Česneková polévka – czeska zupa czosnkowa – przepis

Kiedy słyszę słowo „zupa” myślę tylko i wyłącznie o „Česnekovej”. Żadna inna zupa tak mi nie smakuje i żadna inna nie kojarzy mi się tak jednoznacznie z Czechami. Dzisiaj postanowiłem zmierzyć się z tym typowym dla Czechów przysmakiem. Od razu Wam powiem – warto stać przy garach!

Niezbędne składniki
Niezbędne składniki

Do ugotowania typowej zupy czosnkowej będziecie potrzebować:

  • 2 główki czosnku (nawet 3 jeśli ktoś lubi mega-czosnkowy smak)
  • okruchy z 4 kromek chleba
  • 3 średnie ziemniaki
  • 1,5 litra bulionu gotowanego na kurczaku
  • czosnek granulowany (całe opakowanie)
  • 2 jajka
  • olej bądź oliwa z oliwek
  • ser żółty, przyprawy
  • 2 kromki chleba tostowego pokrojone w kwadraciki (na grzanki)
  • natka pietruszki

Najpierw gotujemy kurczaka aż puści swoje charakterystyczne oka tłuszczu. Dodajemy ziemniaki. Gotujemy aż ziemniaki będą średnio ugotowane.  W tym samym czasie przeciskamy dwie główki czosnku przez  praskę. Olej rozgrzewamy na patelni, wrzucamy czosnek (uważajcie by go nie przypalić, bo zmieni smak na gorzki!!) a następnie dodajemy okruchy chleba. Ma być ich tyle aby pochłonęły całą oliwę z patelni.

2krokWyjmujemy kurczaka z bulionu. Dwa jajka możemy roztrzepać widelcem w talerzu i wlać do zupy. Ja jednak wybrałem inny sposób – jajka wbiłem bezpośrednio do garnka. Niektórzy je tak zostawiają aby się ścięły. Ja wolałem jednak, aby żadne całe żółtka mi w zupie nie pływały. Gdy jajka były już ugotowane, wsypałem całe opakowanie mielonego czosnku.

Gdy zupa gotowała się na małym ogniu, w tym samym czasie smażyłem na suchej patelni grzanki z chleba tostowego.

4krok

 Na spód talerza położyłem trochę startego sera żółtego i zalałem wrzącą zupą. Posypałem na wierzch grzanki i przyozdobiłem natką pietruszki. Woń czosnku unosiła się w domu jeszcze pół godziny.

Tak się prezentuje gotowe danie.
Tak się prezentuje gotowe danie.

Drogie Panie, podobno zupa czosnkowa działa jak afrodyzjak. Czeszki robią to danie, aby usidlić w swych ramionach swoje sympatie. Niektórym się wydaje, że zupa czosnkowa jest złym pomysłem na walentynkowy wieczór, ale według słów moich znajomych koleżanek z Czech są sposoby na pozbycie się kłopotliwego zapachu czosnku. Wystarczy po posiłku wypić szklankę mleka lub, co bardziej kuszące, przegryźć zupę czekoladą. Oba te składniki niwelują nieprzyjemny zapach.

Na koniec małe podsumowanie:  koszt dania (cały 4-litrowy garnek) to jedyne 12 zł. Muszę się jeszcze pochwalić, że tak dobrej zupy czosnkowej jak tak, która dziś zrobiłem, nie jadłem jeszcze w żadnej czeskiej hospodzie.

Zjarani Polacy w Pradze

W czeluściach Internetu natknąłem się oto na niezwykle barwny językowo felieton, w którym dziennikarz portalu Interia.pl opisuje wyprawę Ślązaków do Pragi.  W oczekiwaniu na wyniki wyborów udaję się więc w podróż do kolegi Czecha. Zapytam się go czy Czesi rzeczywiście tak patrzą na Polaków w Pradze, jak to pokazane jest w felietonie.

Ilustracja do tekstu
Ilustracja do tekstu

– Ukoncete prosim vystup a nastup, dvere se zaviraji – mówił głos baby w praskim metrze, a ujarane chłopaki z Katowic aż się od śmiechu zataczały po wagonie. Czesi na nich patrzyli tak, jak zawsze patrzą na Polaków, czyli z mieszaniną niechęci i współczucia, dodając dziś tylko do tego zestawu nieco zdumienia.

A chłopaki ryczeli: „o ja pierdole wystup a nastup, ło kurwa, wystup a nastup”. Dwerze se zawirali, metro jechało dalej, po paru minutach znów się zatrzymywało, baba znowu mówiła, że „vystup a nastup”, że „nastupni stanice – Malostranska”, a chłopaki w brecht.

(…)

Nie bardzo było co robić. Od Mostu Karola po Plac Wacława wszystko było dokumentnie zajebane tłumem, w którym Czechów w ogóle nie było. Czesi ograniczali się do siedzenia w sklepikach i sprzedawania turystom najgorszego szitu na świecie: skarbonek w kształcie Dobrego Wojaka Szwejka i wzwiedzionych porcelanowanowych chujów z napisem I LOVE PRAGUE.

Handlowali nawet swoją Słowiańszczyzną i sprzedawali ruskie matrioszki, co mnie bardzo bawiło, bo Czechom, generalnie, bardzo zależy na tym, żeby nie kojarzyć ich z tym całym wschodnioeuropejskim gównem, tylko od razu z Austrią i Niemcami, no, może ewentualnie Słowenią i Chorwacją, gdzie lubią jeździć na wakacje.

Polscy absolwenci kulturoznawstwa łazili po Holeszowicach i Nuslach w poszukiwaniu prawdziwej Pragi, ale to nie miało sensu. Tu była prawdziwa Praga. To, co tu widzieli – to była właśnie prawda, niezależnie od tego, czy im się to podobało, czy nie.

No, ale absolwenci łazili po Żiżkowie i po Winohradach i szukali gospód, w których siedzą prawdziwi Czesi. I, zaprawdę, znajdowali. Zamawiali piwo i przyczajali się w rogu, jarając petry i sparty tak, jak Amerykanie jarali gitanesy w międzywojennym Paryżu. Co odważniejsi przysiadali się do pytlujących czeskich chłopów i mówili, że dobrydeń, że oni od zawsze, że Praga, że Sverak, że Hrabal, że śmiejące się bestie. A śmiejące się bestie bredziły coś o tym, że świat jest po chuju i zły, że euro już niedługo padnie, a Unia razem z nim, że polska gospodarka to wyścigówka na glinianych kołach, że Polacy są lenie i nie są w stanie wypracowywać tego swojego pekabe, więc rząd w Warszawie fałszuje dane, i że Niemcy w końcu znowu napadną na Polskę żeby odebrać te wszystkie dotacje unijne, które szły z ich budżetu, a przy okazji Szczecin i Wrocław. Bestie śmiały się i pierdoliły to samo, co pierdolą wszystkie inne bestie we wszystkich innych gospodach całego świata, czyli, że islam niedługo zaleje Europę i że to już ostatnie podrygi w miarę wolnego świata, że kiedyś było lepiej, nawet, jeśli było gorzej, i że zrobiliby remont mieszkania, a przynajmniej wymienili instalację elektryczną, ale nie mają hajsu.

Absolwenci mieli ze sobą kajeciki, w których zapisywali te wszystkie mądrości, a Czesi znów patrzyli na nich ze zwykłym zestawem emocji towarzyszących patrzeniu na Polaków.

Tymczasem chłopaki, które ujarane przejechały już wszystkie trzy linie praskiego metra i ryły do rozpuku z wystupa i nastupa, wyszły w końcu na stacji gdzieś na Nowym Mieście i pokapowały się, że gandzia im się skończyła.

Co jeszcze przytrafiło się w Pradze mieszkańcom Katowic? Czytajcie DALEJ!

FRAGMENT TEKSTU POCHODZI Z PORTALU HA.ART.PL

EDIT: Nie mogłem się powstrzymać. Kwintesencja polskości w tym oto filmiku:

Praga przed wojną i dziś

Początek XX wieku upłynął w Pradze pod znakiem wielkiego postępu technicznego. Tramwaje elektryczne stopniowo wypierały tramwaje konne, budowano szereg nowych przedsiębiorstw przemysłowych, z których większość powstawała na peryferiach miasta. Do centrum natomiast wkroczyła secesja.

1.Staroměstské náměstí, 1929

Po szarości czasów wojny nastąpił czas rozwoju w okresie międzywojennym. Wzniesiono wiele nowych budynków. Praga rozrastała się w swoich rozmiarach – przyłączone zostały między innymi Vinohrady czy Smíchov. W tym okresie doszło do największego poszerzenia granic miasta w jego historii. Burzliwy rozwój miał miejsce nie tylko w architekturze, ale też w transporcie.  Plac Wacława został dostosowany do komunikacji samochodowej, w Kbelích zaczęły lądować pierwsze samoloty. We wrześniu 1929 roku po ponad pięciuset latach zakończono budowę katedry św. Wita. Lata 30. upłynęły pod znakiem kryzysu gospodarczego. Mimo to do użytku oddano międzynarodowe lotnisko Ruzyně, przebiegała regulacja Wełtawy i pojawiły się pierwsze projekty metra.

2,Stavba Jiráskova mostu, 2. 5. 19293.Václavské náměstí, kolem 1930

Praga podobnie jak inne miejsca została ogarnięta przez wydarzenia wojenne, jednak  nie doszło tu do większych zniszczeń. 15 marca miasto zostało zajęte przez wojska niemieckie. Następnie Ogłoszono utworzenie Protektoratu Czech i Moraw, co oznaczało włączenie do Rzeszy niemieckiej. Wprowadzono prawostronny ruch, który spowodował chaos w komunikacji tramwajowej. Na terytorium protektoratu zamknięto wszystkie uczelnie wyższe.

4.Most Karola, 1930

Od lutego 1948 roku przebiegała nacjonalizacja przedsiębiorstw, zbudowano pierwsze duże osiedla, zostały zmienione nazwy wielu ulic i placów, postawiono pomnik Stalina. W 1960 roku wprowadzono nowy podział terytorialno-administracyjny Pragi oraz doszło do przyłączenia dalszych czterech miejscowości. Dzielnice od Pragi 1 do Pragi 10, które ustanowiono w tamtym okresie, istnieją w tej samej postaci do dnia dzisiejszego. Kolejne zmiany przyniósł Pradze rok 1960. Miasto powiększyło się w wyniku przyłączenia następnych 30 miejscowości , rozpoczęto budowę tramwaju podziemnego, który później przebudowano na metro. Doszło do pewnej demokratyzacji stosunków, zniesiono cenzurę. W nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 do miast wkroczyły wojska ZSRR. Niektórzy Prażanie starali się oponować, jednak bez powodzenia. Siły Układy Warszawskiego wyrządziły znaczne szkody.

5.Václavské náměstí nocą, 1934

Następował dalszy rozwój miasta, wybudowano miedzy innymi Nuselsky most. Okres do 1980 roku zaznaczył się rozwojem wielkopłytowych osiedli, otworzeniem metra czy budowy magistrali.

6.Národní třída, 1958

Przyłączono około 30 dalszych miejscowości, rozpoczęto przygotowania do budowy następnych dużych osiedli, jak na przykład Miasto Południowe (Jižní město).

7.Osiedle Červený Vrch, 1963

Od 1993 roku Praga jest stolicą Republiki Czeskiej, a w 1996 zakończono budowę znanego Tańczącego Domu. Na początku nowego stulecia Praga stała się jedną z ważniejszych metropolii europejskich, w 2006 roku zajęła 12. Miejsce na liście najbogatszych regionów Unii Europejskiej.

Źródła: 1, 2, 3.

Czeskie uzdrowiska

Mam nadzieje, że każdy sobie wypoczął po długim weekendzie. Cieszmy się z tego, że w połowie listopada temperatury sięgają zawrotnych 18 stopni i nie musimy jeździć do sanatoriów i saun się wygrzewać.

Zaciekawiła mnie długa tradycja uzdrowiskowa na ziemiach czeskich. Każdy wie, że na terenie republiki działa mnóstwo (ok 40 uzdrowisk), ale nie każdy wie kto się do tego przyczynił. Najlepsze jest, że w jakiś sposób ta osoba łączy też trzy narody : PL, CZ i Niemcy. Ale po kolei…

Czytaj dalej „Czeskie uzdrowiska”

Centrum Ostrawy umiera

Życie w tym chętnie odwiedzanym przez Polaków mieście powoli umiera. Wszystkiemu winna jest Nowa Karolina…

Już wtedy, gdy mieszkałem w Ostrawie, dało się zauważyć, że centrum miasta jest praktycznie wymarłe. Ludzi spotkać można było tylko w weekendy i tylko na imprezowej ulicy Stodolni. W ciągu dnia tramwaje jeździły puste a Rynkiem Masaryka przechadzali się wyłącznie osoby wracające z zakupów w pobliskiej Billi. Pustka zaczęła oddziaływać również na lokalny biznes.

Jako pierwsza o likwidacji swojej placówki z ostrawskiego rynku zdecydowała Česká spořitelna. Inne banki również się ewakuują. Złe czasy nastały też dla Hotelu Palace i McDonald’sa. Pierwsza poza praska restauracja tej amerykańskiej sieci po dwudziestu latach znika z ostrawskiego Rynku. Wszystkiemu winna jest Nowa Karolina – nowo otwarte centrum handlowe, do którego przeniosło się życie towarzyskie ostrawiaków.

Na pocieszenie można dodać, że w historycznym centrum miasta powstała wreszcie cukiernia, która jest otwarta w weekendy dłużej niż do godziny 14:00. Jest to ważne miejsce dla ostrawaków, mogą się tam napić dobrej kawy i nikt ich stamtąd nie przepędzi z powodu zamknięcia lokalu. Zainteresowanie jest ogromne – nie ma się czemu dziwić – na ostrawskim Rynku albo wszystkie lokale zajęte są przez banki albo wszystko jest zamknięte.

Przykładem ratowania sytuacji przez miasto jest wynajem za symboliczną koronę lokalu pod bar mleczny. Miejsce prowadzone jest przez osoby z grupą inwalidzką, których denerwowało to, że w weekendy nie było gdzie pójść w Ostrawie. Teraz zapraszają do siebie.

Na brak zainteresowania i ruchu nie narzekają właściciele Nowej Karoliny. Nie od dziś wiadomo, że ludzie wolą mieć wszystko pod jednym dachem. Władze miasta, mimo, że nic z faktem wymierania miasta nie robią, potrafią tylko narzekać. Na sygnały mieszkańców dotyczących braku miejsc parkingowych w centrum nie reagują.

I tak Ostrawa pozostawiona sama sobie, żyjąca od imprezy do imprezy na Stodolni, od klienta do klienta w kolejnym H&M w Karolinie, powoli umiera…

Przysięgali Masarykowi, walczyli za Wehrmacht

8 października 1938,  dokładnie przed 74 laty, wywrócił się do góry nogami żywot dziesiątek wsi między Opawą a Ostrawą. Pograniczne tereny po raz kolejny przeszły we władanie Trzeciej Rzeszy. O Czechach walczących w mundurach wermachtu mało kto mówi jednak głośno…

 

Hlučínsko, bo o tym terenie mowa, przez lata przechodziło z rąk do rąk. Po układzie monachijskim przeszło z rąk Czechów w ręce Niemców. 17 grudnia 1943 roku pan Adolf Kurka ze Štěpánkovic miał urodziny. Tego też dnia wcielono go do niemieckiej armii. Jego historia jest zarówno zapisem historii ziem przy dzisiejszej polskiej granicy. Narodowości, języki i kultury żyjąc obok siebie łączyły się w jedną czechosłowacko-niemiecko-pruską masę. Jedynym obowiązkiem wtedy była służba wojskowa. Większość szła do czeskiej armii, niektórzy Czesi włożyli niemieckie mundury. Nie dziwiło to nikogo: tutejsza ludność żyła pod niemieckim wpływem a reszta republiki patrzyła na to biernie przymykając oczy.

Hlučínsko to specyficzny obszar. Jako ostatnie zostało włączone do Republiki Czeskiej. Historia tych ziem była w szkołach tematem tabu. Nikt o tym nie nauczał, nikt nawet o tym nie mówił.

W 1472 roku teren należał do Prus. W 1920 roku przeszedł we władanie Czechosłowacji mimo protestów miejscowej ludności. Osiemnaście lat później zajęli go Niemcy, których witano niczym wybawców. Komuś kto nie żyje na co dzień na tych 300 km kwadratowych, ciężko jest zrozumieć historię tych ziem. Warto wiedzieć jednak, że tamtejsza ludność jest niezwykle różnorodna. Autochtoniczna ludność zwykła sama identyfikować się jako Morawcy (Moravci) lub Prajzáci i posługiwała się specyficzną mową zaliczaną do gwar laskich. Ludność zamieszkującą na południe od rzeki Opawy, na dawnym Śląsku Austriackim przezwała Císarákami. Mówi się, że Prajzáci odziedziczyli wiele niemieckich cech. Najważniejszą i najbardziej widoczną jest zamiłowanie do porządku („Ordnung muss sein„). Każdej niedzieli widzimy mieszkańców pogranicza zamiatających dokładnie nie tylko chodniki, ale również ulice przy swoich domach.

Tożsamość narodowa w Kraiku Hluczyńskim nie jest jednoznaczna: „Ani to Czech, ani to Niemiec. Na pewno już nie Morawianin, ale też nie Morawiec. Najszybciej będzie to Ślązak  a najpewniej Prajzák.” – tak mówi o sobie miejscowa ludność.

Według spisu ludności z 2001 roku Hlučínsko zamieszkują:
Czesi 88%;
Ślązacy 3,6%;
Niemcy 2,6%%;
Morawianie 1,8%;
Polacy 0,2%.

Opracowanie własne, źródło internet.

 

Pardubice – miasto piernika

Ostatnie promienie słońca w tym roku udało mi się złapać w przepięknym mieście w środkowej części Republiki Czeskiej czyli w Pardubicach. Miasto nazywane jest czeskim odpowiednikiem naszego Torunia.

O Pardubicach słyszałem w zasadzie niewiele. Pierwszą i najważniejszą reczą jest fakt, że miasto słynie z produkcji pierników. Poza tym Pardubice rywalizują wciąż z sąsiednim miastem Hradec Králové. Spór trwa od dawna i w zasadzie ciężko jest mi połapać się o co tak naprawdę ci sąsiedzi się kłócą. Wokół sporu narosło wiele śmiesznych opowieści między innymi taka, że północne miasto nazywane jest Mechov z racji tego, że jego mieszkańcy nie znając papieru toaletowego podcierali się mchem…

A  wracając do samych Pardubic… Miasto okazało się bardzo ładne i przyjazne. Na początku przywitało nas komunistycznym dworcem. Na jednej ze ścian wciąż widniała mapa Czechosłowacji. Po krótkim spacerze Aleją Pokoju trafiliśmy na dawne stare miasto. Powitała nas Zielona Brama, która otworzyła nam drogę na Rynek. A sam Rynek zjawiskowy, jak to zwykle w czeskich miasteczkach. Odrestaurowane kamieniczki i ciasne uliczki. Właśnie takie piękne miejsca sprawiają, że uwielbiam odkrywać nowe miejsca w kraju naszych sąsiadów.

Kilkaset metrów dalej byłem już na dziedzińcu odrestaurowanego zamku. Trafiliśmy akurat na miejskie dożynki. Panie ubrane w regionalne stroje ludowe niosły zboże i chleb a kapela przygrywała im ludowe przyśpiewki. O takich atrakcjach każdy czechofil może tylko pomarzyć. Oprócz degustacji chleba można było skosztować lokalnych słodyczy (furorę zrobiły malutkie kuleczki nazwane „ciastkami weselnymi”) oraz piwa Pernštejn.

Zmęczeni wojażami usiedliśmy w restauracji na obiad. Tym razem hitem menu okazał się smażeny syr 🙂 Droga powrotna na dworzec minęła nam szybko, nie mogliśmy doczekać się żeby spróbować pardubickich pierników! Wybór był ogromny, na zakup pierników decydowaliśmy się tak długo, że pani sprzedająca je chyba powoli traciła cierpliwość. W końcu w naszych rękach znalazł się Krecik oraz piernikowy deser truskawkowy.
Powrót do Pragi był niezwykle komfortowy dzięki prywatnym pociągom RegioJet. Co jak co, ale České dráhy powinny zacząć się bać konkurencji. W cenie biletu dostaliśmy catering oraz poranne gazety.

 

Zobaczyć „pepiczkową” Pragę…

Kolejny wyjazd do Pragi. To napięcie, gdy zbliża się termin podróży. To podniecenie, gdy pomyślisz sobie, że znowu spróbujesz Kofoli i zobaczysz te same zapierające dech w piersiach budowle… No właśnie, znowu te same. Czy Praga po trafi jeszcze zaskoczyć kogoś  kto był w niej kilkanaście razy?

Zawsze, gdy szykuję wycieczkę do Republiki Czeskiej staram się wymyślać dla siebie, jak i innych ciągle nowe atrakcje. Tym razem nie było inaczej. Oprócz doznań wzrokowych powstałych na skutek podziwiania Starego Miasta oraz rejonu Mostu Karola, postawiłem na doznania samakowe. Nie wiem jak wy, ale ja zawsze najbardziej cieszę się na Kofolę czy sviczkowou. Możliwość kupienia typowego czeskiego obiadu za 69 koron, którym nie dość, że się najem, to popieszczę podniebienie jest dla mnie nieodłącznym punktem czeskiej wycieczki. Przysłowiową wiśnienką na torcie była kiełbasa na Placu Wacława polana ketchupem curry. Jego smak chodził za mną od tegorocznej majówki. Tak się zajadając, zacząłem się zastanawiać czy Praga i Czechy kuszą mnie tym znanym i poznanym czy właśnie czymś nowym. Czy Praga potrafiłaby mnie jeszcze czymś zaskoczyć?

Takie zaskoczenie przyszło szybciej niż się spodziewałem. Spacer pustą ulicą Nerudovą w kierunku Hradczan wywarł na mnie piorunujące wrażenie: nigdy wcześniej nie widziałem zupełnie pustej Pragi. O ile Vaclavak tętnił życiem, o tyle rejony pałacu prezydenckiego świeciły pustkami. Jesienne powietrze i ta dziwna pustka – to było niczym piorun. Magia Pragi jeszcze nigdy nie była tak namacalna. Praga bez turystów jest jeszcze dostojniejsza.

Dlatego gdy spotkałem grupkę dziewczyn z Polski, które po raz pierwszy przyjechały do Złotego Miasta, byłem bardzo zadowolony. W ich zachowaniu widziałem siebie sprzed kliku lat, gdy wszystko co praskie było dla mnie nieznane. Taki mały powrót do przeszłości. Opowiadały o tym, że jechały tutaj z pewnym wyobrażeniem tej „pepiczkowej” Pragi z Krecikiem na każdym kroku oraz pijącymi Absynt Czechami. Ani Krecika ani tym bardziej upojonych Absyntem Czechów jakoś nie było widać. Zamiast tego byli Czesi nie mówiący zbytnio po angielsku oraz ci źli Czesi-kanarzy, który grozili aresztem za nieskasowany w metrze bilet. Ta „pepiczkowość” gdzieś się rozmyła.

Czym właściwie jest ta „pepikowość”? Jakie jest właśnie wyobrażenie Czecha wśród Polaków? Każdy odpowie sobie inaczej na to pytanie. Wiem jednak, że nawet tygodniowy wyjazd do Pragi nie pokaże polskiemu turyście jacy naprawdę są Czesi. Choć w klubach są bardzo otwarci, na ulicy są jakby niewidoczni. Śmieszy mnie, gdy ktoś chwalił się, że spędził wakacje w Czechach. W Czechach tzn. gdzie? W Pradze? Jeśli chcesz poznać prawdziwych Czechów, wyjedź poza Pragę! Wszystkim to będę zawsze powtarzał, a moim znajomym zawsze będę pokazywał miejsca inne niż Złota Praga.

Turysto! Zakochaj się w Republice Czeskiej!

CzechTourism postanowił „rozruszać” trochę ruch turystyczny w Republice Czeskiej i postawił na ścieżki śladami znanych osób

Kampania stawia na historie znanych ludzi, którzy kiedykolwiek pojawili się na ziemi czeskiej. Podróże śladami np. Goethego mają być „niezapomniane”.

Niemców na pewno zaintersuje szlak zakochanego w siedemnastolatce Goethego. Gdy ta spotkała na swej drodze 72-letniego poetę, została przez niego poproszona o rękę. Odmówiła. Zrozpaczony Niemiec swój żal wylał na papier i tak oto powstała „Mariánskolázeňská elegie”. Wspomniana niewiasta imieniem Ulrika już nigdy za mąż nie wyszła. Zmarła w wieku 95 lat w czeskich Třebívlicích.

Z kolei Praga swym pięknem powaliła na kolana Alberta Einsteina. To właśnie to miasto zainspirowało go do stworzenia teori względności. Włochów na pewno zainteresuje historia ich pisarza Franceska Petrarku, który również zakochał się w stolicy Republiki. To, że Praga oszołomi każdego wcale nie dziwi, mnie nie dziwi również, że Piotr Czajkowski tak bardzo zakochał się w Pradze i Czechach, że zaczął uczyć się języka czeskiego.

Kampania wystartuje jak najszybciej się da, aby przedłużyć sezon turystyczny. „Naszym celem jest ożywić ruch turystów i utrzymać na dobrym poziomie dochody w sferze turystycznej. Jednak najbardziej liczymy na zwiększenie rozpoznawalności naszego kraju za granicą” – powiedział szef CzechTourism Rostislav Vondruška.

Reklamy kampani pokazywane będą w wielu krajach europejskich, m.in. w Polsce. Banery oraz zajawki pojawią się też np. w piśmie National Geographic czy francuskim Le Monde.

Czesi na Mazurach

Jesteśmy na wczasach w tych MAZURSKICH lasach, w promieniach słonecznych opalamy się…

Czy Wy też tak macie, że Czechów przyciągacie? Co jak co, ale Mazury to region dość odległy dla Czechów i niezbyt często tu przyjeżdżają.  Nic już mnie nie zdziwi po dzisiejszym wypadzie wąskotorówką z Ełku 15km w głąb mazurskich lasów. Lokomotywa lekko sunie po szynach, ich wąski rozstaw powoduje, że rytmicznie bujamy się raz w prawą stronę raz w lewą. Przy każdym przejeździe słychać głośny gwizd i bucha para. Przystanek Mrozy Wielkie, a żar się z nieba leje. Do czerwonego wagonika wsiada małżeństwo. Już na pierwszy rzut oka coś zaświtało. Koszulka z rajdu rowerowego z napisami czeskimi jeszcze bardziej podgrzała atmosferę. Moment konsternacji i … jest – pośród dzikich drzew, buchającej pary z lokomotywy i dźwięku migawek z aparatów turystów usłyszałem język czeski. Radość olbrzymia, ale pierwsze co nasuwa się na myśl, co oni tu, pośród dziczy gdzieś głęboko w lesie robią? O dziwo, nie wyglądali jak stereotypowi Czesi. Ubrani zwyczajnie, jak normlani turyści, bez skarpet pod kolana, bez toreb foliowych, lecz schludnie i swobodnie, z lnianą eko-siatką.

Warto uczyć się języka, znajomość czeskiego pomogła. Konduktor słysząc, że nowi pasażerowie nie rozmawiają po polsku zapytał łamiącym się głosem: „sprechen  Sie deutsch?” Od razu wysłałem Czechofila do pomocy. Szybko dogadali się co do ceny biletu i miejsca dojazdu kolejki. Tak rozpoczęła się wakacyjna przygoda…

Pola, jeziora, rosnąca wysoko kukurydza nasuwała mi myśl: „A gdyby tak zrobić w niej labirynty, pobuszować, zgubić się w niej, a później głośno krzyczeć AHOJ?!” W tym momencie moje myśli zostały przerwane przez rozbrzmiały ostatni już gwizd i konduktorski krzyk: „Stacja końcowa, czas rozpalać ognisko!”

Drewno ustawione, dzieci na polanie rozgrywają mecz dziewczynki kontra chłopcy, a my Czechów zaprosiliśmy do wspólnego biesiadowania. Pani Petra na samym początku strzeliła Czechofilowi komplement, że ma ładny akcent i prawie nie słychać, że jest Polakiem. Serce urosło, duma rozbiła dystans i mogliśmy swobodnie usiąść. Nasi napotkani Czesi, Państwo Novakowie pochodzą z Karkonoszy. Mieszkają zaraz przy polskiej granicy, dlatego później przyznali się, że znają trochę polskich słówek, ale są radzi że mogą rozmawiać po czesku. Opowieści nie było końca, zapytani co robią właśnie tu, w tej głuszy, odpowiedzieli, że ich syn bierze udział w rajdach rowerowych, a ostatni właśnie przebiegał przez ełcką promenadę. Z racji tego, że jest to spory kawałek od Czech, postanowili spędzić tu kilka dni i wypocząć nad jeziorem. Mieszkają w gospodarstwie agroturystycznym, co ciężko im było wypowiedzieć lecz domyśliliśmy się po wcześniejszych kombinacjach słowotwórczych w po czesku zaczynając od „eko”,” ekogospodarka”. Pan Vladimír ubolewał, że jego kraj nie ma tak pięknych naturalnych jezior, dlatego każdą wolną chwilę spędza na wędkowaniu na swoim 3-metrowym pontonie.

Mój poprzedni wpis opowiadał o typowych zachowaniach Czechów na wakacjach. I tak Pani Petra zdradziła nam, że gdziekolwiek jadą ważna jest dla nich jakość jedzenia. Niektóre wyjazdy pamięta negatywnie z powodu braku dobrego pieczywa, dlatego na wszelki wypadek zabiera ze sobą paczuszki z popakowanymi sześcioma kromkami czeskiego chleba. Na tym wyjeździe dwie mazurskie kucharki przygotowały dla turystów cały gar pysznych kartaczy. Zachęciliśmy naszych biesiadników do spróbowania regionalnego specjału. Pan Vladimír powiedział, że kiedyś lubił bardziej knedliki, a teraz ubóstwia bramboraki, dlatego jak dowiedział się że to duży kawał ziemniaków z mięsem, nie omieszkał spróbować. Pani Petra tak była zachwycona specjałem, że tylko uszy się trzęsły, a chrupot gryzionego kiszonego ogórka uwalniał lekki uśmiech na jej twarzy. Dobrze doradziliśmy.

Wyjazdy i ciągłe podróże. Małżeństwo Czechów dotrzymywało nam cały czas towarzystwa, wspólnie opalanie kiełbasek nad ogniskiem sprzyjało kolejnym rozmowom. Tak dowiedzieliśmy się, że ci Państwo zwiedzili więcej miast w Polsce niż my razem. Są zauroczeni dobrodziejstwami Polski i nie wyobrażają sobie choć kilku dni wolnego nie spędzonych u nas. Pan Vladimír zapytał się czy można kąpać się w Wiśle. Często przyjeżdża do stolicy, syn jeździ na rajdy na bemowskie  lotnisko, a on chętnie gdzieś by popływał. Zszokowani takim pytaniem jednogłośnie odpowiedzieliśmy: „W Warszawie, w Wiśle? NIE!” Mamy zbyt brudną rzekę, żeby ryzykować. Zaproponowaliśmy mu kilka pobliskich jezior oraz zalew na północ od stolicy i oczywiście liczne otwarte plenerowe kąpieliska.

Nastąpił czas powrotu. Lokomotywa przyczepiona z drugiej strony, pasażerowie zajmują małe drewniane ławeczki. Wagoniki otwarte z możliwością podziwiania przyrody przepełnione, ale znaleźliśmy jeszcze ostatnie miejscówki. Pani Petra przyszła się pożegnać, bo niestety wolne miejsca znalazła w ostatnim wagoniku. Nie było nam dane wspólnie rozmawiać i fotografować się. Nasyceni całodniowymi pogawędkami zasiedliśmy. Para buch, koła w ruch, a mi się w oku łza kręci. Cały dzień laby, brak zmartwień i przesympatyczne towarzystwo odchodzi z każdym kilometrem do lamusa, a zielona tabliczka z napisem Ełk, a pod nią znak teren zabudowany spowodował otrzeźwienie i uświadomił mi, że czas już wrócić do miejskich klimatów. Czechofil zapewnił mnie, że w przyszłym sezonie, przy kolejnym urlopie też można się wybrać w taką podróż, ale czy i wtedy spotkamy Czechów, którzy tak chętnie ćwiczyli z nami czeski?

Nie wiem jak to się dzieje. Gdzie nie pojedziemy, tam Czechów spotkamy. Wizyta w Augustowie zaowocowała uroczą zabawą w Czeskim Lunaparku. Niestety dopiero dziś nadeszła możliwość swobodnego zapoznania się z Czechami i mogliśmy z nimi na luzie porozmawiać. Wokół ogniska zebrało się skupisko „gapiów”, którzy byli zaskoczeni,  że dogadujemy się z przyjezdnymi tak płynnie. Uważam, że Państwo Novakowie dotrzymali nam lepszego towarzystwa, niż polska młodzież  szalejąca z browarami nad rzeką. Bardzo miło spędziłem ten dzień i jeszcze nie raz będę wracał do naszych kochanych Czechów.

Pozdrowienia z krainy kartaczy

Dan Stefański

Nowa mapa Czech

Serwis Lidovky.cz postanowił zebrać w jedno miejsce wszystkie potoczne określenia miejsc znajdujących się w Republice Czeskiej. Niektóre nazwy wprost powalają na kolana. 

W południowoczeskim Vimperku mają Suez, na pewnym osiedlu w Czeskich Budziejowicach mają ulice Hokejową a w Rumburku mamy Ciekawską ulicę. Ale to tylko część z tych potocznych nazw miejsc, które nadali swoim miejscom tubylcy.

I na przykład miasto Orlová jest nazywana Rondlem, dzięki wielkiemu zagęszczeniu obwodnic i objazdów.  Mieszkańcy Jeseníka natomiast dzielnicę urzędową nazywają Pentagonem. Wspomniany Suez to tak naprawdę ulica Piwowarska a swoją potoczną nazwę zawdzięcza temu, że jest porównywana do cieśniny Suez łączącej morza Czarne i Śródziemne, która jest wiecznie zakorkowana.

Ulica Ciekawska w Rumburku to tak naprawdę Smilovského ulice. Przez to, że w domach przy tej ulicy jest mnóstwo wielkich okien, łatwo z nich obserwować co się wokoło dzieje. Stąd miejscowi ulicę tę nazywają Ciekawską. Niesamowita też jest historia brneńskiej Kraví hory, którą nazywa się Monte Bú. W Brnie znajdziemy też Bronx, BlekfíldBílý dům albo Brněnský Manhattan. Brnieński uniwersytet oraz wieża telewizyjna na Kavčích w Pradze, nazywane są Rohlikami.

 Oxfordem nazywana jest szkoła techniczna w Otrokiwicach. Nabrzeże w Písku nazywane jest za dnia Amsterdamem, a po zmroku Titanikiem.

Ciekawą historię ma też długowieczny konflikt na linii Pardubice – Hradec Králové. Mieszkańcy Pardubic nazywali Hradec Mechov, a to z tego powodu, że w mieście tym przez długi czas nie wiedziano co to jest papier toaletowy a mieszkańcy podcierali się mchem… Jednak gdy spojrzymy na sprawę odwrotnie to mieszkańcy Hradca nazywają sąsiadów używając określenia Koněpůlky, a to przez wizerunek połowy konia w herbie miasta.

 Silicon Hill stoi w Pradze a chodzi o akademik studencki. Nová Fukušima to nazwa budowanej właśnie Nowej Karoliny w Ostrawie, która wyglądem podobno przypomina elektrownię jądrową. W Czelakowicach (Čelákovicíce) ulicę Stankovského nazwano Chińskim Murem ze względu na to, że komunistyczne bloki przy niej stojące tworzą jakby ścianę, która podzieliła miasteczko na dwie części.

To tylko część z wielu takich miejsc zgłoszonych przez czytelników Lidovky.cz. Żeby opisać je wszystkie, nie starczyłoby tu miejsca. Reszta dostępna jest w tym miejscu. Miłego czytania!

Gramar Regionalne Specjały, Białystok

 Wizyta w Białymstoku oprócz spotkania się z Czechem przyniosła też możliwość zaopatrzenia się w czeskie smakołyki. Do wszystkich niedowiarków: w Białymstoku naprawdę uda się nam kupić Kofolę!

Ale oprócz słynnego napoju naszych południowych sąsiadów, w stolicy Podlasia kupimy także czeskie piwa, czekoladę Studentskou, Kofilę od Orionu, wodę Rajec w różnych smakach, morawską śliwowicę.

Amatorzy regionalnych specjałów znajdą też litewskie lane piwa oraz pieczywo.

Wszystkich białostockich Czechofilów zapraszam na Warszawską 74 do sklepu Gramar.

Karlovy Vary

*Oprócz pięknej Pragi, czekały też nas inne miasta Republiki Czeskiej. Wszak jest to bardzo atrakcyjny kraj. Tym razem wsiedliśmy w autobus by za godzinę podziwiać Karlovy Vary*

P5010902.JPG

Dużo się naczytałem o tym miejscu w internecie, wiele opinii słyszałem i wiele zdjęć obejrzałem. Ale nie ma to jak zwiedzanie na żywo. Podobno miasto w połowie jest czeskie, a w połowie rosyjskie. Coś w tym jest, bo Rosjanie zrobili istny nalot na ten kurort. Było ich słychać niemal wszędzie, każda sklepowa witryna miała rosyjski napis.

Wprost nie mogę w to uwierzyć, że są tak piękne miejsca na ziemi, jak na przykład Karlovy Vary. Bogactwo architektury powala, każda kamienica jest starannie odrestaurowana, chodniki równe, trawka przystrzyżona. Wirtyny sklepowe uginają się pod ciężarem kryształów, biżuterii i pamiątek. O dziwo nie Krecików, ale matrioszek! Na każdym kroku widzimy ujęcia gorącej (55 stopni C.) wody pitnej, skąd turyści ją czerpią specjalnymi kubeczkami (za 189 koron). Ceny w restauracjach powalają na kolana zwykłego śmiertelnika, a na domiar złego, w tym upale nie mogliśmy znaleźć żadnego sklepu spożywczego, żeby sobie kupić chociaż butelkę karlovarskiej wody Mattoni. Na szczęście trafiliśmy na stoisko, gdzie sprzedawano zielone piwo! Rzeczywiście jest bardzo zielone i pyszne!

DSC03510.JPG

Gdy obeszliśmy część reprezentacyjną, nadszedł czas na wjazd kolejką na szczyt wieży widokowej. Kolejna wieża i kolejne zachwyty. Głód spowodował, że długo tam nie siedzieliśmy. W pośpiechu szukaliśmy taniej restauracji z czeską kuchnią. Trafiliśmy na taką na przeciwko dworca PKS w budynku marketu Albert. Dania były tanie, smaczne, a panie obsługujące bardzo miłe. Pochwaliły moje umiejętności językowe, co po takiej przerwie w mówieniu, uważam za ogromny komplement. Z radości zamówiłem sobie aż dwa obiady. Po obiedzie relaks pod chmurką na trawie i powrót do Pragi.

P5010996.JPG
P5010987.JPG

Kilka faktów o Karlowych Warach:

Karlowe Wary znane są także z:
– Likieru „Becherovka”
Dwieście lat temu przyjechał do Karlowych Warów hrabia Pletennberg-Mietingen wraz z osobistym lekarzem Anglikiem Frobrigiem. Zatrzymał się w należącym do Becherów domu „Pod trzema srokami”. Była tu także apteka prowadzona przez Josefa, głowę rodziny. Doktor Frobrig, który nudził się w miasteczku, zaczął ją odwiedzać coraz częściej. Obydwu panów interesowały bowiem zioła, olejki aromatyczne i alkohol. A dokładniej – sposoby ich mieszania. Wyjeżdżając z Karlowych Warów, Frobrig pozostawił Becherowi pomiętą kartkę papieru z kilkunastoma słowami. Ten jeszcze przez dwa lata doskonalił recepturę. W 1807 roku zaczęto sprzedawać Carlsbad (niemiecki odpowiednik nazwy uzdrowiska) English Biters – „krople” znane dziś jako becherovka.
MUZEUM BEHEROVKI

P5011013.JPG

– Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach odbywającego się od 1946 roku, którego główną nagrodą jest Kryształowy Glob.
– Przemysłu szklanego (huta szkła Moser)
– Rękodzieła artystycznego (koronczarstwo)
– W Karlowych Warach znajduje się najstarsze pole golfowe w Czechach z osiemnastoma dołkami.

P5010923.JPG
P5010924.JPG
P5010925.JPG
P5010927.JPG
P5010931.JPG
P5010948.JPG
P5010955.JPG
P5010964.JPG
P5010903.JPGP5010907.JPGP5010909.JPGP5010910.JPGP5010913.JPGP5010914.JPGP5010916.JPGP5010919.JPGP5010921.JPGP5010922.JPG

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑