zimne miesiące oraz powodzie – to główne przyczyny spadku sprzedaży piwa w Czechach w pierwszym półroczu tego roku. O dziwo, to co jeszcze niedawno było ogłoszone hitem, teraz stało się kulą u nogi czeskich browarów – owocowych piw nikt już pić nie chce. 

grafika

 

Gdy w maju pisałem wpis o tym, że piwne lemoniady hitem zdobyły serca Czechów, nie sądziłem, że już we wrześniu rynek przyniesie doniesienia o tym, że sprzedaż wspomnianego specyfiku spadnie aż o 40 procent. Ogólna sprzedaż również nieznacznie spadła, dlatego browary starają się zrekompensować sobie te straty i produkują piwo dla hipermarketów (sprzedawane na przykład dla Tesco jako Tesco Value).

Marzenia właścicieli browarów o tym, że w Czechach produkcja smakowego piwa sięgnie około 10 procent (jak w Niemczech czy Austrii) rozmyły się niczym koszmar po przebudzeniu.

Cięższe czasy nadeszły również dla właścicieli hospod i restauracji. Czesi już mniej chętnie kupują piwo w tego typu miejscach. Zamiast tego wolą kupić to tańsze z hipermarketu. Potwierdza to powyższa grafika.

Dzień Czeskiego Piwa

Jako że piwo w Republice Czeskiej to wręcz dobro narodowe, ponad 800 hospod i restauracji wpadło na pomysł, aby dzień 27 września ogłosić Dniem Czeskiego Piwa. Data nie jest przypadkowa i przypada w przeddzień obchodów Święta Wacława, patrona Czech.

Twórcy Dnia Czeskiego Piwa inspirowali się przede wszystkim obchodami święta Svatomartinského wina, które przyniosły sukces komercyjny. Nowa czeska tradycja czerpie również inspiracje od irlandzkiego Dnia św. Patryka. Za swój cel pomysłodawcy stawiają wzbudzenie w Czechach dumy za ich narodowy napój oraz przybliżenie historii piwa.

Więcej szczegółów na stronie: www.denceskehopiva.cz

Incydent jabłonkowski oraz atak Słowaków na Polskę 1 września 1939

Mało kto o tym wie, ale Czesi i Słowacy również odegrali ważne role przed i w trakcie działań zbrojnych adresowanych przeciwko Polsce we wrześniu 1939 roku.Za głównych agresorów we wrześniu 1939 r. uznaje się wyłącznie Niemców i ZSRR. Tymczasem w napaści na Polskę brali udział nasi południowi sąsiedzi – Słowacy. W wyniku słowackiej agresji Polska utraciła 0,1% swego terytorium w postaci północnej części Spisza i Orawy (770 km²) zamieszkanego przez 34 509 obywateli polskich.

Trzech agresorów: Tito, Stalin i Hitler
Trzech agresorów: Tito, Stalin i Hitler

1938 roku miejscowość Mosty koło Jabłonkowa, wraz z całym Zaolziem, została przyłączona do Polski. Pierwotny plan Adolfa Hitlera przewidywał jako termin napaści na Polskę godzinę 4:30 rano w dniu 26 sierpnia 1939 r. W noc poprzedzającą rozpoczęcie działań wojennych oddziały dywersyjne miały dokonać w nocy z 25 na 26 sierpnia napadu na stację kolejową Mosty koło Jabłonkowa i zająć tunel jabłonkowski do czasu nadejścia od strony Czadcy regularnych wojsk niemieckich.

Rozkaz Hitlera o przesunięciu terminu agresji na Polskę na 1 września nie dotarł na czas do dywersantów, którzy wieczorem wyruszyli już na akcję. Przechodząc górami dotarli do Mostów między godz. 3 a 4 nad ranem. Z pobliskiego wzgórza ostrzelali stację kolejową oraz stojącą obok willę kierownika polskiej szkoły, w której kwaterowali polscy saperzy, po czym opanowali dworzec. Po wzięciu do niewoli polskich robotników, udających się do huty w Trzyńcu, dywersanci nadaremnie czekali na nadejście wojsk niemieckich. Nie udało się im zawładnąć tunelem, który obsadzili zaalarmowani wystrzałami Polacy. Nie zdobyli tak naprawdę nawet samej stacji kolejowej: telefonistka z nieodkrytej przez dywersantów łącznicy, mieszczącej się w podziemiach stacji, zdołała zawiadomić o wszystkim polskie dowództwo. Gdy nad ranem dywersanci nawiązali łączność ze sztabem niemieckiej 7. Dywizji Piechoty w Żylinie i zostali poinformowani o zaistniałej sytuacji, zdecydowali się opuścić stację.

Agresja słowacka na Polskę rozpoczęła się zgodnie z planem Hitlera – 1 września o godzinie 8:00 bez uprzedniego aktu wypowiedzenia wojny. Głównymi kierunkami operacyjnymi Armii Słowackiej były: Zakopane-Bukowina-Jurgów, Piwniczna-Nowy Sącz-Grybów-Tylicz oraz Komańcza-Sanok-Lesko-Cisna.

W ciągu dwóch dni Słowakom wspieranym m.in. przez niemieckie oddziały udało się zająć m.in.: Niedzicę, Dunajec, Harklową, Czorsztyn, Krościenko i Nową Białą. Do 9 września 1. Dywizja „Jánošik” opanowała ponadto Zakopane i Jaworzynę Spiską, po czym skierowała się w stronę Nowego Targu. Na kierunku tym miała nacierać początkowo 2. Dywizja oraz Grupa Szybka, jednakże wskutek zmiany planów operacyjnych ze strony niemieckiej, zaniechano dalszych ataków. 3. Dywizja zajęła tereny Polski na głębokość 60-90 km. 17 września, w dniu agresji radzieckiej, lotnictwo słowackie wspierane przez Luftwaffe dokonało nalotów na główne arterie komunikacyjne i większe miasta. Walki z Polakami trwały do 23 września, kiedy to wydano rozkaz o demobilizacji armii słowackiej.

Dlaczego Słowacja napadła na Polskę? W marcu 1939 r, Czechosłowacja utraciła niepodległość w wyniku śmiałych żądań Hitlera, chcącego za wszelką cenę otoczyć Polskę od południa. Z zaistniałej sytuacji skorzystał ksiądz Józef Tiso, polityk związany ze Słowacką Partią Ludową. Chcąc u boku Hitlera stworzyć niezależne od Czechów państwo słowackie, stanął na czele rządu proklamowanej przez siebie Republiki Słowackiej.

Hitler miał chronić integralność nowego państwa pod warunkiem zerwania kontaktów dyplomatycznych z Polską i współdziałania militarnego wojsk słowackich w agresji na Polskę. Słowacka armia o kryptonimie „Bernolak” licząca 51 tys. żołnierzy, miała osłaniać wschodnie skrzydło 14. Armii niemieckiej dowodzonej przez gen. Wilhelma Lista.

Oficjalnym powodem włączenia się Republik Słowackiej w wojnę z Polską były rzekomo uzasadnione obawy przed planowanym przez stronę polską podziałem terytorium Słowacji między Polskę i Węgry (były to tylko pogłoski) oraz chęć przyłączenia do nowo powstałego państwa terenów spornych – Jaworzyny Spiskiej (zatarg trwał od 1924 r.).

 Więcej: geneza ataku Słowaków na Polskę, Incydent jabłonkowski

Małych browarów przybywa jak grzybów po deszczu

Każdego miesiąca na czeskiej mapie pojawiają się dwa, trzy nowe małe browary. W sumie jest ich na chwilę obecną około 250. Gdy giganci dominujący na rynku ogłaszają zastój w sprzedaży piwa, małe browary przeżywają rozkwit.

497415

Według właściciela browaru Bernard Stanislava Bernarda, Czechy przegoniły już Niemcy jeśli chodzi o ilość małych browarów w przeliczeniu na liczbę mieszkańców. Bo żeby warzyć piwo wcale nie potrzeba dużo miejsca. Świadczy o tym na przykład historia minibrowaru w Třebonicích. Jego właściciel David Staněk zapewnia, że udaje mu się produkować piwo na 16 metrach kwadratowych garażu i części kuchni.

Jeszcze kilka lat temu próbował warzyć piwo w jednej kadzi, do dziś z jego browaru wyszło już 48 różnych gatunków piw. Każda butelka tego złocistego trunku wyszła spod jego ręki – Pan David nie zatrudnia bowiem żadnego pracownika. Cały zapas piwa zostaje sprzedany w hospodzie którą prowadzi. W cały swój interes zainwestował do tej pory pół miliona koron.

Niestety w dobie rozkwitu małych browarów okazało się, że miejsc do przygotowywania piwa jest więcej niż wykwalifikowanych piwowarów. Dlatego trzeba uważać na każde nowe miejsce: czasami niestety nie uda się nam dostać wybornego regionalnego piwa, ale jego nędzną podróbkę.

W ostatnim czasie fenomenem stał się tzw.: „latający browar”. Do jego założenia wystarczy jedynie pozwolenie. Gdy papierkowa robota jest już załatwiona, inny działający browar po prostu przenosi swoje siły przerobowe do nowego miejsca, a zyskiem dzielmy się po połowie. W Czechach w chwili pisania tekstu były trzy takie „latające browary”. 

Zdroj: CT24.cz

Praska wiosna – relacja z pierwszej ręki

19 sierpnia 1968 roku na Kremlu została podjęta decyzja w sprawie siłowego stłumienia „praskiej wiosny”, zatwierdzona przez przywódców Układu Warszawskiego. Tamte wydarzenia do tej pory w Rosji oględnie nazywane są „interwencją”, podczas gry w Czechach i na Słowacji – nie inaczej, jak tylko okupacją. Ale… „sami Czesi, którzy zobaczyli czołgi na ulicach Pragi 21 sierpnia, w ogóle nie czuli się okupowani w dosłownym sensie tego słowa” – twierdzi świadek wydarzeń z 1968 roku, ekonomista Wladlen Kriwoszejew. W sierpniu 1968 roku przebywał on w Pradze jako korespondent gazety Izwiestija.

proc

W nocy z 20 na 21 sierpnia siedzieliśmy we trzech w naszym punkcie korespondenckim – ja, zastępca redaktora naczelnego „Rudé právo“ Zdeněk Hoření oraz tłumacz języka rosyjskiego Semion Biller. Mówiliśmy o zagrożeniu wprowadzenia wojsk. Twierdziłem, że to absurd. Semion mówił, że jestem naiwny. W środku nocy musiałem dosłownie wypędzić przyjaciół, ponieważ miałem jeszcze skończyć artykuł o wykonywaniu radzieckich zleceń w czechosłowackich zakładach. Jak tylko zabrałem się do pracy, dzwoni do mnie Hoření: „Wladlenie, słuchaj, wasi już tu są“. Powiedziałem: „Przestań już się wygłupiać!“. Dzwoni ponownie: „Posłuchaj, jaki tu hałas“. Otwieram okna, na niebie słyszać szum: co 30 sekund w kierunku lotniska Ruzyně lecą Iły. Dzwonię do korespondenta w Warszawie. W praskiej centrali telefonicznej zamiast zwykłego kobiecego głosu odpowiada męski: „Brak połączenia“, dzwonię do Budapesztu, do kolegi Bori Rodionowa, słyszę tę samą odpowiedź: „Brak połączenia“.

Włączam radio i nagle słyszę zaniepokojony głos spikera Radia Praga: „Wszyscy, którzy nie śpią, niech obudzą tych, którzy śpią. Ważne doniesienie rządowe. Łamiąc układ sojuszniczy wojska ZSRR oraz Układu Warszawskiego prezekroczyły granicę Czechosłowacji…“. Rano następnego dnia przed oknem punktu koresponednckiego zobaczyłem czołg. Stał na torach tramwajowych. Pomyślałem sobie: „I po co było stawiać go na torach“. Na ulicach zbierali się mieszkańcy Pragi i gwałtownie wyrażali swoje oburzenie. Jednak na początku myśl o okupacji nie przyszła im do głowy. Radzieckim żołnierzom, którzy co jakiś czas wyglądali z czołgów, w których najwyraźniej było nieznośnie gorąco tego sierpniowego dnia, mieszkańcy próbowali wyjaśnić: tutaj toczy się pokojowe życie, po co przejechaliście? Też rozmawiałem z naszymi czołgistami. Byłem wstrząśnięty. Jeden uważał, że jest w Niemczech. Drugi powiedział, że przybyli bronić Czechów przed nazistami, którzy tuż-tuż mogą zająć Czechosłowację. Jednym słowem, powtarzali propagandowe brednie. W oczach naszych chłopców było jednak widać zdziwienie. Zobaczyli piękne miasto, dobrze ubranych ludzi, pólki sklepowe wypełnione towarami i produktami, których w Związku Radzieckim wówczas nie było….

Operacja wojskowa pod kryptonimem „Dunaj”, rozpoczęta w dniach 20 i 21 sierpnia 1968 roku przy udziale wojsk pięciu krajów sygnatariuszy Układu Warszawskiego, jak wiadomo, zakończyła się stłumieniem „Praskiej wiosny” i krachem wszystkich nadziei na zreformowanie społeczeństwa socjalistycznego. Nadzieje na to mieli nie tylko Czesi i Słowacy, lecz także wielu obywateli innych krajów.

Wkroczenie wojsk Układu Warszawskiego na teren Czechosłowacji ostatecznie zniweczyło owoce praskiej wiosny. Ponownie zaostrzono cenzurę, rozwiązano szereg niezależnych organizacji. Brutalnie stłumiono demonstracje w pierwszą rocznice okupacji w sierpniu 1969 r., do których doszło m.in. w Pradze, Brnie i Libercu. 22 sierpnia 1969 r. Zgromadzenie Narodowe uchwaliło akty prawne o „środkach doraźnych koniecznych dla umocnienia i ochrony porządku publicznego”, które stały się narzędziem tłumienia opozycji. W wyniku czystek tysiące ludzi wyrzucano z pracy, wielu emigrowało, niektórzy działacze zostali uwięzieni. Społeczeństwo wycofało się w sferę życia prywatnego i pogrążyło się w politycznym letargu, który trwał przez kolejne 20 lat aż do aksamitnej rewolucji w 1989 r.

Źródła: wikipedia.org, polish.ruvr.ru

Pierwszy w Czechach pastafarianin

Lukáš Nový, młody informatyk z Brna, pozostałby zapewne jednym z miliardów anonimowych mieszkańców globu, gdyby nie jego wyznanie. Dokładniej zaś specyficzny „wymóg religijny”, z powodu którego na zdjęciu w wydanym właśnie dowodzie osobistym Czech ma na głowie… durszlak.

5252559-643-452

Nový jest bowiem pierwszym za naszą południową granicą uznanym oficjalnie przez państwo pastafarianinem. Ten termin – będący zlepkiem słowa rastafarianin i włoskiego wyrazu pasta, czyli makaron – oznacza wyznawcę Latającego Potwora Spaghetti. Kościół Potwora Spaghetti powstał w Stanach Zjednoczonych. Religioznawcy zaliczają to wyznanie do joke religions, czyli parodii religijnych. Przedstawiciele Kościoła Potwora oburzają się jednak na takie stawianie sprawy. Na znak swojego wyznania noszą zaś na głowach durszlaki.

 Słyszałem o tym, ale to wyjątkowo rzadki przypadek – mówi portalowi Ceskapozice.cz Pavel Žára, rzecznik prasowy urzędu miasta w Brnie. To właśnie ten czeski serwis jako pierwszy poinformował o wydaniu Novemu nietypowego dokumentu tożsamości. Na stronie Ceskapozice.cz można też ten dowód zobaczyć.

Žára wyjaśnił, że choć faktycznie sprawa jest nietypowa, urząd, który reprezentuje, nie zrobił nic nadzwyczajnego. Zastosował bowiem jedynie obowiązujące w Czechach przepisy prawa, a te mówią, że każdy obywatel, który z powodów religijnych lub zdrowotnych zmuszony jest stale nosić nakrycie głowy, może mieć w dowodzie tożsamości zdjęcie w tym nakryciu, o ile nie rzuca ono cienia na twarz.

Dowód wydany właśnie Novemu jest tymczasowym dokumentem, jaki wyrabia się w przypadku utraty lub kradzieży oryginału. – Zdjęcie z durszlakiem na głowie zrobiono mi na miejscu. Powiedziałem po prostu, że to nakrycie głowy mam z powodów religijnych, ale o to, do jakiego Kościoła należę, już nikt mnie nie pytał – powiedział Novy portalowi. – Wyznanie to w XXI wieku sprawa prywatna – dodaje z szelmowskim uśmiechem (jak relacjonuje Ceskapozice.cz).

Lukáš Nový to pierwszy uznany przez państwo czeskie pastafarianin, ale nie pierwszy oficjalny wyznawca Latającego Potwora Spaghetti w Europie Środkowej. W 2011 roku Austriak Niko Alm wyrobił sobie prawo jazdy ze zdjęciem, na którym również miał na głowie cedzak do makaronu. O to, by mieć taką fotografię, austriacki pastafarianin musiał się jednak starać trzy lata. Początkowo urzędnicy odrzucili jego wniosek i Alm dochodził swoich praw przed sądem.

Kiedy doczekamy się pierwszego polskiego pastafarianina, który będzie się mógł pochwalić dowodem osobistym z wyjątkową fotografią? Chyba nieprędko. W marcu tego rokuminister administracji Michał Boni odmówił bowiem wpisania do oficjalnego rejestru Kościołów i innych związków wyznaniowych Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Stwierdził, że ten Kościół nie został stworzony w celu wyznawania i szerzenia wiary religijnej. Wnioskodawcy zapowiedzieli odwołanie od tej decyzji oraz wniesienie wielu skarg, m.in. do Naczelnego Sądu Administracyjnego i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

W materiale, jaki przygotował portal Ceskapozice.cz, jest też polski akcent. To cytat z posła Ruchu Palikota Armanda Ryfińskiego, który stwierdził po prostu: Pastafarianie walczą z dominacją Kościoła katolickiego.

Źródła: dziennik.pl, ceskapozice.cz

BBC kręci dokument o Cieszynie

BBC (brytyjska telewizja publiczna) skończyła dzisiaj zdjęcia do filmu dokumentalnego o podziale Cieszyna. Profesor David Reynolds, historyk, który wpadł na pomysł realizacji przedsięwzięcia na pograniczu polsko-czeskim, uzasadnia nam wybór takiej właśnie lokalizacji.

IMG_7688

Dlaczego BBC zainteresowało się Cieszynem?
– Przede wszystkim dlatego, że wiąże się z dziwną, zawiłą historią. Spór o przynależność terytorialną doprowadziły tu do podziału miasta. Od tego momentu jednolity dotąd organizm rozwijał się jako dwa graniczne miasta, przedzielone rzeką Olzą. To niesamowite i bardzo ciekawe.

To był Pana pomysł. Skąd zna Pan Cieszyn?
– Wszystko rozpoczęło się od przeczytania książki o I Wojnie Światowej i jej konsekwencjach, wydarzeniach w Paryżu. Napotkałem tam fragment o historii i podziale Cieszyna. Wydawało mi się to wtedy tak niezwykle szalone, zwłaszcza jeśli chodzi o zwykłych, mieszkających na tym terenie ludzi. Pomyślałem wtedy, że muszę odnaleźć to miejsce. I tak oto przyjechaliśmy i zrobiliśmy zdjęcia.

Jaki jest cel przedstawienia historii dwóch Cieszynów w Wielkiej Brytanii?
– Chciałbym pokazać, jak decyzje władz wyższych wpływają na życie ludzi „zwykłych”. Film jest próbą wyjaśnienia Brytyjczykom, jak trudne było to, w jaki sposób poradzić sobie z pytaniem o narodowość, przezwyciężyć wszelkie komplikacje, jak żyć w miastach, w których czegoś zabrakło.

Jaką formę będzie miał film?
– Jest to dokument historyczny. Powstały już dwa. Trzecia część pokazuje konsekwencje I Wojny Światowej. Pierwszy film opowiada o narodowościach, skupiamy się na napięciach, o tym, co się działo i o konsekwencjach wojny. To jest dłuższa historia, która nie skupia się tylko na latach 1919-1920. Chcemy pokazać to, jak ludzie sobie poradzili, jak wygląda to obecnie.

Czy to pierwszy film BBC o Cieszynie i Czeskim Cieszynie?
– Dla BBC na pewno tak. Mam nadzieję, że spotka się z zainteresowaniem, na pewno będzie nietypowy i ciekawy dla widzów.

Kiedy będziemy mogli doczekać się końca realizacji?
– Wykonaliśmy wszystkie zdjęcia. Kończymy pracę w terenie. Teraz pozostaje nam praca z materiałem. Myślę, że w przyszłym roku zakończymy realizację. Wszystko jednak zależy od BBC.

Czy będziemy mogli zobaczyć film w Polsce i Czechach?
– To pytanie bardziej skierowane jest do dystrybutorów BBC, ale mam nadzieję, że film będzie można zobaczyć w wielu państwach, nie tylko w Wielkiej Brytanii.

Pomijając już kwestie historyczne, co myśli Pan o Cieszynie i Czeskim Cieszynie?
– Jestem tu po raz pierwszy. Cieszyn jest ekscytujący, ciekawy, piękny. Te miasta żyją historią. Byłem wczoraj na Wieży Piastowskiej. Widok, jaki widziałem jest niesamowity. Jako historyk mogłem poczuć coś niezwykłego.

Ekipa BBC gościła w Cieszynie i Czeskim Cieszynie od środy. Odwiedziła m.in. Wzgórze Zamkowe, Muzeum Śląska Cieszyńskiego, Rynek w Cieszynie oraz Czeskim Cieszynie, Most Przyjaźni, dworzec kolejowy w Czeskim Cieszynie. Dokument dla brytyjskiego nadawcy publicznego BBC 2, a jego premiera odbędzie się prawdopodobnie w przyszłym roku, w setną rocznicę wybuchu I Wojny Światowej. Odcinek poświęcony Cieszynowi oraz Czeskiemu Cieszynowi będzie częścią trzyodcinkowego cyklu dokumentalnego o nazwie „The Long Shadow”. Skupia się on na szerszym kontekście I Wojny Światowej, jej przyczynach, skutki i aspektach historycznych. Dokument przygotowuje wybitny brytyjski historyk David Reynolds, który wykłada na Uniwersytecie w Cambridge. Dla BBC stworzył już 9 filmów dokumentalnych, poruszających tematykę XX wieku. Najważniejsze to World War Two: 1941 and the Man of Steel i World War Two: 1942 and Hitler’s Soft Underbelly.

Tekst i zdjęcia: gazetacodzienna.pl

Wszystkim Czechofilom polecam podróż do Cieszyna. W tym miejscu naprawdę czuć historię. Więcej o wycieczce do Cieszyna TUTAJ

Tajemnicza stacja praskiego metra

Praskie metro skrywa wielką tajemnicę – istnieje stacja o której mało kto wie. Jedno jest natomiast pewne – nikt nie ma do niej wstępu. Wszystko co tajemnicze budzi jednak ciekawość. Czechofil sprawdza dla Was. co się kryje za żelazną bramą na Klárově.

Wnętrze stacji w roku 2000
Wnętrze stacji w roku 2000

Był 2002 rok, powódź w Pradze. Niektóre stacje metra zostają zalane. Między innymi i ta, o której istnieniu mało kto wiedział. Powstało pytanie: co robią służby porządkowe za żelaznymi wrotami, co się tam znajduje?

Stacja była budowana w latach 1952-1959. Żeby robotnikom nikt nie zaglądał na budowę, przestały nawet kursować tramwaje między Klarovem a Mostem Czecha. Zaczęto się zastanawiać czy budowano wtedy prawdziwą stację praskiego metra czy był to kamuflaż do czegoś zupełnie innego. Żelazna brama znajduje się wszak naprzeciwko Strakově akademii, siedziby władzy, która w latach 70-tych służyła obronie cywilnej. Co się za bramą skrywa?

Z długiego holu rozpościera się widok na tunele i korytarz, który sklepieniem przypomina dzisiejszą stację metra Kobyliska. Niestety tunele są ślepe, ale ich budowa mogła wskazywać na to, że miały tędy jeździć składy metra. Dzisiaj obiekt ten służy jako centrum techniczne praskiego metra.

 Budowla przypomina stację metra, jednak budowana była w czasach, gdy nawet nie istniała koncepcja praskiego metra – powiedział kierownik archiwum metra Pavel Fojtík.

Smaczku tej historii dodaje fakt, że cała dokumentacja danego obiektu jest ściśle strzeżona w praskich archiwach.

Wejście do stacji metra w  ulicy U Bruských
Wejście do stacji metra w ulicy U Bruských

Więcej TUTAJ

 

 

U ostatnich Niemców sudeckich

Mimo przesiedleń po II wojnie światowej, w zachodniej części kraju przetrwała silna wspólnota niemieckojęzyczna. Dziś jej kultura powoli zamiera. Ale ci, którzy tam jeszcze są, patrzą na te kilkadziesiąt lat współżycia z Czechami bez cienia goryczy i żalu.

Pavel Schreiber
Pavel Schreiber

Na 3 mln ludności jedynie około 150 tys. czeskich Niemców uniknęło po wojnie przesiedlenia. Większość z nich to byli niezbędni do pracy robotnicy, bez których zbankrutowałyby znacjonalizowane położone przy granicy fabryki. Wśród tych, którzy zostali byli również rolnicy – oni nie mogli być przesiedleni, ponieważ Niemcy, kraj kompletnie zniszczony, nie był w stanie przyjąć do siebie wszystkich.

Powrót do roku 1948. Przegrody z drutów kolczastych na granicach zaczęły dzielić Zachód i Wschód. Zakończył się okres przesiedleń. Wydawać by się mogło, że rodzina Berthy Růžičkovej nigdy nie opuści Czechosłowacji. Widziała, jak wyjechała połowa jej sąsiadów. Niemców została zaledwie niewielka mniejszość w Czechosłowacji, odtąd etniczne homogenicznej.

„Wszyscy wyjechali i zostaliśmy tu sami. Przyzwyczailiśmy się do życia razem i nagle nastała cisza”, mówi Bertha, przypominając sobie epokę, gdy z dnia na dzień, zaczęła przynależeć do narodowej mniejszości. „To uczucie bycia obcym u siebie było okropne. Już nic więcej nie należało do nas”.

Ale niegdysiejsi mieszkańcy Rudaw i nowi przybysze, pochodzący z centrum kraju, przestali nagle być jedni dla drugich obcymi. Warto również dodać, że przyczynił się do tego także rozkwit historii miłosnych, które ignorują przecież granice narodowe. „Mój mąż mówił po czesku, a ja mu odpowiadałam po niemiecku. Nie bardzo pojmowaliśmy to, co do siebie mówimy, ale, aby się zrozumieć, niepotrzebne nam były słowa. To dopiero dużo później nauczyłam się od niego czeskiego”, mówi, śmiejąc się, Bertha Růžičková.

CAŁOŚĆ TUTAJ

Czechy przepraszają Niemców za skutki II wojny światowej

Za wypędzenia i przymusowe wysiedlenia Niemców sudeckich z Czechosłowacji po II wojnie światowej przeprosił „byłych współobywateli” premier Czech Petr Neczas. Kancelaria ustępującego prezydenta Vaclava Klausa uznała, że przeprosiny te są „szokujące” – podaje „Gazeta Wyborcza”.

sudeci

 

Strona czeska żałuje, że zarówno w wyniku powojennych wygnań, jak i przymusowych wysiedleń sudeckich Niemców z ówczesnej Czechosłowacji, wywłaszczania i odbierania obywatelstwa przyczyniono się do wielu cierpień i krzywd niewinnych ludzi, także biorąc pod uwagę zbiorowy charakter przypisywania winy – powiedział Neczas w czasie wizyty w Monachium (premier Czech przemawiał w bawarskim parlamencie). Neczas zwrócił się do Niemców słowami: „Drodzy rodacy i byli współobywatele”. Neczas podkreślił też, że niemieckojęzyczni obywatele Czech wnieśli swój wkład w „gospodarczy i kulturalny rozwój czeskich terenów w całej ich historii”.

Premier Czech zaznaczył jednocześnie, że „czasu nie da się cofnąć” w związku z czym Niemcy nie mogą liczyć na zwrot majątków na terenie Czech, które odebrano im po wojnie decyzją władz komunistycznych.

Słowa premiera wywołały oburzenie czeskich komunistów, którzy zażądali natychmiastowej dymisji szefa rządu. Z kolei Kancelaria Prezydenta ostrzegła, że słowa Neczasa mogą „otworzyć drzwi na roszczenia majątkowe sudeckich Niemców”.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑