Czesi palą na potęgę, najwięcej w Europie

W Czechach palacze stanowią ponad 40 proc. ludzi w wieku od 15 do 24 roku życia. Czechy to również ostatni kraj Unii Europejskiej, w którym palenie w lokalach jest całkowicie akceptowane.

koureni2

Chmury dymu papierosowego są nieodłączną częścią klimatu czeskich gospód i kawiarni. Miejscowi nie wyobrażają sobie, żeby mogło go zabraknąć w miejscach publicznych. To upodobanie znajduje odzwierciedlenie w konkretnych danych.

Autorzy raportu o stanie zdrowia społeczeństwa czeskiego, opracowanego przez Uniwersytet Karola w Pradze, pytali uczniów szkół podstawowych, czy palenie jest szkodliwe. Jedynie połowa z nich stwierdziła, że bardzo. Co więcej – praktycznie każdy z pytanych próbował palenia, zaś rekordziści mieli okazję zapalić swojego pierwszego papierosa w wieku dziewięciu lat.

Podobne informacje zebrali twórcy rocznego raportu ministerstwa zdrowia o stanie zdrowia obywateli. Zgodnie z ich ustaleniami popularność palenia wynika z kombinacji dwóch czynników – łatwiej dostępności papierosów oraz wielkiej tolerancji dla palenia tytoniu w czeskim prawie. Obecnie Czechy są jedynym krajem Unii Europejskiej, w którym nie tylko nie maleje liczba palących, ale wręcz rośnie. Alarmujący jest również fakt, że większość palaczy uzależnia się od nikotyny przed ukończeniem osiemnastego roku życia.

Jednak zakazu palenia w miejscach publicznych, a zwłaszcza w gospodach i restauracjach od wielu lat nie udaje się wprowadzić. – Miejmy nadzieję, że tym razem wreszcie się to uda – mówi Jirzi Jerzabek z ruchu Czechy Bez Dymu i zwraca uwagę, że dziś Czechy są jedynym krajem UE, w którym taki zakaz nie obowiązuje. – Wynika to z faktu, że mamy tu silne lobby tytoniowe- dodaje.

Palenie w restauracjach (Europa, 2014)
Palenie w restauracjach (Europa, 2014)

Intensywne próby walki z paleniem tytoniu prowadzone są praktycznie od 2006 roku. Jednak od tamtej pory udało się jedynie uchwalić zakaz palenia w szkołach, instytucjach opieki zdrowotnej i środkach komunikacji zbiorowej.

Całkowitemu zakazowi palenia w lokalach gastronomicznych sprzeciwiają się sami restauratorzy, którzy uważają, że sprawę tę powinien uregulować rynek, a nie odgórne przepisy. Jak mówi portalowi iDNES.cz Vaclav Starek ze stowarzyszenia hoteli i restauracji „Już dziś jest przecież 60 proc. restauracji, w których obowiązuje zakaz palenia tytoniu”.

Starek pomija jednak fakt, że dane te dotyczą jedyne największych miast – Pragi i Brna. Ze świecą można szukać tego typu lokali w innych, mniejszych miastach. Na przykład w Usti nad Łabą na sto restauracji zakaz palenia obowiązuje jedynie w pięciu.

hosp-4

W walce z tytoniowym nałogiem nie pomaga też postawa obecnego prezydenta republiki Milosza Zemana, który nie tylko bardzo często publicznie pali papierosy, ale też wyraża opinię, że w pewnych okolicznościach nie są one szkodliwe.

– Chciałbym państwu zwrócić uwagę, że zacząłem palić w wieku 27 lat, kiedy mój organizm był już całkowicie rozwinięty i tytoń nie był dla niego niebezpieczny – powiedział w ubiegłym roku prezydent Czech w czasie wizyty w fabryce jednego z producentów papierosów. Głowa państwa pozwoliła sobie również na pewną sugestię: „Pozwólcie, abym poradził państwa dzieciom podobne postępowanie – aby poczekały aż będą miały 27 lat, a potem paliły bez żadnego ryzyka”.

Reklamy

Nie mówisz po czesku? Uważaj, bo w knajpie mogą Cię oszukać

Czeska Inspekcja Handlowa (ČOI) przeprowadziła kontrole praskich restauracji. Urzędnicy udawali, że nie są Czechami i składali swoje zamówienia po angielsku. Co się okazało? Że w ośmiu z trzynastu losowo wybranych restauracji oszukuje się klientów posługującym się obcym językiem.

497419

Kelnerzy słysząc, że obsługiwany gość nie jest Czechem wydawali nawet o 40 koron mniej niż powinni. Ponadto „obcokrajowcom” naliczano dopłatę za serwis, podczas gdy Czesi siedzący obok takiej opłaty nie dostali. Generalnie jeśli nie mówisz po czesku musisz słono zapłacić. Inspektorzy obliczyli, że opłata za serwis którą im naliczono wahała się od 5 do 15 procent, średnio wynosiła nawet 464 korony.

Oszukiwano też na porcjach posiłków i ilości rozlewanych napojów. Oszczędzano na przykład na piwie. W sumie wszystkim inspektorom nalano aż pół decylitra piwa mniej niż powinno. Restauratorzy zarobili więc na „obcokrajowcach” 114 koron.

Wyniki badań świadczą o tym, że restauratorzy nie tylko złamali prawo, ale również skutecznie pracują na złe imię wszystkich restauracji w Pradze i w całej republice – stwierdziła w swym raporcie ČOI. 

Kontrole będą teraz przeprowadzane w innych turystycznych miastach takich jak: Český Krumlov, Karlový Vary, v Ostrava, Brno.

Pamiętajcie, że w niektórych miejscach Czesi słysząc polski język reagują agresją. Będąc w Czechach mówcie po czesku.

Kolejny pomysł Czeskiej Poczty na biznes: stanie się apteką

Po nieudanych pomysłach na sprzedaż papierosów, zabawek i innych akcesoriów niezwiązanych z profilem działalności, Czeska Poczta ma nowy pomysł na biznes: będzie sprzedawała leki. Została podpisana już stosowna umowa z gigantem farmaceutycznym, firmą Euroclinicum. 

JB4939f3_IMG_0131

Już wkrótce oprócz wysłania listu czy pocztówki, będziemy mogli zakupić w okienku Czeskiej Poczty lek na prostatę bądź zaparcia. Dystrybucja medykamentów będzie skupiała się głównie w małych miejscowościach, gdzie nie są obecne apteki. Starsi mieszkańcy tych miasteczek nie umieją korzystać z komputera – nie zamówią sobie leków przez internet, tak jak to robi duża część osób – mówi rzecznik Czeskiej Poczty.

Wspomniana współpraca to czysty interes: Euroclinicum zarobi dziesiątki milionów koron na sprzedaży leków, a Poczta równie nie małe pieniądze na prowizji z ich dystrybucji. Sam koncern Euroclinicum na swoich aptekach zarabia rocznie setki milionów koron.

Leki będzie można zamówić na jednym z dwóch tysięcy oddziałów Czeskiej Poczty. Realizacja zamówienia ma trwać maksymalnie 48 godzin. Poczta może również dostarczyć zamówione medykamenty poprzez listonosza prosto do naszego domu. Niestety jak to zostało ujęte w umowie chodzi tutaj tylko o SPRZEDAŻ leków, o fachowym doradztwie w okienku poczty możemy zapomnieć.

Czeska Poczta od dłuższego czasu cierpi na odpływ klientów i pieniędzy. Po eksperymentami ze sprzedażą papierosów czy ubrań (i fali ostrej krytyki) zdecydowała się na dystrybucję leków. W tej chwili obecnej czeski gigant czerpie 1/10 swoich dochodów z usług towarzystwa oszczędnościowego Era, które należy do ČSOB.

Woda za droga? Tę z kranu wypijecie za darmo!

Ostatnio mój znajomy podniósł temat różnicy cen między wodą mineralną a piwem w czeskich knajpach. „W czeskiej knajpie -> woda 250ml = 30 koron, piwo 0,5l = 27 koron”. Dodał jednak, że ta różnica sprawia mu jedynie przyjemność. A co z tymi, którzy piwa pić jednak nie chcą? Muszą przepłacać? Okazuje się, że nie!

JB54468f_profimedia_0173865090

Jak donosi portal idnes.cz, restauracji, w których napijemy się wody z kraju wciąż przybywa. Szacuje się, że jest ich już około 30 procent. Jak to działa w praktyce? Jeśli woda z kranu umieszczona jest w menu, licz się z tym, że za nią zapłacisz. I to całkiem słono, bo kilkanaście koron. Dobrą dla klienta stroną kranowego biznesu jest fakt, że często wystarczy poprosić o szklankę wody z kranu, by kelner nam ją przyniósł.

Od połowy 2012 roku do teraz kranowych przybytków w Czechach przybyło (z 12 proc. do 35). W krajach Jihočeskim i Ústeckim takich miejsc jest nawet 40 procent. Z jednej strony jest to ukłon spragnionym w tym upale ludziom, a z drugiej strata właścicieli knajp: tak wysokie marże na samej wodzie dostrzegł nawet czeski rząd i nakazał by woda w czeskich hospodach była tańsza niż piwo. Jak widać rząd dalej nic w tej kwestii nie zrobił.

Coca-Cola kosztuje w hurcie trzynaście koron, sprzedajemy ją za czterdzieści. To samo z wodą: tę kupujemy za cztery korony, a klient może ją sobie zakupić za tyle ile kosztuje piwo. Taka sytuacja to marzenie każdego restauratora w Europie – mówi Michal Pelichovský, czeski restaurator.

To samo dotyczy lemoniad: robimy ją za grosze, a szklaneczkę napoju sprzedajemy za kilkadziesiąt koron – mówi właścicielka praskiej restauracji TGI Fridays, która serwuje również klientom wodę z kranu na żądanie.

Woda z kranu nie jest oczywiście usługą oficjalną. Jak to wszak rozliczyć? Doszło do tego, że jedna z restauracji stawiała na każdy stół dzbanek z kranówką. Niestety nawet dzięki takiemu ukłonowi w stronę klienta, nie zwiększyło to ani ruchu w restauracji ani nawet obrotów. Dzbanki z wodą zostały wycofane.

Ilość restauracji w danym kraju, która serwuje klientom wodę z kanu
Ilość restauracji w danym kraju, która serwuje klientom wodę z kanu

Restauratorzy i klienci zgodnie przyznają: wstyd jest pytać o wodę z kranu. Właściciel restauracji Nad Jezerem u Máchova Jiří Roith twierdzi, że woda z kranu zupełnie za darmo nie może być wydawana: Nam się to wtedy nie opłaci. Ale serwujemy klientowi nieograniczoną ilość dolewek za 30 koron. Kranówka w USA również jest za darmo, jednak kelnerzy liczą sobie 10 proc. za serwis czyli jej podanie. U nas to wychodzi taniej – wyjaśnia.

 

Bohumin tak blisko, a tak daleko jednocześnie

Pierwszy o 2.12 rusza Chopin, który przez Ostrawę mknie do Wiednia. Polonią dojedziemy aż pod włoską granicę do Villach, gdzie odbywają się konkursy Pucharu Świata w skokach narciarskich. Ostatni odchodzi Excelsior. O 23.22 przez Pragę jedzie do czeskiego Cheba, miasta niedaleko niemieckiej granicy. W ciągu doby odchodzi stąd 100 połączeń, bo dzięki swemu strategicznemu położeniu Bohumin (Bogumin) jest dziś ważnym europejskim węzłem kolejowym. Można stąd wyruszyć w wiele kierunków, tylko nie do Raciborza.

Nádraží_Bohumín

Kolej jest atutem tego miasta już od połowy XIX wieku. Pierwszy pociąg przyjechał tu z Lipnika nad Beczwą w 1847 roku. Za sprawą Kolei Wilhelma z Bohumina przez Racibórz i Koźle można było dotrzeć do Berlina, a oddana do użytku w 1872 roku Kolej Koszycko-Bogumińska łączyła miasto z Koszycami. Prawdziwą perełką architektury jest też tutejszy dworzec. Przebudowany na początku XX wieku w stylu neorenesansowym jest zaliczany obecnie do najładniejszych tego typu obiektów w Czechach.  Jego gruntowna modernizacja, która pochłonęła 2,6 mld koron czeskich zakończyła się dziewięć lat temu. Dziś z czterech peronów stacji odjeżdżają pociągi do Austrii, Słowacji, Polski i na Węgry. Radegast jeździ do Brna, Slovakią dostaniemy się do Koszyc, Varsowią do Budapesztu, a Chopin zawiezie nas do Wiednia. Kursują tu też pociągi do Polski (Silesia do Krakowa, Sobieski do Warszawy). Cztery razy dziennie (o 4.11, 5.11, 6.11 i 7.11) z Bohumina odjeżdża Pendolino, który trasę do Pragi pokonuje w 3 godziny 16 minut.

(…)

Zabytkowy dworzec jest dostosowany do potrzeb nawet najbardziej wymagających podróżnych. Znajdziemy tu informację (od poniedziałku do niedzieli otwarta w godzinach: 5.30 – 10.40, 11.10 – 14.30, 15.00 – 18.20), dwie poczekalnie, całodobowe kasy biletowe, w których możemy płacić kartami, w koronach lub euro (międzynarodowa i obsługująca połączenia lokalne) i czynne na okrągło bary. Informacje o przyjazdach i odjazdach pociągów wyświetlane są na nowoczesnych elektronicznych tablicach, można też skorzystać z klasycznych rozkładów jazdy.

Podziemnym przejściem dostaję się na trzeci peron, skąd ma odjechać pociąg do Warszawy.  Na każdym kroku widzę pracowników, którzy dbają o czystość dworca. Zbierają śmieci i pety, bo tu nikt nie przejmuje się obowiązującym zakazem palenia papierosów.

Wśród oczekujących na peronie spotykam polską obsługę pociągu, która zastępuje w Bohuminie czeską. W pociągu, który jedzie do Warszawy z Villach pracują do granicy z Czechami również Austriacy. – Pociągi mamy teraz lepsze, ale podróżni są wredniejsi – podsumowuje konduktor Tomasz Kozłowski, który z koleją jest związany od 20 lat.

Pierwszy raz w Bohuminie jest Josef Pekar, który ze Słowacji jedzie do dziewczyny do Łodzi. W podróży spędzi 10 godzin, ale czego nie robi się dla miłości? – Polki są najładniejsze – mówi z przekonaniem – i lepsze od Słowaczek! Kupiłem bilet miesięczny za 60 euro, mam nadzieję, że często będę z niego korzystał – dodaje.

Justyna Barkmanova jest Polką, która od lat mieszka z mężem Czechem w Pradze. Na wakacje przyjeżdża co roku do babci, która mieszka w Kielcach. – Podróż z małymi dziećmi nie jest już dziś takim wyzwaniem jak kiedyś. Wagony są klimatyzowane, a obsługa przynosi dzieciom zabawki i puzzle, żeby szybciej minął im czas. Korzystam też z tego, że dzieci do szóstego roku życia jeżdżą w Czechach za darmo – tłumaczy pani Justyna, która dba o to, by Łucja i Kuba mówili też po polsku – Ja znam trzy języki, bo uczę się angielskiego – mówi Łucja i po chwili namysłu dodaje: cztery, bo jeszcze słowacki!

To jedynie fragment tekstu z portalu noviny.pl. Autorem tekstu jest Katarzyna Gruchot. Cały tekst dostępny TUTAJ

Najsmutniejszy fragment tekstu:

W kasie międzynarodowej sprawdzam ceny biletów do wybranych miast. Za przejazd z Bohumina do Wiednia trzeba zapłacić 958 KC, do Pragi 315 KC, Krakowa 638 KC a Warszawy 1226 KC. Najdroższy jest bilet do austriackiego Villach, za który trzeba zapłacić 2246 koron. Najsmutniejsze jest jednak to, że nawet mając pieniądze, z Bohumina nie dotrzemy pociągiem do Chałupek, czy Raciborza.  Przewozy Regionalne deklarują, że 14 grudnia tego roku ma zostać uruchomione połączenie międzynarodowe na trasie Wrocław Główny – Bohumin (przez Kędzierzyn-Koźle, Kuźnię Raciborską i Rybnik).

Rowerem po Czechach? Tak, ale tylko sprawnym

Rowerem po Czechach? Mnóstwo Polaków przyjeżdża do nas na rowerach korzystając z nowych ścieżek rowerowych, ale ich wyposażenie często nie spełnia czeskich przepisów – informuje Dorota Havlikova, rzeczniczka Urzędu Miejskiego w Czeskim Cieszynie.

Otwarte niedawno nowe atrakcyjne trasy rowerowe (jak trasa nr 10 z Beskidów, przez Czeski Cieszyn do Kocobędza), ich bliskość oraz malownicze położenie zachęcają do rowerowych wycieczek po czeskiej stronie Olzy. W sezonie letnim w rejonie Czeskiego Cieszyna polskich rowerzystów bywa więcej niż Czechów. Ale nieznajomość przepisów może nas drogo kosztować. Ile? To zależy od wykroczenia. Za jazdę dziecka bez kasku rowerowego mandat wynosi do 2 tysięcy koron, czyli około 320 zł.

– Mandaty mogą być bardzo wysokie przede wszystkim w wypadku, gdyby rowerzysta był uczestnikiem kolizji. A za spowodowanie wypadku i uszczerbku na zdrowiu przez pijanego rowerzystę może być wymierzona nawet kara więzienia – przestrzega Havlikova, która nie ukrywa, że podczas akcji profilaktycznej skierowanej do rowerzystów, w czasie której czescy strażnicy miejscy zatrzymywali i wręczali odblaski oraz mapy rowerowe kierowcom jednośladów, wyszły na jaw braki w wyposażeniu polskich rowerzystów. Na co powinniśmy zwrócić uwagę i o czym powinniśmy pamiętać, wybierając się rowerem do naszych południowych sąsiadów, żeby nie narazić się na otrzymanie mandatu? Jest kilka takich rzeczy. Oto one:

1 KASK – u naszych południowych sąsiadów kask jest obowiązkowy dla wszystkich rowerzystów do 18. roku życia. I nie jest ważne czy jeździsz na rowerze górskim, corssowym czy leciwej damce. Kask musi być.
I to dobrze zapięty, czego wielu naszych rodaków nie zawsze przestrzega.

2 ODBLASKI – zgodnie z czeskim prawem każdy, ale to każdy, rower musi mieć oświetlenie z przodu oraz biały odblask, a z tyłu czerwone (dopuszczalne migające) oraz czerwone światło odblaskowe. Bez tego nawet się nie ruszajmy na szlak.

3 HAMULCE – niby to takie oczywiste, że nie jeździmy na rowerze, który nie ma sprawnych hamulców. Ale warto wiedzieć, że zgodnie z czeskim prawem każdy rower musi mieć – uwaga! – co najmniej dwa niezależne, skutecznie działające hamulce.

4 POD OPIEKĄ – to informacja szczególnie ważna dla rodziców, dziadków i innych opiekunów. W Czechach dzieci mające mniej niż 10 lat mogą jechać na rowerze tylko i wyłącznie w towarzystwie osoby starszej niż 15 lat. W foteliku można przewozić dziecko w wieku do 7 lat, ale może to zrobić tylko rowerzysta, który ma więcej niż 15 lat.

5 PRZYCZEPKI – u naszych południowych sąsaidów od 2012 roku można też przewozić dzieci w przyczepkach rowerowych, ale mogą to robić tylko pełnoletni (od 18 lat). W tym przypadku, podobnie jak w Polsce przyczepka musi być prawidłowo oznakowana – nie tylko w odblaski, ale i chorągiewkę.

6 ALKOHOL – zgodnie z czeskim prawem na rowerze nie można jeździć pod wpływem alkoholu. W Czechach niedozwolona jest jakakolwiek ilość alkoholu we krwi kierowcy samochodu czy roweru. Mandat za jazdę pod wpływem alkoholu waha się od 10 tys. do 20 tys. koron (poniżej promila alkoholu) oraz od 25 do 50 tys. koron powyżej jednego promila. Odmowa poddania się testowi na zawartość alkoholu we krwi podlega grzywnie w wysokości do 50 tys. koron.

7 TELEFON – warto także pamiętać, że w Czechach obowiązuje zakaz trzymania w ręku telefonu komórkowego podczas kierowania rowerem – dopuszczalne jest jedynie telefonowanie za pomocą zestawu hands-free.
53bff6631d01d_o
Ciekawe trasy rowerowe
Szlak Zamków nad Piotrówką to jedna z ciekawszych tras rowerowych na pograniczu polsko-czeskim.
Liczy około 24 kilometry. Zaczyna się w Kończycach Wielkich, kończy w Gołkowicach. Po drodze można zobaczyć wiele ciekawych zabytków w gminach Hażlach, Zerzydowice, Piotrowice koło Karwiny oraz Godów znajdujących się w znacznej części w dolinie rzeki Piotrówki. Np. stylowy pałac z przełomu XVII i XVIII wieku w Kończycach Wielkich, czy zameczek myśliwski z drugiej połowy XVIII wieku zbudowany w czeskiej Pierstnej. Trasa nie jest trudna, można ją przejechać także z dziećmi.

Drugą polecaną przez nas trasą jest tzw. Szlak Olzy.
Umożliwia on poznawanie rowerem najciekawszych miejsc położonych nad symboliczną dla regionu rzeką Olzą. Zaczyna się w Cieszynie, słynącym z takich zabytków jak XII-wieczna rotunda czy Studnia Trzech Braci, po czym wiedzie do Czeskiego Cieszyna, Kocobędza, gdzie można zobaczyć wieżę strzelniczą, Albrechcic, Karwiny z pięknym parkiem zdrojowym w stylu angielskim, Dziećmorowic i Lutyni Dolnej, gdzie można podziwiać zamek z końca XVI w. Trasa nie jest trudna, ale warto podzielić ją na dwa dni.

naszemiasto.pl

„Petro Kvitowa, jesteś śmieciem!”

Czescy politycy żądają, aby Petra Kvitova została pozbawiona obywatelstwa naszych południowych sąsiadów, bo przeprowadziła się do Monte Carlo i nie płaci podatków. – Jest śmieciem – mówi Daniel Rovny.

– Gdy ktoś porzuca Czechy dla innego państwa, powinien stracić obywatelstwo Republiki Czeskiej. Odrzuca bowiem pomoc, jaką w dojściu do sukcesu, zaoferowały mu Czechy – powiedział radiu Impuls czeski polityk partii socjaldemokratycznej (ČSSD) Stanislav Huml, który jest oburzony faktem, że mistrzyni Wimbledonu Petra Kvitova nie uiści do państwowej kasy podatku za zwycięstwo w Londynie, bowiem na przełomie października i listopada przeprowadziła się do Monte Carlo.

pkHuml jest zdania, że przypadek Kvitovej, która za zwycięstwo w Wimbledonie zainkasowała 1,76 mln funtów brytyjskich (60 mln koron czeskich), jest idealną okazją, aby rozpocząć debatę na temat mieszkających poza granicami kraju czeskich sportowców, którzy tym samym unikają płacenia podatków w ojczyźnie. – Nie tylko Czechy, cała Europa powinna się nad tym zastanowić. To powinno ulec zmianie – dodał Huml na łamach dziennika Mladá fronta Dnes.

– Najlepsi czescy sportowcy powinni oddać społeczeństwu to, co im dało – stwierdził socjaldemokrata i przewodniczący Izby Deputowanych czeskiej komisji budżetowej, Václav Votava, dodając, że „jeżeli czescy sportowcy nie chcą płacić podatku w ojczyźnie, to powinni poważnie zastanowić się, czy chcą reprezentować Republikę Czeską”.

Suchej nitki na Kvitovej nie zostawił również praski komunista, Daniel Rovný. – Petro, zostałaś wychowana na obiektach sportowych, które powstały z podatków biednych ludzi. Dlaczego teraz, będąc osobą bogatą, unikasz płacenia podatków? – zwrócił się do Kvitovej Rovný, nie przebierając w słowach: – Jesteś świetną tenisistką, ale jako człowiek jesteś śmieciem.

W obronie Kvitovej oraz Radka Stepanka, Tomasa Berdycha i Lucie Safarovej, którzy także są rezydentami Monte Carlo, stanął Ivo Kaderka, prezes Czeskiej Federacji Tenisowej (ČTS). – Nigdy nie wybaczało się sukcesów w tym kraju, a teraz jeszcze chcą za nie karać – powiedział Kaderka, podając za przykłady Ivana Lendla i Martinę Navratilovą, którzy z Czechosłowacji wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i reprezentowali barwy tego kraju.

Tymczasem policja w Pradze, poinformowała o zatrzymaniu 23-letniego mężczyzny, który rzekomo miałby grozić Kvitovej w rozmowie telefonicznej – Policja wykonała świetną robotę – przyznał rzecznik prasowy tenisistki, Karel Tejkal.

49. MFF KV: Czesi grzeszą – Relacja z festiwalu

Gdyby w Czechach powstało rocznie tylko pięć komedii i żaden film innego gatunku, mówiłoby się, że kinematografia miała udany rok. Brak wystarczającej ilości dowcipów w filmie najprawdopodobniej należy według Czechów do siedmiu grzechów głównych. Najnowsze produkcje naszych południowych sąsiadów przestały być zabawne i odróżnieniu od obrazów z lat 90. są to głównie dramaty. Akcja wielu z nich rozgrywa się w teraźniejszości, a jednak z różnych powodów ich bohaterowie wracają do przeszłości.

Film „Klauni” Viktora Tauša upada już na poziomie pomysłu. Klauni bowiem w dzisiejszych czasach nie budzą już ani śmiechu, ani wzruszenia. Trzej starsi panowie – Max (Oldrich Kaisel), Oskar (Didler Flamand) i Viktor (Jíři Lábuš) grali przed laty w grupie BUSTERS. Ich występy były niechybnymi przejawami wolności w nieruchomym systemie komunistycznym. Wraz z jego końcem , skończyło się też coś między przyjaciółmi. Teraz, po 30 latach spotykają się, a spotkanie to zmusza ich do niełatwej konfrontacji. Szkoda, że miłość Tauša do starych filmów nie przełożyła się na realizacje „Klaunów. Filmu, który w reżyserskich założeniach miał być sentymentalnym obrazem o miłości i nienawiści. Obraz ten stopniowo zbacza z historii grupy, rozdzielając się na trzy historie prywatne.

Klauni

Miłość osnuta sentymentem to temat jednego z trzech wątków – losów Viktora i jego chorej na Alzheimera żony. Już samo mieszkanie pary przypomina skład pamiątek, niepozornych pokrytych kurzem bibelotów. Wśród nich jest lusterko, pod którym stoi zdjęcie uśmiechniętej, młodej i szczęśliwej dziewczyny. W nim przegląda się kobieta schorowana i niezdolna spostrzec, że to jej własny wizerunek. To jedna z najtrafniejszych scen „Klaunów”. Film ten jest niestety technicznie efekciarski, przez co znacząco traci. Reżyser celowo używa komicznego wykrzywienia (krzywe kadry, nietypowe ujęcia). Problem tkwi też w złamaniu gatunkowej jedności i nieudolnej próbie spojenia komedii i dramatu.

Krásno” Ondřeja Sokola to historia powrotu dwóch bohaterów (w rolach tych sam Ondřej Sokol i Martin Finger) do rodzinnego Šumperka, nad jezioro o tytułowej nazwie. Miasta, w którym przed laty w Krasně znaleźli matkę jednego z nich. Michal jest przeświadczony, że za tragedią tą stoi jego ojciec, który umiera w dzień powrotu. Dla bohaterów to wejście w małomiasteczkowy świat,, od którego tak łatwo przed laty uciekli. Film ten to niewątpliwie obraz najbliższy dawnym, dobrym czeskim filmom. Sokol umiejętnie łączy bowiem sceny zabawne i smutne. Przełamuje konwencje, utrzymując skupienie widza. Ponadto w umiejętny sposób buduje, zabarwione sepią sceny retrospektywne.

Krasno

Do przeszłości wracają też bohaterowie „Donżuanów” Jiřego Menzla. Do małego czeskiego miasteczka ze Stanów Zjednoczonych wraca Jakub (Martin Huba), którego pierwsze aktorskie kroki sięgają lokalnego teatru miejskiego. Dziś ma być gwiazdą operowej adaptacji „Don Giovanniego”. Powrót do miasta, w którym spędził młodość to spotkanie pierwszych kochanek. A miłość czy to przygodna, czy trwała nieść może za sobą jasne konsekwencje. Film czołowego czeskiego twórcy lat 60. załamuje. Załamuje w nim sposób podejścia do operowego tematu, sztuczna aktorska gra i tekturowe dekoracje, w których zaaranżowana jest większość scen. Film ten pokazuje jednak, że powrót do przeszłości może mieć pozbawiony goryczy smak. [Więcej o „Donżuanach” w recenzji tutaj]

W sentymentalnym nastroju pozostajemy z bohaterami „Milostnych písni” Bohdana Karáska, wyróżnionego wśród tegorocznych dyplomowych filmów FAMU . Tu zarówno przestrzeń jak i sama historia wprowadzają nas w nieco sentymentalny nastrój. Akcja dzieje się w mieszkaniu, w którym czas niemal zatrzymał się – pełnym meblościanek, wersalek i smutno-brunatnych barw. W miejscu tym spotykają się trzy osoby: młody chłopak (Miroslav König), kobieta, która mogłaby być jego matką (Taťjana Medvecká) i jej partner (František Host). Film ten daleki jest perfekcji, nagrany w żółtym świetle, bliski home video jest męczący, dobrze oddaje jednak duchotę przestrzeni. Od początku relacja bohaterów jest dla nas niewiadomą a zagadka ta wyjaśnia się niemal z końcem fabuły, na co musimy czekać dość długo. Dopiero zakulisowa rozmowa w kuchni odkrywa skrywany sekret. To dopiero początki młodego reżysera, biorąc pod uwagę spójność fabuły i formy to ciekawa próba.

W nastroju smutnej tajemnicy z przeszłości pozostaje obraz „Maria Stock” Jana Březiny. Główny bohater – Milan przyjeżdża do opuszczonej wsi, gdzie poznaje tajemniczą Hildę. Zarówno on (Jan Strejcovský) jak i rudowłosa, o niebanalnej urodzie dziewczyna (Kamila Trnková) pragną zatrzymać nas na dłużej. Mają bowiem w sobie pierwiastek odrobinę hipnotyzujący widza. Film utrzymany jest w wypłowiałych barwach, które komponują się z późnojesiennym czasem akcji i nadają obrazowi sentymentalny klimat. Szkoda tylko, że „Maria Stock” w pewnym momencie odpływa w nierealność. Tym ciężej zaakceptować ten fakt, że był to zabieg celowy, sam reżyser powiedział: Stworzyłem film, który nie ma być zrozumiały, to obraz festiwalowy, który ma być bliższy kinu artystycznemu.

Na innym biegunie znajduje się film „Jako nikdy” Zdeňka Tyca. To historia zgorzkniałego malarza – Vladimira Holasa (Jiří Schmitzel), któremu towarzyszą dwie kobiety, Karla (Petra Špalková) była studentka artysty i jego partnerka i Jaruna (Taťjána Medvecká) pielęgniarka i dawna kochanka. Obie bohaterki są elementami przynależącymi do przeszłości głównego bohatera. Jaruna przypomina mu młodzieńcze czasy pierwszych miłości, Karla okres pracy na uniwersytecie, lata tworzył najdoskonalsze dzieła. Choć oczekiwaniem reżysera było poruszyć, uświadomić, że w każdym człowieku tkwi ukryty diament, to los do granic zgorzkniałego, nieprzyjemnego, agresywnego bohatera jest nam w najlepszym wypadku obojętny, a większość z nas czeka na śmierć artysty i oswobodzenie unieszczęśliwionych przez niego kobiet. Film Tyca pozostaje zupełnie nieprzekonujący w zakresie motywacji postępowania i powiązań bohaterów. Pełna pseudosymboli opowieść jest rozmyty i pusty.

Jako nikdy

Między zastygnięciem w przeszłości a trudną teraźniejszością znajduje się „Díra u Hanušovic” Miloslava Krobota. Niedoszła nauczycielka niemieckiego Maruna (Tatiana Vilhelmová) pracuje w wiejskiej gospodzie, które jest głównym miejscem spotkań. Rozchwiana emocjonalnie kobieta miota się między myśliwym-starostą (Ivanem Trojanem), który większość swojego czasu spędza, czekając na swojego jelenia, uznawanym za miejscowego błazna Olinem (Jaroslav Plesl) a lokalnym kobieciarzem (Lukáš Letinák).

Akcja filmu toczy się nieopodal Hanušovic w Sudetach. Rozwój tego rejonu został wstrzymany w okresie II Wojny Światowej i tak pozostało do dziś. Całą wieś tworzą ludzie, którzy w wyniku politycznych decyzji zostali przeniesieni z miejsc, w których faktycznie były ich korzenie. Na ziemiach tych dochodziło do przemieszenia różnych typów ludzi z odmiennych środowisk. W tych warunkach jest dużo agresji, alkoholizmu i innych nałogów. Są tutaj ludzie, który i w tych warunkach próbują się nie poddawać i zmieniać swoje życie – twierdzi scenarzysta filmu Lubomir Smékal. Co pozostaje jednak z tych słów, gdy widz od początku ma wrażenie, że to raczej film o ludziach straconych (podobnie choćby do „Szczęścia” Bohdana Slámy). Opacznie do założeń zdają się oni bohaterami, którzy przywykli do dokładnie takiego stylu życia, a ich mały świat, choć pełen niedogodności, jest ich wyborem.

Dira

Film ten ma być czeskim hitem. Jednak historii tej nie ratuje ani Tatiana Vilhelmová, ani Ivan Trojan. „Díra u Hanušovic” pełna jest niewykorzystanych, ciekawych fabularnie elementów. Dodatkowo obraz ten to też męskie, mizoginiczne spojrzenie na świat, świat, w którym kobiety to jeden podły, łatwy gatunek.

Festiwal w Karlowych Warach to impreza o niewątpliwie doskonałym międzynarodowym charakterze. Festiwal ten hołubi przy tym kino krajowe. I doskonale, że to robi. Daje mu swoją, odrębną sekcję (w tym roku dziewięć tytułów) oraz pozostawia miejsce w innych, w tym w Konkursie Głównym. Najnowsze czeskie produkcje niestety dalekie są od najlepszych obrazów poprzedniej dekady. Czesi odchodzą od tragikomedii i czarnego humoru, wydawałoby się, tak bliskich ich narodowemu charakterowi. Dziś tworzą raczej nieudane dramaty. Jakaś głęboka siła pcha ich, by próbować. Próbować tworzyć smutne, przepełnione sentymentem obrazy pozbawione unikalnej wrażliwości, która towarzyszyła starszym filmom. Być może ich natura – śmiejących się bestii uległa nagłej zmianie?

Beata Poprawa

Cytat z początku relacji pochodzi z książki Mariusza Szczygła „Zrób sobie raj”, rozdział pt. Wytwórnia śmiechu.

49. MFF KV: Opera z mydła – Donżuani (Donšajni) Jiří Menzel [Recenzja]

Z każdą minutą „Donżuanów” Jiřego Menzla coraz bardziej zadziwia nas to, że ten sam twórca przed laty stworzył filmy takie jak”, „Skowronki na uwięzi” czy „Postrzyżyny”. Pierwszy film na podstawie oryginalnego scenariusz czeskiego twórcy zmusza nas do tego, by powiedzieć: Panie Menzlu, w tej kwestii zaufaj innym.

Do małego czeskiego miasteczka ze Stanów Zjednoczonych wraca Jakub (Martin Huba), który stawiał swoje pierwsze kroki jako aktor w lokalnym teatrze miejskim. Ma być gwiazdą operowej adaptacji „Don Giovanniego”. Przyjeżdża na zaproszenie reżysera Vítka (Jan Hartl), który opery nie znosi. Kocha za to operowe śpiewaczki. Przyglądamy się również historii ekscentrycznej Makréty (Libuše Šafránková), która do małego operowego występu przygotowuje dziecięcy chór. Film Menzla niemal pozbawiony jest fabuły. To, co nie jest operową próbą, składa się na słaby serialowy odcinek. Co się tyczy gatunku, ze znakiem zapytania możemy mówić o komedii operowej połączonej z lekką satyrą.

Donsajni4

W filmie tym po latach od popularnej komedii Menzla „Wsi moja sielska, anielska” spotkała się para aktorów – Libuše Šafránková i Martin Huba. Aktorzy ci jako jedyni mają coś do grania. Pozostałe postaci, Ivana Chýlková w roli córki głównej bohaterki i zmarła niedawno Jiřina Jirásková, filmowa matka Markéty przemykają jedynie po ekranie. Aktorzy zdawałoby się drugoplanowi i śpiewacy mogli zadowolić się jedynie rólkami statystów. Jan Hartl, od którego historia zaczyna się, wcielił się w rolę narratora historii – znaczną część fabuły stanowi bowiem opowiadana przez niego, wprost do kamery, nużąca historia.

„Donżuanów” można przyrównać jedynie do filmopoodbnych późnych „dzieł” Jerzego Gruzy (reżysera takich hitów jak „Gulczas, a jak myślisz” czy „Yyyyreek!!! Kosmiczna nominacja”). Szkoda tylko, że „serial” Menzla zatrzymuje nas w kinie aż na 100 minut.

„Dunżuani” to fantazja erotyczna podstarzałego reżysera, czego ucieleśnieniem jest scena, w której roznegliżowane śpiewaczki padają na łóżko z ariami operowymi na ustach. Jak dalekie to od subtelności sceny nabijania stempli na pupce uroczej niewiasty w „Pociągach pod specjalnym nadzorem”. Co gorsza współczesny erotyzmMezla ma charakter buduarowo-pościelowy. Jedynym pocieszeniem pozostały humorystyczne, powracające sceny, w których Vítek podaje swoim kąpiącym się kochankom koszyczek z zapakowanymi, nowiuśkimi szczoteczkami. To na osłodę zmordowanego tą przygodą widza.

Dosajni3

Szkoda też, że Menzel tworząc historię o donżuaństwie nie może się zdecydować czy pochwala taki styl bycia i życia, czy też odrzuca go. Pokazując życiową sytuację głównej bohaterki, niemal przenoszącą się na życie jej córki i wnuczki stawia jedynie wątpliwą tezę, iż miłość do donżuanów przechodzi wraz z genami. Równie niejednoznaczne stanowisko ma czeski reżyser do samej opery. Z jednej strony w tle wybrzmiewają arie z największych dzieł. Z drugiej, tworząc bliską pastiszowi operową komedię, w której to adaptacja „Don Giovanniego” ma odbyć się w tekturowych dekoracjach bez wyrazu, ma być odegrana przez gwiazdy zatrudnione przez Vítka raczej na podstawie swych łóżkowych niż operowych dokonań, jawnie kpi z niej. Jako wisienkę na torcie Menzel stawia krzywdzącą i anachroniczną tezę: Operowa gra to tylko nieznaczny dodatek do muzyki.

Pociesza jedynie fakt, że film w Czechach – jedynym kraju dystrybucji – zarówno przez widzów jak i krytyków został jednoznacznie uznany za pomyłkę (średnia 3/10 na ČSDB). Co więcej z początkiem roku gromki śmiech wzbudziła informacja o tym, iż to właśnie „Donżuani” reprezentują Czechy w starciu o Oskara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. Kandydatura zdaje się zaproponowana ze względu na nazwisko twórcy – opera z mydła pozostanie jednak jedynie niespieralną plamą na jego filmografii.

Beata Poprawa

Donżuani (Donšajni)

  • reżyser: Jiří Menzel
  • premiera: 19 września 2013 (świat)
  • produkcja: Czechy

Czesi Polakom kojarzą się z piwem i smaženým sýrem, mówi Czech mieszkający we Wrocławiu

Jiří Kočka przeprowadził się z Pragi do Wrocławia z powodu studiów. Mówi, że między Czechami a Polakami nie ma tak dużych różnic. Uważa, że młodych ludzi już tak Kościół nie kręci, chociaż fakt, iż nie jest ochrzczony wciąż budzi zainteresowanie. 

Jiří Kočka - arch. prywatne
Jiří Kočka – arch. prywatne

Co Cię najbardziej zaskoczyło zaraz po przeprowadzce?

Wielkiego szoku kulturowego nie przeżyłem. Polska mentalność i obyczaje jakoś nie różnią się zbytnio od tych czeskich. Jadąc tutaj miałem w głowie kilka stereotypów, ale większość z nich się nie potwierdziła. Kościół już młodych ludzi tak bardzo nie interesuje, jak to się w Czechach wydaje i chociaż wszyscy uważają się za katolików, to mało kto chodzi do kościoła co niedzielę, o spowiedzi nie wspominając. Krytykę Kościoła słyszę tutaj dużo częściej niż w republice. Mój pobyt zaczął się od miesięcznego intensywnego kursu językowego. Jako jedyny byłem Słowianinem. Ale choć język polski nie jest łatwy, jako jedyny miałem łatwiej niż pozostali w grupie. Nawet po pół roku wciąż robiłem błędy językowe. Prawdziwego języka nauczyłem się dopiero, gdy zamieszkałem z Polakami w wynajmowanym mieszkaniu. Wiele słów brzmi podobnie jak w języku czeskim, ale znaczy zupełnie co innego. Często z tego powodu dochodziło do śmiesznych sytuacji. Nie będę już wspominał o słowie „szukać” bo to wszyscy już znają.

Czy dla Polaków jakieś czeskie zwyczaje były nietypowe, coś ich zaskoczyło?

Polacy nie znają wielkanocnego zwyczaju, nazwanego u nas pomlázką. Nigdy o czymś takim nie słyszeli. Wszyscy byli też zaskoczeni, że nie jestem ochrzczony. Poza tym, gdy przyjechałem z moimi polskimi przyjaciółmi do Pragi, Czesi słysząc, że są to Polacy zaczęli ich słownie atakować. Było mi strasznie wstyd.

Czy brakuje Ci czeskiego jedzenia?

Asortyment w polskich sklepach jest podobny, jednak znalazłem już kilka restauracji, gdzie serwują svíčkovou s knedlíkem. Na pewno nie brakuje mi czeskiego piwa. Te we Wrocławiu znajdziemy w każdej prawie restauracji. Ludzi atakuje od wejścia szyld „CZESKIE PIWO”. Co najciekawsze, nie są to wcale czeskie koncerniaki, ale wyszukane rodzaje lokalnego czeskiego piwa. Jeśli chodzi o polskie piwo, Polacy piją te powyżej 5 proc. Piwo bezalkoholowe to rarytas. Z niewiadomego mi powodu Polacy kojarzą czeską kuchnię ze smaženým sýrem. Wiele razy przygotowywałem go znajomym i zawsze byli zadowoleni. W sumie na smaženým sýrze kończą się moje zdolności kulinarne.

Jak reagują Polacy na wieść o tym, że pochodzisz z Republiki Czeskiej?

Polacy kojarzą nasz kraj głównie z Pragą. To bezapelacyjnie numer jeden wśród Polaków. Poza tym Czechy dla nich to Helenka Vondráčková (wielkie dla mnie zaskoczenie) i jej piosenka  „Malovaný džbánku“ oraz Ewa Farna, której twarz znajdziemy na okładkach wielu kobiecych pism.

Interesujesz się polską polityką?

Polską politykę śledzę głównie poprzez portal lidovky.cz. To wystarczy, abym miał informację co się w Polsce dzieje i bym mógł dyskutować o tym z moimi znajomymi. Partie polityczne są tutaj trochę bardziej konserwatywne niż w Czechach, ale to chyba ze względu na wpływ Kościoła. Duża część polskiego społeczeństwa jest wiecznie niezadowolona z życia, tak samo jak Czesi zresztą.

Kim jest Jiří Kočka?

Urodził się w 1990 roku. W Pradze studiuje nauki społeczne. Ku zdziwieniu rodziny i znajomych, na swój kierunek w programie wymiany studentów Erasmus wybrał Polskę. Trafił na jedna z wyższych uczelni we Wrocławiu.

49.MFF KV: Zachować honor sportowca – „Fair play” [Recenzja]

Sport to wielkie zwycięstwa, niechybne porażki, ale i wyniszczający zdrowie doping. Przyjmowanie zakazanych, sterydowych substancji było regularną praktyką wśród sportowców socjalistycznych republik. Temat ten podejmuje, walczący w Konkursie Głównym 49. Festiwalu w Karlowych Warach, „Fiar play” Andrei Sedláčkovej.

W przypadku Czechosłowacji o używaniu dopingu wśród najlepszych sportowców mówi się już od początku lat 80. Nie żeby wcześniej żaden sporowiec nie brał zakazanych substancji, tak się działo. Wówczas jednak nie było nad tym jakiejkolwiek kontroli – mówi konsultant historyczny „Fair play” Vít Polaček. Przyjmowanie sterydów było już kilka lat wcześniej na porządku dziennym w NRD i ZSRR, stąd jedynym sposobem dorównania zawodnikom z bratnich republik było podjęcie identycznych praktyk. Młodym, osiągającym sukcesy, sportowcom oferowano specjalistyczną opiekę. Aby ją uzyskać musieli podpisać umowę, zobowiązującą do zachowania tajemnicy. W przypadku większości zawodników odmowa jednoznaczna była z wyrzuceniem z narodowej reprezentacji. Przed wyborem tym stanęła główna bohaterka „Fair play” młoda biegaczka Anna (Judit Bárdos).

 

Fair play3

Czarny rynek anabolików był w krajach socjalistycznych ogromny. Współpraca między lekarzami – funkcjonariuszami państwowymi a trenerami odbywała się na wszystkich poziomach. Jak to się działo, że badania antydopingowe nie wykazywały obecności zakazanych substancji we krwi? Reprezentanci brali leki wiele tygodni przed zawodami, w czasie przygotowań do nich, odstawiając je kilkanaście dni przed olimpiadą. Dzięki temu, działanie środków było dostrzegalne – znacznie polepszało kondycję sportowców, a co za tym idzie umożliwiało im osiąganiu doskonałych wyników, nie było jednak wykrywalne we krwi. Jedynymi czechosłowackimi sportowcami przyłapanymi na dopingu była dyskobolistka Zdeňka Šilhavá i rzucający kulą Remigius Machura. Miało to miejsce na Mistrzostwach Europy w Lekkoatletyce w 1985 roku w Moskwie. Fakt ten wyszedł na jaw tylko, dlatego że ich próbki niespodziewanie zostały wysłane do laboratorium w Kolíně nad Rýnem, które ujawniło to, co przedtem taili lekarze współpracujący z socjalistyczną władzą. Ironiczną pointą tej sytuacji był fakt, iż krótko potem w podległym partii „Rudým právě” oboje zostali skarceni za naruszenie zasad sportowej etyki.

r play1

„Fair play” ma świetnie zbudowany konflikt o całkowicie racjonalnych i psychologicznie przemyślanych podstawach. Matka Anny (Anna Geislerová) w żadnym wypadku nie jest wyrodną matką, bowiem za jej jednoznacznie niemoralnymi decyzjami stoją zrozumiałe przesłanki. Z jednej strony, dzięki córce pragnie zrealizować swe dawne marzenia o sportowych medalach, z drugiej, nie widząc przyszłości w socjalistycznym reżimie Czechosłowacji, pragnie dla niej lepszego życia na Zachodzie, a olimpijskie medale są przepustką do świata za Żelazną Kurtyną. „Fair play” doskonale oddaje historyczne realia. Scena zakładania urządzeń podsłuchowych jest niemal identyczna do tej z „Życia na podsłuchu” Floriana Henckela von Donnersmarcka. W filmie dostrzegalny jest również niezwykły sentyment, zbudowany wybrzmiewającą w tle instrumentalną muzyką i odrobinę spłowiałymi barwami obrazu, tak jednoznacznie kojarzonymi z smutnymi latami socjalizmu.

Andrea Sedláčková płynnie wchodzi w świat sportowców, w realia współzawodnictwa i samotności jednostek zdeterminowanych zdobywaniem laurów. Anna nigdy nie trenuje sama. Zawsze towarzyszy jej koleżanka – Martina. Porównywane są ich czasy, osiągnięcia, wkład pracy, tętno i wyniki badań. Pokazując różnorodne ćwiczenia, do których zmuszane są dziewczyny, od wykańczającego biegania w śniegu, przez obciążające treningi biegowe z maskami przeciwgazowymi w wodzie, doskonale oddaje ponadludzki wysiłek. Reżyserka w niezwykle bezpośredni sposób ukazuje przemiany zachodzące w organizmie bohaterki pod wpływem przyjmowania hormonów. Ukazując stopniowe przemiany na ciele dziewczyny, przełamuje filmowe tabu.

fair play 2

 

Choć wydawało się, że tematy na filmy, osadzone na tle komunistycznego systemu, wyczerpały się zarówno w polskiej jak i czeskiej („Związani”, „Czeski błąd”) kinematografii. „Fair play” odkrywa nowy wątek ciemnej historii dawnego reżimu, którego nieprzyjemny swąd do dziś wisi nad współczesną Słowacją, Czechami i Niemcami i Polską.

Kres dopingowi w Czechosłowacji przyniósł dopiero czerwiec 1989 roku i oficjalny zakaz przyjmowania anabolików. Dla większości czechosłowackich czołowych sportowców to wciąż temat – tabu. Grom z nich jest dziś ofiarami dawnych praktyk i emerytowanymi inwalidami. W bogatszych Niemczech wiele z dawnych zawodniczek, biorąc hormony i decydując się na liczne operacje, podejmuje próby przywrócenia dawnej kobiecości.

Beata Poprawa

  • Fair Play
  • reżyser: Andrea Sedláčková
  • premiera: 6 marca 2014 (świat)
  • produkcja: Czechy, Słowacja, Niemcy

 

Czeskie Święto Kina rozpoczęte! – 49. Festiwal Filmowy Karlowy Vary [RELACJA]

Festiwalowe miasteczko w Karlowych Warach już dziś wypełniło się widzami głodnymi znakomitego kina w fantastycznej czeskiej atmosferze. Od 4. do 12. lipca KW są miastem filmu. Na 49. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym organizatorzy oczekują, podobnie jak w roku ubiegłym ok. 128 tysięcy widzów na 461. projekcjach.

Między siedmioma światowymi premierami i pięcioma premierami międzynarodowymi w konkursie głównym pojawią się dwa czeskie filmy – „Díra u Hanušovic” Miroslava Krobota i „Fair Play” Andrei Sedlačkovej.

Karlovy-Vary-titulka

Dla zagranicznych widzów jedną z najciekawszych części festiwalu będą niewątpliwie projekcje najnowszych czeskich produkcji, wśród których znalazły się filmy takie jak: „Cesta ven” Petra Václava, pokazywane również w ramach 29. Warszawskiego Festiwalu Filmowego „Jako nikdy” Zdeňka Tyca, „Hany” Michala Samira, , „Krásno” Ondřeja Sokola, „Niepravděpodobne romance” Ivana Vojnara oraz „Klauni” Viktora Tauša, które mogli zobaczyć widzowie Kina na Granicy oraz dwa krótsze filmy „Maria Stock” w reżyserii samej Jana Březiny oraz „Milosntné písně” BohdanaKaráska. Większość miłośników czeskiego kina oczekuje jednak najnowszego filmu Jiřiego Menzla, obrazu „Donšajni”. Już dziś, podczas pierwszego z pokazów tej sekcji, największa z festiwalowych sal zapełniła się.

Czeskie filmy są również częścią sekcji Na Wschód od Zachodu. Tu zaprezentowana zostanie „Rozkoš” Jitkí Rodolfovej. Wśród filmów dokumentalnych znalazły się filmy „K oblakům vzhlížíme” Martina Duška oraz „Opži žebřík o nebe” Jany Ševčíkovej. Cztery obrazy zostaną ponadto pokazane poza konkursem.

nagroda

W każdym roku MFF w Karlowych Warach dla zwycięzców przygotowane jest 30 Kryształowych Globusów, dziesięć złotych, srebrnych i brązowych. Największy z nich ma ponad 5 kilogramów, najmniejszy 1,8. Czekamy na czeskich zwycięzców!

Beata Poprawa

Czeskie Środy w Kinie Wisła – Lemoniadowy Joe

Film Lipskiego jest jedną z najsłynniejszych komedii z poprzedniego ustroju – zabawną parodią popularnych, zachodnich gatunków (western, musical) powstałą za żelazną kurtyną w czasach kiełkującej Nowej Fali.
lemonade joe-02
 
Do Tiger-Saloonu (…), gdzie w tempie niebywałym i trybie nieustającym tłuką się i piją kowboje, wkracza szlachetne dziewczę Winnifred w towarzystwie sędziwego ojca o twarzy łagodnej i naznaczonej cierpieniem. Są oni niby pierwsi chrześcijanie wśród rzymskich żołdaków: niezrozumiali w swej czystości, śmieszni w swej niezłomnej wierze; bo cóż głoszą? Że trzeba porzucić whisky i pić tylko bezalkoholową lemoniadę. Kowboje – jak na kowbojów przystało – przyjmują tę parę proroków z szyderstwem i pogardą, i kto wie jakie ofiary musiałaby ona złożyć na bezalkoholowym ołtarzu, gdyby w saloonie nie zjawiła się nowa postać. Jest to młodzieniec o urodzie efeba i sile Herkulesa, ideał strzelca i wzór dżentelmena, Lemoniadowy Joe. Bo Joe, na którego widok bledną najwięksi awanturnicy, którego kocha, rzecz prosta, Winnifred, pije jedynie lemoniadę. Ta lemoniada, którą zwie Kolaloka, jak mityczne źródło Hippokrenem, darzące natchnieniem poetów, jemu daję siłę ducha, męstwo i szlachetność. Pijcie Kolalokę – woła piękny Joe, i nikt nie śmie mu się sprzeciwić. (…) Znakomite zakończenie filmu „Lemoniadowy Joe” – reżyseria Oldřich Lipský, scenariusz Jiři Brdečka, wespół z Lipskim – przydaje ich parodii westernu akcent nie oczekiwany i zaskakujący. Od pierwszego kadru byliśmy bowiem przygotowani na serię przerysować i gagów (…), których jedynym i wystarczającym, zdawałoby się, celem miało być wydobycie maksimum komizmu z wątków Dzikiego Zachodu. (…) Jednakże okazało się, że czeskim filmowcom nie było tego dość; że chcieli zabawy, ale z morałem; że ich parodię miał zamknąć końcowy akcent satyryczny, który w gruncie rzeczy godzi już nie w sam gatunek (w oczywisty sposób im sympatyczny), ale w zasadę nadrzędną cywilizacji wspartej na interesie. (…) Zręczność „Lemoniadowego Joe” polega na tym, że ów morał (…), nie tylko nie został wyjawiony przed sceną końcową, ale doskonale mieści się w ramach przyjętej dla całego filmu stylistyki. (Joanna Guze, „Film” 1965, nr 34)
 
Prelekcję przed filmem wygłosi Jacek Dziduszko, dziennikarz filmowy i animator kultury.
 
Bilety na seans: 12 zł
 
Partner cyklu: Czeskie Centrum w Warszawie
__
CZESKIE ŚRODY w kinie Wisła: „Lemoniadowy Joe”
środa, 9 lipca, godz. 20:00
Nove Kino Wisła, Plac Wilsona 2

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑