Idealna książka do piwa- Spieniona historia Europy

„Spieniona historia Europy” autorstwa Rissanen Mika i Tahvanainen Juhato to 24 historie o wydarzeniach historycznych lub zjawiskach, na które wpływ miało piwo lub browary. Czytaj dalej „Idealna książka do piwa- Spieniona historia Europy”

Reklamy

Choinki na patyku, palenie czarownic i święto zakochanych, czyli majówka po czesku

Od 4 lat w okolicach polskiego długiego weekendu majowego jeżdżę do Trzebonia na festiwal animacji Anifilm i zawsze zastanawiało mnie czemu na rynku stoi coś przypominającego choinkę umieszczoną na szczycie wysokiego pala. Czytaj dalej „Choinki na patyku, palenie czarownic i święto zakochanych, czyli majówka po czesku”

Święto Niepodległości przy kieliszku morawskiego wina

Poranek 11 listopada. W Warszawie za kilka godzin narodowcy chwycą za flagi, bluzy z symbolami Polski Walczącej, z motywem wilków i żołnierzy wyklętych. Przejdą ulicami stolicy głośno krzycząc i puszczając race. W wieczornym serwisie informacyjnym pewnie znów będzie o zamieszkach z policją… Nuda, co roku jest tak samo…
A może by tak przy okazji Święta Odzyskania Niepodległości przez Polskę poświętować trochę radośniej? Przecież mimo wszystko, jest co świętować.

Jest ku temu okazja, bo 11 listopada w Czechach świętuje się Dzień Świętego Marcina, patrona winiarzy. Chciałam napisać, że Czechofile z Warszawy mają wybór miejsc, w których mogliby posmakować tradycyjnej czeskiej gęsiny i młodego morawskiego wina, ale… żadna z tutejszych restauracji nie wykorzystała okazji, żeby wykazać się znajomością czeskiej tradycji. Jedynie Czeska Piviarnia obiecała na tę okoliczność otworzyć beczkę svatomartinského piva, więc mamy coś na pocieszenie.

Może w przyszłym roku restauratorzy coś nam zaproponują, a jeśli nie, to pozostaje tylko wycieczka za czeską granicę, bo naprawdę warto!

O tradycji
Według legendy Święty Marcin przybywa co roku na białym koniu, co oznacza, że rozpoczynają się opady śniegu (co widać za oknem). Na szczęście Czesi przykry moment nadejścia zimy potrafią sobie umilić przy młodym winie i pieczonej gęsi.

Tradycja świętomarcińska pojawiła się w XVIII wieku, kiedy to za panowania cesarza Józefa II, 11 listopada właściciele winnic chodzili do swoich winiarzy aby spróbować nowego wina i zdecydować, czy przedłużać z nimi umowę na kolejny rok.

Dokładnie o godzinie 11:00 w całych Czechach, otwarte zostaną pierwsze butelki tegorocznego wina. Potem rozpocznie się tradycyjne biesiadowanie. Koncerty, wydarzenia, atrakcje kulinarne i degustacyjne na św. Marcina przygotowywane są w całych Czechach.
gesina-na-swietego-marcinaA skąd gęsina? Legenda mówi, że święty Marcin był rzymskim żołnierzem. Po przyjęciu wiary chrześcijańskiej został misjonarzem, a następnie biskupem. Podczas wygłaszania kazania biskupowi Marcinowi przeszkadzały gęsi, dlatego nakazał je zabić. Szkoda, żeby tak dobre mięso się zmarnowało, więc swoją karę odbyły piekąc się w brytfannach. Dziś to tradycyjne sezonowe danie oferuje każda dobra restauracja. Zazwyczaj gęś podawana jest z czerwoną duszoną kapustą, jesiennymi jabłkami oraz knedlikiem czy delikatnymi ziemniaczanymi kluseczkami.

Więcej o czeskiej tradycji na stronie Czech tourism

Kino na Granicy w drodze. Przystanek Warszawa | 12.10.16 w kinie Wisła o 18:00

Serdecznie zapraszamy na specjalne wydarzenie filmowe pod hasłem “Kino na Granicy w Drodze”. W programie przedpremierowa projekcja filmów “Ja, Olga Hepnarová”, “Opieka domowa” oraz miniwykład Jacka Dziduszko o nowym kinie czeskim.

Kino Wisła
12 października, godz. 18:00
Wstęp na pojedynczy seans: 15 zł
Karnet* na dwa filmy: 25 zł

“Głównym celem imprezy jest promocja, wspieranie i prezentacja najbardziej wartościowych zjawisk i tendencji w polskim i czeskim kinie. Dlatego też zabieramy w podróż ze sobą bardzo dobre filmy, które odniosły spory sukces od momentu premiery i cieszyły się ogromnym zainteresowaniem publiczności 18. edycji Kina na Granicy. Poprzez wizytę w większych polskich i czeskich miastach chcemy także poszerzyć grono odbiorców Kina na Granicy i zaprosić ich do wizyty w Cieszynie i w Czeskim Cieszynie” – wyjaśniają organizatorzy “Kina na Granicy w Drodze”.

O FILMACH:

Ja, Olga Hepnarová

reż. P. Kazda, T. Weinreb, 2016 (105’), godz. 18.00
Historia, która wstrząsnęła Czechosłowacja w latach 70-tych, a obecnie jest niemal zupełnie zapomniana. Olga Hepnarová zasłynęła tym, ze wjechała ciężarówka w pełen ludzi przystanek tramwajowy. W trakcie policyjnych przesłuchań utrzymywała, że swego czynu dokonała z premedytacja. Zycie zbrodniarki ukazane zostało w sposób pozbawiony tabloidowej ekscytacji i psychologicznych uproszczeń. Niejednoznaczność filmu znakomicie potęguje kreacja Michaliny Olszańskiej.

_____
Opieka domowa
reż. S. Horák, 2015 (92’), godz. 20.30

To ciepły dramat, historia pielęgniarki środowiskowej Vlasty, której niestraszni najbardziej marudni pacjenci. Nieoczekiwanie musi ona wejść w skórę swoich podopiecznych i stoczyć kolejną, jeszcze trudniejsza walkę z losem. Taki film mogli zrobić tylko Czesi. Przejmujący, trudny temat jest w nim podany z dystansem, gorycz przełamuje humor, a bezpretensjonalni bohaterowie wzbudzają sympatie mimo swoich wad. W rolach głównych Bolek Polívka i nagrodzona w Karlowych Warach Alena Mihulova.

Gorąco zapraszamy!

Miniwykład o kinie czeskim przed projekcją pierwszego tytułu wygłosi Jacek Dziduszko – dziennikarz filmowy, animator kultury, kurator Czeskich Śród. Gościem spotkania będzie też Jolanta Dygoś – założycielka i wieloletnia dyrektorka Kina na Granicy, przeglądu, który od 18 lat odbywa się w polskim i czeskim Cieszynie.

Po projekcjach zapraszamy tradycyjnie na zniżkowe piwo do Czeskiej Piwiarni (ul. Popiełuszki 19/21, pawilony przy metrze Marymont, 2. piętro)

Do zobaczenia w kinie!

Przedpremierowy pokaz „Zagubionych” Petra Zelenki 14 września o 20:30 w kinie Wisła

We wrześniu zapraszamy na kolejne, cieszące się niezmiernym zainteresowaniem spotkanie z z cyklu CZESKIE ŚRODY w kinie Wisła. 14 IX o godz. 20:30 zaprezentujemy „Zagubionych”, pierwszy od ośmiu lat film wielokrotnie nagradzanego i znanego w Polsce reżysera Petra Zelenki („Rok diabła”, „Guzikowcy”, „Bracia Karamazow”). Pokaz będzie polską przedpremierą – film wchodzi na ekrany kin dopiero 14 października. Czytaj dalej „Przedpremierowy pokaz „Zagubionych” Petra Zelenki 14 września o 20:30 w kinie Wisła”

Cudowna książka i piękny film- „Śmierć pięknych saren” w kinie Wisła 13.04 o 21:00

Książkę Oty Pavla, a potem film w reż. Karela Kachyňy widziałam już wiele lat temu, ale myślę, że to jedno z najważniejszych dzieł, jakie wydał kiedykolwiek czeski twórca.

Nie wiem czemu tak jest, ale książka Pavla wprowadza czytelnika w niezwykły nastrój- może tak właśnie można zdefiniować czeską „pohodę”- taki spokój, zadumę.

c59bmierc487-pic499knych-saren-2

Dzięki Czeskim Środom w kinie Wisła, możemy film obejrzeć na dużym ekranie już 13 kwietnia o 21:00.

O FILMIE:
Film oparty na autobiograficznym opowiadaniu Oty Pavela przedstawiający losy żydowsko – czeskiej rodziny z Pragi przed i w czasie okupacji niemieckiej. Głowa rodziny Popperów – ojciec staje się najlepszym sprzedawcą odkurzaczy w Europie. Jest on tragikomicznym antybohaterem traktującym życie jak wielkie wyzwanie. Jego życie składające się z ciepła rodzinnego, łowienia ryb i sąsiedzkich spotkań zmienia się diametralnie, gdy przychodzi mu chronić swoich synów mających pójść do transportu.
BILETY w cenie 14 zł.

Prelekcję przed filmem wygłosi Jacek Dziduszko, filmoznawca, animator kultury.

Po spotkaniu zapraszamy na piwo w zniżkowych cenach za okazaniem biletu do Czeskiej Piviarni na Marymoncie
(ul. Popiełuszki 19/21, piętro 1, pawilon 21)

Partnerzy cyklu: Ach jo kulturo! Czeskie Centrum w Warszawie, Czeskie Centrum W Warszawie,Jestem Czechofilem, Czeska Piviarnia

Wysiedleni Niemcy rezygnują z roszczeń

Ziomkostwo Niemców sudeckich wysiedlonych po 1945 roku z Czechosłowacji zmieniło w niedzielę na zjeździe w Monachium statut organizacji. Niemcy zrezygnowali z roszczeń do zwrotu majątków znajdujących się w ich dawnej ojczyźnie.

Czechosłowaccy Niemcy entuzjastycznie powitali wojska Hitlera w 1938 r.
Czechosłowaccy Niemcy entuzjastycznie powitali wojska Hitlera w 1938 r.

Ze statutu wykreślono postulat dążenia do zwrotu skonfiskowanego po wojnie przez władze czechosłowackie majątku, co było dotąd jednym z celów ziomkostwa. Zrezygnowano ponadto z roszczeń do „odzyskania ojczyzny” i zrealizowania „prawa do samostanowienia” Niemców sudeckich.

Zmiany w statucie oznaczają radykalny zwrot w polityce Niemców sudeckich. Jeszcze rok temu ziomkostwo domagało się unieważnienia przez Republikę Czeską dekretów wydanych po wojnie przez ówczesnego prezydenta Edvarda Benesza w celu wywłaszczenia i wysiedlenia Niemców.

Na podstawie dekretów Benesza w latach 1946-48 przymusowo wysiedlono i wywłaszczono 3 mln sudeckich Niemców oraz 70 tys. Węgrów. Większość wysiedlonych Niemców osiedliła się w graniczącej z Czechami Bawarii.

Czeski minister spraw zagranicznych Lubomir Zaoralek przywitał z zadowoleniem decyzję ziomkostwa. – To nie jest zaskoczenie – to jest warunek poprawy relacji – powiedział Zaoralek cytowany przez „Spiegel online”.

Niemieckie ziomkostwa, przed przyjęciem Czech i Polski do UE w 2004 roku, szczególnie intensywnie podnosiły kwestię unieważnienia aktów prawnych, na podstawie których po zakończeniu II wojny światowej władze obu krajów pozbawiły majątku i wysiedliły Niemców. Władze czeskie obawiały się, że zakwestionowanie dekretów może stać się podstawą do roszczeń majątkowych.

Relacje między Czechami a Niemcami, a szczególnie Bawarią, w minionych latach znacznie się poprawiły. W lutym 2013 roku ówczesny premier Czech Petr Neczas złożył, uznaną za historyczną, wizytę w Bawarii. Bawarski premier Horst Seehofer i Neczas ustalili wówczas, że spór o wysiedlenia nie będzie dłużej zatruwał wzajemnych stosunków. Premier Bawarii jest tradycyjnie patronem ziomkostwa Niemców sudeckich.

Czechy oddadzą swe terytorium Polakom

Obietnice stały się faktem: po wielu latach dyskusji między rządami obu państw Czechy w końcu przekazały stronie polskiej propozycje terenów, które zwrócą nam w ramach powojennej wymiany terytoriów. Strona czeska wiele razy oferowała północnemu sąsiadowi ekwiwalent pieniężny, Polacy jednak kategorycznie odmawiali.

VOT2363e8_Hranice

Sporne 386 hektarów (wielkość 90 Placów Wacława) zostanie przekazane Polakom. Sporządzono tajną listę terenów, które mogą znaleźć się na terytorium państwa polskiego. Na chwilę obecną spekuluje się o terenach miasta Krnov (poprosimy od razu fabrykę Kofoli!), okolic Frydlandu czy też o Vidnavě na Jesenicku. Burmistrz Vidnavy potwierdza, że jakiś czas temu rząd Czech wytywował pewne tereny w tej gminie.

W latach 50-tych poprzedniego stulecia tak wytyczano granice między państwami, aby dało się je lepiej upilnować. Po wszystkim okazało się, że Czesi dłużą Polakom 386 hektarów terenów. Po raz ostatni terytorium Republiki Czeskiej zmieniło się osiemnaście lat temu, gdy Czechy i Słowacy wymieniły się osadami Sidonie oraz U Sabotů.

Tereny przekazywane teraz Polsce przez Czechów muszą być własnością państwa oraz muszą przylegać do polskiej granicy. Większość burmistrzów jednak ma spore niechęci. Mieszkańcy Frydlandu boją się, że na tereny przekazane Polsce zostanie przesunięta kopalnia węgla bruntanego Turów w Bogatyni, a tym samym nastąpi degradacja tamtejszych terenów.

Burmistrz Javorníku ani myśli oddawać swe tereny Polakom: Wytypowany teren owszem należy do Republiki Czeskiej, ale został objęty również długoletnim planem zagospodarowania przestrzennego, według którego ma zostać terenem rekreacyjnym służącym miejscowej ludności – stwierdza starostka Javorníku Irena Karešová.

Plany na sporny fragment ma również gmina Mikulovice, na którym chce stawiać zabudowę jednorodzinną. Osada Bílá Voda również nie jest z pomysłu przekazania swych terenów zadowolona. Gminy uzbroiły te tereny w kanalizację, pociągnęły tam prąd, a teraz rząd chce je tak po prostu przekazać Polakom – argumentuje burmistrz Vidnavy Eva Pavličíková.

Burmistrz Bílé Vody Miroslav Kocián stwierdza, że jednej krzywdy nie należy leczyć drugą krzywdą. Na spornych terenach przez dziesiątki lat pracują rolnicy, którzy dzięki płodom tych ziem żywią siebie i swoją rodzinę. Oddanie tych terenów to będzie ogromna niesprawiedliwość. Kocián dodaje, że tego typu sytuacja świadczy jedynie o nieporadności czeskiego rządu. 

25 lat po Aksamitnej Rewolucji Czesi i Słowacy nie mają czego świętować

Aksamitna Rewolucja z 1989 roku nie spełniła oczekiwań Czechów i Słowaków. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez agencję Median, przeprowadzonych na zlecenie Czeskiej Telewizji oraz Radia i Telewizji Słowacji.

25lat

Zawiedzionych jest 54 procent Czechów i aż 70 procent Słowaków. Nie zostały spełnione ich oczekiwania w sprawach socjalnych, likwidacji bezrobocia, a także z obniżającego się poziomu życia.

Ludzie są zawiedzeni przede wszystkim dlatego, że ich wyobrażenia w listopadzie 1989 roku, po upadku komunizmu, nie zostały potwierdzone przez skutki transformacji ekonomicznej. Ponadto z jakości demokracji zadowolonych jest tylko 20 procent Czechów i zaledwie 17 procent Słowaków.

Najbardziej zadowolonymi ludźmi w obu krajach są młodzi ludzie z wyższym wykształceniem. Badania przeprowadzono na początku listopada na próbie około tysiąca osób w każdym z krajów.


Aksamitna rewolucja – to określenie wydarzeń roku 1989 w Czechosłowacji, które doprowadziły do obalenia systemu komunistycznego oraz elit sprawujących władzę, a także transformacji ustrojowej, która niedługo później nastąpiła, pozwalając Czechosłowacji wstąpić na drogę demokracji parlamentarnej. Aksamitna rewolucja stała się początkiem demokratycznych przemian społecznych, które rozpoczęły drogę państw Europy Środkowo-Wschodniej do pełnej integracji z Europą Zachodnią. Doprowadzono do delegalizacji Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Transformacja polityczna w Czechosłowacji przyspieszyła również przemiany w Rumunii oraz Bułgarii.

Głównym powodem wybuchu aksamitnej „rewolucji” były podobne wydarzenia w innych państwach Europy Środkowo-Wschodniej. W Polsce już przeprowadzono częściowo wolne wybory, władze komunistyczne ustąpiły również w NRD i na Węgrzech. Wiadomo było wtedy, że wybuch rewolucji w Czechosłowacji jest tylko kwestią czasu. Dodatkowo przez cały kraj, od końca 1988 roku, zaczęły przetaczać się demonstracje coraz bardziej uderzające w rozpadający się system komunistyczny.


Na budynku Muzeum Narodowego na placu Wacława w Pradze, w miejscu, gdzie już od stuleci rozgrywają się najważniejsze wydarzenia czeskiej historii, z okazji 25. rocznicy aksamitnej rewolucji wisi olbrzymia fotografia legendarnego prezydenta z napisem: „Václav Havel na zawsze”. Z tej samej okazji jego następcy Václav Klaus oraz aktualny prezydent Milosz Zeman starają się wymazać ze spuścizny po Havlu i aksamitnej rewolucji to, co najważniejsze, czyli wsparcie dla praw człowieka, demokracji i czeskiego członkostwa w UE i NATO. Spór idzie o system wartości współczesnych Czech. Przeciwnicy Havla go wygrywają. Czeskie społeczeństwo nie godzi się na tego typu słowa.

25l3

17 listopada 2014 roku czyli dokładnie 25 lat po pamiętnych wydarzeniach tysiące Czechów wyszło na ulicę protestować przeciwko słowom prezydenta. „25 lat po listopadzie ’89 idea praw człowieka w naszym kraju jest rozdrabniana i pomijana. Przysięgali na konstytucję, ale dziś pokątnie i oszukańczo niszczą jej podstawę. W ten sposób sprawiają, że sens wolnego państwa czeskiego staje się pusty” – czytamy w dokumencie podpisanym przez setkę osobistości. „Nacisk, jaki po aksamitnej rewolucji kładł na przestrzeganie praw człowieka w stosunkach międzynarodowych prezydent Václav Havel, rozumieliśmy jako poprawne historycznie wykorzystanie naszych własnych doświadczeń związanych z uciskającym nas reżimem” – piszą byli dysydenci. Dodają, że w niebezpieczeństwie jest nie tylko kierunek czeskiej polityki zagranicznej, ale i demokratyczny rozwój kraju. „Osobistą odpowiedzialność za to ponoszą Vaclav Klaus i Milosz Zeman”.

25l2

Więcej: idnes.cz, idnes.cz – ’89, źródła: gazeta.pl, money.pl

Škoda Felicia skończyła właśnie 20 lat

Felicia jest jedną z najbardziej znanych modeli czeskiego producenta. Pierwszy egzemplarz z linii produkcyjnej zjechał dokładnie 17 października 1994 roku. Po raz pierwszy została zaprezentowana publicznie dziewięć dni później. Był to pokaz niezwykły.

havel-skoda

Zwykły słoneczny dzień, jak zresztą każdy inny w roku 1994. Václav Havel zajmował się sprawą lasów amazońskich a przewodniczący socjaldemokratów Miloš Zeman wprowadzał zamęt w rządzie. Tego dnia rzesza Czechów dosłownie forsowała przejście graniczne w Cieszynie, by móc z pełnymi torbami wrócić do Republiki Czeskiej. Nikt nie sądził, że za chwilę zaprezentowana zostanie legenda czeskiej motoryzacji.

Trzy pierwsze modele Felicii zostały ubrane w narodowe barwy. Z wielkimi honorami i przy asyście możnych tych czasów przejechały Wełtawę Mostem Karola. Ta w kolorze czerwonym pośpiesznie pędziła na Hradczany by oddać swój pokłon głowie państwa. Havel bez żadnego skrępowania wsiadł za kierownicę, odpalił silnik i bez zwłoki pognał za róg pałacu prezydenckiego. Pisały o tym wszystkie gazety. Havlową klatkę piersiową rozpierała duma: było to takie super rodzinne autíčko dla warstw średnich. Miał nadzieję, że każda czeska rodzina będzie wkrótce przemierzała piękne zakątki Republiki Czeskiej na pokładzie Škodovky.

skoda2

Nie wspomniał o tym, że Felicja była dobrem dość luksusowym: przeciętny Czech nie wydając na życie ani halerza mógł kupić sobie to auto w przeciągu 31 miesięcy. Dla porównania gdybyśmy chcieli kupić ten model dzisiaj wystarczy nie jeść i nie opłacać rachunków przez osiem miesięcy.

Rodzina Ondráčkových z Havlíčkova Brodu miała wielkie szczęście. Z racji tego iż pani domu urodziła czworaczki, dostała w podzięce od narodu czeskiego klucze do Felicji zupełnie za darmo. 

Škoda Felicia była pierwszym modelem wybudowanym już po przejęciu koncernu przez Volkswagena. Przerobienie Favorita na Felicię – taki był zamysł inżynierów. Prace nad „nowym rodzinnym samochodem” trwały od roku 1991. Z pierwotnych Favoritów powstało 300 sztuk Felicii, kolejnych 2 700 powstało już od zera.

Felicia jako pierwszy samochód rodziny Škoda zaoferowała dwie poduszki powietrzne, ABS oraz klimatyzację.

Produkcja Felicii zakończyła się 20 czerwca 2001 roku. Jej następczynią stała się ulubiona przez Polaków Škoda Fabia. Do tej pory Felicię spotkać można na licznych bazarach czy motogiełdach. Często pełniła w rodzinie ważną rolę, dlatego stan poszczególnych egzemplarzy jest unikatowy.

Felicia nie tylko stała się symbolem przemian i luksusu w Czechach, ale stała się również znakiem rozpoznawczym narodu czeskiego w postpeerelowskiej Polsce.

skoda3

Autor: czechofil.com

Posiada ziemię jednocześnie w Czechach i Polsce

Cztery lata temu zainteresowałem się losem pana Lothara Wittka ze wsi Rudyszwałd, którego ziemia została przedzielona słupkami granicznymi. Mieszkaniec gminy Krzyżanowice posiadał działkę jednocześnie w dwóch krajach a o zmianę przebiegu granicy walczył od roku 1958 roku.

Czy ktoś z Was wie czy Panu Lotharowi udało się dopiąć swego i przesunąć granicę? Jedyne co wiem, to że Pan Lothar oddał gospodarstwo synowi, a sam wyprowadził się do Niemiec. Ze zdjęcia w Google Maps wnioskuję, że granica nie została ruszona ani o milimetr, za to na działce po polskiej stronie pojawił się nowy budynek mieszkalny. Gdybym miał możliwość swój dom wybudowałbym jednak po czeskiej stronie. Przeczytajcie długi, ale niezwykle ciekawy artykuł z Newsweeka, który obrazowo przedstawią batalię pana Wittka z aparatem państwowym.

Kwiaty z jednego drzewa

Newsweek, 13-05-2007

Choć dla Ślązaka spod Raciborza granica państwa to rzecz umowna – porządek musi być. Choćby po to, by legalnie chodzić na swoją łąkę przed domem.

Jakby policzyć, ile razy Wittek nielegalnie przekraczał granicę, to by się z grzywien nie wypłacił do końca życia. Ale jak ma Wittek nie łamać prawa, gdy linia graniczna Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Czeskiej biegnie zaraz za oknem. Na jego ojcowiźnie, a przecież trawę musi kosić. Praworządnie to powinien iść dookoła, za dom, na drogę, przejść biało-czerwony szlaban. I tamtędy, z kosą na ramieniu, wejść na swoją łąkę. Dlatego już przed osiemnastoma laty napisał do ministerstw rolnictwa, spraw wewnętrznych, zagranicznych i wszelakich, że prosi o zmianę południowej granicy na swoją korzyść, a zatem i na korzyść Polski. – No bo ordnung, porządek, musi być – mawia.

Wittek nie wiedział wtedy, że swoim pismem przyłączył się do sporu granicznego, który od pięćdziesięciu lat Polska próbuje rozstrzygnąć z Czechami. W 1958 roku w ramach powojennego prostowania granicy polskie terytorium powiększyło się o 837,46 hektara, a czeskie o 1205,90 – w tym o jedną trzecią hektara Wittka. Tę różnicę – 268 hektarów

– Polska próbuje odzyskać. Dwa miesiące temu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wysłało do czeskiej ambasady notę z pytaniem, kiedy będzie można poprzestawiać słupki graniczne. Nie ma odpowiedzi.

U Wittka w Rudyszwałdzie w powiecie raciborskim gra muzyka. Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum” – jesteśmy kwiatami z jednego drzewa. Wittek dostał płytę z Die Deutsche Stimme aus Ratibor, niemieckojęzycznej redakcji z Raciborza. Zawsze, podobnie jak jego ojciec i dziadek, czyli Opa, czuł się niemieckim kwiatem. I tak jest do dziś. W domu ma niemiecką flagę, na ścianie wisi przedwojenna mapa Śląska, prezent od ambasady. Nawet jodła srebrzysta, która stoi na baczność przed domem, jest niemieckiego pochodzenia. Wittek przywiózł ją z Bawarii.

Przez lata walki o zmianę granicy państwowej u Wittka były już cztery telewizje – polskie i niemieckie, gazety i radio. Polskie i niemieckie media – uważa Wittek

– pisały na ogół prawdę. Tylko czeskie gazety nazywały go „Świński sąsiad”, bo mu się powojenny porządek nie podoba. Wittek chce odszkodowania od Czechów, którzy przez lata robili na jego działce, co chcieli, np. urządzili wysypisko, uznając ją za własność państwową. W jednym z polskich pism ukazał się tytuł: „Niemiec walczy o ziemie dla Polski”. Chwytliwe.

Potem wszyscy go pytali: Jak to jest z panem, panie Wittek? To może z pana żaden Niemiec?

A on przecież jest Ślązakiem niemieckiego pochodzenia z krwi i kości od kilkudziesięciu pokoleń. Wittek to nazwisko. Imię – Lothar. Ale wszyscy się do niego zwracają „panie Wittku”, bo to bardziej po polsku. Za PRL urzędnicy chcieli na jego ojcu wymusić spolszczenie imion jego i jego siostry – Ingebor. Dali spokój, gdy stary Wittek znalazł w polskim kalendarzu rolniczym wzmiankę o niejakiej Ingeborze Zakrzewskiej – działaczce słusznej politycznie.

Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.
Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.

Lothar Wittek urodził się kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ojca zabrali na front, był saperem w Wehrmachcie. Trafił do niewoli, wrócił do domu przez Syberię. Wittkowie uciekli na Zachód, ale zaraz po wojnie cofnęli się na swoje. Tam nie było życia, Niemcy byli narodem przegranym, bez praw, rządzili Amerykanie. A tu nadal siedzieli sami swoi. I czekali na powrót Niemiec.

– Tak po cichu to i dziś wielu tutejszych Ślązaków chce, żeby tu były Niemcy – mówi Wittek. Ale nie mówi tego z zawziętością, dla niego to oczywiste.

Siedzieli tu przecież od wieków. Porządek byłby większy. A polski rząd, na przykład, nie potrafi poradzić sobie w sprawie jego granicy z małą Republiką Czeską. Przy Niemcu to by była krótka rozmowa.

Ale mówi to Wittek jednoosobowo. Bo Ślązacy unikają zbiorowego wyrażania poglądów. – My jesteśmy taki naród: możemy ciężko pracować, nawet pod polskim pręgierzem, ale nikt się nie wychyla z tym, co naprawdę myśli.

W Urzędzie Gminy w Krzyżanowicach wójt Leonard Fulneczek, autochton, powie mi potem, że nie powinienem się dziwić temu, co mówi Wittek. Skrytość i nieufność to cechy śląskiej duszy. Tego nauczyła ich historia. Zwłaszcza na tych terenach, na przedwojennym styku trzech granic: polskiej, czeskiej i niemieckiej.

Na pytanie, kim jesteś, odpowiadało się w zależności od tego, kto pytał.

Na szczęście młode pokolenie – cieszy się wójt – w dużym stopniu wyzbyło się tego historycznego myślenia. Jak były mistrzostwa świata w futbolu, to miejscowi się radowali, że mają trzy reprezentacje: niemiecką, polską i czeską. I kibicowali tej, która doszła najwyżej.

Ale samo pojęcie granicy było i jest tutaj trochę inne – granice istnieją ledwie 80 lat, tyle co trzy pokolenia. Wcześniej były tylko Prusy. Potem linia na mapie zmieniła się kilka razy, ale więzi rodzinne zawiązane przez pokolenia pozostały. Sam wójt ma krewnych w Haci po czeskiej stronie.

Granica w życiu tutejszych jest tylko administracyjną kreską. Gdy pod koniec II wojny światowej nadciągnęły wojska radzieckie, a w ich składzie polscy i czechosłowaccy żołnierze, Ślązacy mieli przygotowane trzy flagi: polską – biało-czerwoną, trójkolorową czechosłowacką i radziecką – czerwoną.

Wspominają o tym autochtoni w wydanej niedawno książce „Wojna, pokój, ludzie” Krzysztofa Stopy: „Na domach powiesiliśmy czeskie fany (flagi). Wtedy byliśmy pewni, że już należymy do Czech. Po kilku dniach jednak Rosjanie kazali nam te trójkolorowe flagi pościągać, bo jak nam powiedzieli, jesteśmy Polakami! Gdy wycofywali się Niemcy, z samolotów zrzucali ulotki, w których było napisane, iż zostaniemy przyłączeni do Polski, lecz tylko na 50 lat. Wszystko to było trudne do pojęcia – chcieli nas Czesi, zagarnęli Polacy, a jeszcze na dokładkę mamili Niemcy”

– to relacja urodzonej w 1917 r. w Owsiszczu J.L. Książka jest współczesna; strach autorki relacji, która podała tylko inicjały – taki sam jak dawniej.

Od wojny granica Polski i Czechosłowacji przebiegała kilkadziesiąt metrów od zabudowań Wittka. Po polskiej stronie stała chałupa Schwenznera. Ale w roku 1953 podjechała ciężarówka z polskimi żołnierzami. Zeskoczyli, popatrzyli na kartkę i według niej na oko wytyczyli słupki nowej granicy. I co, że na łące Wittków? Co mógł zrobić Ślązak niemieckiego pochodzenia na polskiej ziemi polskiemu żołnierzowi, który wygrał wojnę? Nic. Granica przesunęła się w stronę Wittków, tak że zabrała do Czech gospodarstwo Schwenznera i przechodziła w poprzek łąki Wittków.

A tych prześladowano przez lata za rzekomą kontrabandę. Po wojnie z Czechosłowacji szmuglowało się obuwie, drożdże, artykuły krawieckie, a w drugą stronę słoninę i spirytus. Ich dom był stale na celowniku. Ale ojciec Lothara szmuglem się brzydził. Już raz pooddychał syberyjskim powietrzem i wystarczyło na całe życie. Dlatego Lothar do kościoła chodził parę lat na bosaka, a w domu się nie przelewało.

Na początku, przez pięć lat, można jeszcze było normalnie uprawiać swoją działkę. Sąsiad Schwenzner jeździł do pracy w Raciborzu. Aż do 1958 r., kiedy ratyfikowano oficjalnie nowy, wytyczony palikami przebieg granicy. Pojawili się żołnierze i któregoś dnia Schwenznera do pracy już nie puścili. Od tej chwili był w Czechosłowacji. A Wittek, żeby dokosić 15 arów łąki, musiał jeździć po pozwolenie do Raciborza.

Czas był nadal prawie wojenny. Wittek opowiada: – Raz gęsi zapędziły się na czeski kawałek łąki. Oma (babcia – przyp. red.) za nimi pobiegła, a tu żołnierz z drogi zaczął strzelać. Padłaby trupem jak nic, ale fater ją zdążył powalić na ziemię. Przeżyli.

Gęsi też wyszły bez szwanku.

Żeby uprawiać działkę, trzeba było uzyskiwać zezwolenia sezonowe – od 15 kwietnia do 15 października. Pod szlaban przychodził żołnierz ze strażnicy w Chałupkach i do godziny 15 czy 17, jak żołnierz miał służbę, można było chodzić w tę i z powrotem. Jeszcze później chodziło się na dowody osobiste. Dopiero odkąd Polska jest w Unii Europejskiej, szlaban dla małego ruchu granicznego jest podniesiony całą dobę. Tylko ciągnikiem nie wjedziesz, trzeba prosić, żeby żołnierze otworzyli koziołki.

Dla Wittka te koziołki to ostatni symbol zniewolenia. Dlatego wciąż pisze, gdzie się da, żeby mu wreszcie granicę z działki zabrali. Napiszcie, zachęca Wittek, że to problem 400 rolników. Tylu mniej więcej Czechów i Polaków ma działki po obu stronach całej granicy. Tylko że oni nie mają aż takich problemów jak Lothar Wittek.

Rodzina Józefa Barcza z Nowej Wioski ma hektar ziemi po polskiej stronie i trzy hektary w Czechach. Granica przecięła mu działkę pod lasem. I tak musiał dojeżdżać do pola ciągnikiem. Wsiadał na traktor, jechał ulicą Leśną do końca Polski. Dalej była droga, na której stał szlaban. Jak chciał przejechać na czeską stronę, dzwonił do strażnicy, przyjeżdżali i otwierali. To przejście jednak zamknięto, bo Czesi zaczęli z Polski przerzucać węgiel. Teraz jeździ do sąsiedniego przejścia, ale i tak w sumie do pola ma może kilometr.

Wójt Fulneczek nie wierzy, że Czesi oddadzą Polsce te 268 hektarów. Żadne państwo chętnie tego nie robi. Fulneczek nie ma pojęcia, czy w jego gminie przybędzie terytorium. Po wojnie w Rudyszwałdzie czy Owsiszczu Polska dostała trochę więcej ziemi, z kolei w Bolesławiu były przesunięcia na korzyść Czechosłowacji. Zwrot w naturze to trudna sprawa, bo po czeskiej stronie są nieuregulowane sprawy własności. Najpierw były tam pegeery, potem oddano ziemię pracownikom, którzy zwykle jej nie uprawiali. Teraz wiele ziemi dzierżawią od nich Polacy. To, co na papierze, często nie zgadza się z życiem.

Choć spór o 268 hektarów trwa od 1958 roku, za PRL tą sprawą się nie zajmowano. Po sierpniu 1968 roku, kiedy Układ Warszawski najechał na Czechosłowację, odbieranie ziemi stało się jeszcze bardziej drażliwym tematem. Dopiero po 1989 roku zaczęto rozmowy trwające do dziś.

Sprawę poruszono po raz kolejny w lutym przy okazji wizyty w Polsce premiera Czech Mirka Topolanka. W marcu MSWiA wystosowało notę do czeskiej ambasady. Petr Kubera, rzecznik ambasady, tłumaczy, że sprawa jest trudna, bo mapy z 1958 r. są niedokładne – linie graniczne poprowadzono wtedy na mapie grubą kreską. A wiadomo, centymetr na papierze to czasem kilometr w rzeczywistości. Dlatego rzecznik prosi o cierpliwość.

A Lothar Wittek ma teraz dużo czasu. Gospodarstwo przekazał synowi. Sam grzeje się w słońcu i słucha, jak Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum”.

Dekrety Benesza to śmieci! – Niemcy naciskają na Czechów

Obradujący w Augsburgu Niemcy sudeccy ponownie domagają się od Pragi unieważnienia dekretów Benesza.

Wydane po wojnie rozporządzenie ówczesnego prezydenta Czech, Edwarda Benesza, nakazywało wygnanie Niemców oraz pozbawienie ich majątku.

Niemcy sudeccy oczekują na załadunek do bydlęcych wagonów
Niemcy sudeccy oczekują na załadunek do bydlęcych wagonów

Rzecznik ziomkostwa, polityk CSU Bernd Posselt domagał się w wystąpieniu, by rząd Czech wyraźnie zdystansował się od tamtych wydarzeń. Jak powiedział, „Czesi w końcu powinni zrzucić z siebie to straszne obciążenie”. Dekrety Benesza nazwał „śmieciami, których należy się pozbyć”.

Choć same dekrety nie były głównym tematem obrad w Augsburgu, na tę wypowiedź natychmiast zareagował premier Czech, Bohuslav Sobotka. Powiedział, że jego rząd nie widzi powodu, dla którego miałby w ogóle wracać do tej sprawy i rozpoczynać na ten temat jakąkolwiek debatę.
Urzędujący od stycznia czeski premier jednocześnie przypomniał czesko-niemieckie porozumienie podpisane w roku 1997.

– Nie ma podstaw, by przeszłość obciążała nasze doskonałe stosunki zarówno z Niemcami, jak i z samą Bawarią – dodał Bohuslav Sobotka.

Wynikiem wprowadzenia po wojnie w życie dekretów Benesza, wysiedlonych oraz wywłaszczonych zostało około 3 milionów Niemców mieszkających na terenie ówczesnej Czechosłowacji.

Niemieckie ziomkostwa przed przejęciem Czech i Polski do UE w 2004 roku szczególnie intensywnie podnosiły kwestię unieważnienia aktów prawnych, na podstawie których po zakończeniu II wojny światowej władze obu krajów pozbawiły majątku i wysiedliły Niemców. Władze czeskie obawiały się, że zakwestionowanie dekretów może stać się podstawą do roszczeń majątkowych.

Relacje między Czechami a Niemcami, a szczególnie Bawarią, gdzie większość Niemców sudeckich osiedliła się po wojnie, znacznie się ostatnio poprawiły. W lutym zeszłego roku ówczesny premier Czech Petr Neczas złożył uznaną za historyczną wizytę w Bawarii. Bawarski premier Horst Seehofer i Neczas ustalili wówczas, że spór o wysiedlenia nie będzie dłużej zatruwał wzajemnych stosunków. Premier Bawarii jest tradycyjnie patronem ziomkostwa Niemców sudeckich.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑