Milada Horáková

27 lipca – Dzień Ofiar Komunizmu

Tekst: Mariusz Surosz

O ułaskawienie Milady Horákovej zaapelował do komunistycznego prezydenta Czechosłowacji Albert Einstein i światowej sławy filozof Bertrand Russel, prośbę o łaskę wystosował sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych Norweg Trygve Lie. Z całego świata napływały do Pragi podobne apele. Wszystko na nic. Rządzący Czechosłowacją komuniści postanowili, że Milada Horáková musi umrzeć.

Sekcja zwłok wykonana po egzekucji nie pozostawia wątpliwości. Kat w ten sposób wieszał skazanych, by nie doszło do przerwania rdzenia kręgowego. Agonia trwała kilka minut. Skazańcy zmarli w skutek uduszenia. Sir Winston Churchill nazwał te wydarzenia „okrutnym sądowym morderstwem”. Nie miał wątpliwości, że powieszeni byli niewinni.

Milada Horáková miała twardy charakter. – Nie często poddawała się swoim uczuciom – mówił o niej jej maż. Ale 15 marca 1939 roku, kiedy dowiedziała się, że Niemcy przekroczyli granice i za kilka godzin będą w Pradze rozpłakała się.

Tego dnia z mapy Europy zniknęła Czechosłowacja. W jego miejsce powstał dziwny twór: Protektorat Czech i Moraw podporządkowany III Rzeszy. Horákovą ukształtowała demokratyczna Czechosłowacja. Miała 17 lat, kiedy w 1918 roku powstało państwo Czechów i Słowaków. Skończyła studia prawnicze, zaczęła pracować w praskim magistracie, działała w partii narodowo-socjalistycznej, walczyła o faktyczne równouprawnienie kobiet. Kiedy jesienią 1938 roku w Pradze pojawili się uchodźcy z zajętych przez Niemców Sudetów Horáková zaangażowała się w pomoc dla nich.

Po wejściu Niemców została zwolniona z pracy, ale nie zamierzała być bezczynna. Działała w ruchu oporu. Uaktywniła setki kobiet, które znała z przedwojennej działalności. A one zyskiwały cenne informacje wywiadowcze, ukrywały poszukiwanych przez Gestapo, pomagały tym, którzy uciekali na zachód do czechosłowackiej armii.

Niemcy aresztowali Horakovą latem 1940 roku. Początkowo gestapowcy nie mieli dowodów jej działalności konspiracyjnej, ale uznali, że jest osobą, która stanowi dla nich zagrożenie. Jej nazwisko pojawiało się w zeznaniach innych aresztowanych, Gestapo nabrało pewności, że ma do czynienia z aktywną przeciwniczką niemieckich rządów. Poddano ją brutalnemu śledztwu. Trafiła do obozu koncentracyjnego. W 1944 roku stanęła przed sądem. Oskarżyciel żądał kary śmierci za zdradę. Broniła się sama. Wyrok można było uznać za łagodny: osiem lat więzienia. Niemcy wywieźli ją do więzienia pod Monachium. Doczekała wyzwolenia przez Amerykanów i najszybciej jak mogła wróciła do Pragi. – Mogłam zginąć. 27 przyjaciół padło pod katowskim toporem, a ja wróciłam między was – napisała później w liście do rodziny.

Czytaj dalej: onet.pl

Reklamy

Jako hrom z čistého nebe

Wyjazd na Mazury i Podlasie miał być odskocznią od warszawskiego pędu i pośpiechu. Przecież na wschodzie życie płynie wolniej a obcowanie z przyrodą daje odpoczynek.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie wymyślił, na coś nie trafił. Tym razem, jak grom z jasnego nieba (Jako hrom z čistého nebe) w samym centrum Białegostoku pojawił się Czech. Niewiele myśląc poszliśmy na piwo i smażeny syr. Zaczęła się rozmowa i wymiana uprzejmości: jak to fajnie mówię po czesku, jak wiele wiem. Następnie opowieści jak to ciężko jest Czechowi w Polsce bez pracy, że Polacy mają problemy z poprawnym zapisaniem czeskich nazwisk. Jedno trzeba stwierdzić: każdemu obcokrajowcowi jest trudno w obcym kraju. Przeżywałem to samo, gdy mieszkałem w Czechach.

Później się okazało, że moja obsesja jest większa niż przypuszczałem. Swoją wiedzą na temat czeskiej kultury, czeskich świąt narodowych i czeskiej kuchni przyćmiłem rodowitego Czecha.  Uświadomiłem go co to jest Kulajda i jakie święto obchodzi się w Czechach 5 lipca. Poza tym kolega w końcu dowiedział się ode mnie, gdzie w Białymstoku może kupić Kofolę i markowe czeskie piwo.  Moja wiedza zaskoczyła samego Czecha jak i ludzi dookoła. Zacząłem się zastanawiać czy to ja jestem aż tak postrzelony na tym punkcie czy po prostu niektórzy Czesi nie przywiązują do pewnych spraw takiej wagi.

Jednak wisienką na torcie okazało się wyznanie naszego Czecha, że nie lubi pić piwa. Jakże to, Czech i nie pije piwa? Jest on drugim moim czeskim znajomym, który łamie stereotyp Czecha-piwosza. Potwierdziło się natomiast jedno: Czesi rzeczywiście nie jedzą surówek.

Zapytacie co ściągnęło Czecha aż na koniec Polski? Ano, láska odpowiadam. Tak samo láska jest czynnikiem, który ściąga czechofilów do Republiki.

Czeskiego potopu nie było

Długo oczekiwany mecz Czechy-Portugalia miał zaprowadzić naszych braci do półfinału. Jak się okazało Czesi nie mieli jednak szczęścia…

Czwartek, godzina 19:30. Garstka czechofilów zebrała się pod Strefą Kibica, żeby wspólnie kibicować Czechom. Ku mojej uciesze w kilku miejscach można było wypatrzeć Czechów. Niewielu ich niestety było. Jak się później okazało reszta spędzała czas na Krakowskim Przedmieściu bądź przy Stadionie Narodowym. W centrum poszczególni Czesi z wymalowanymi na twarzy flagami i w koszulkach reprezentacji wesoło przemieszczali się z miejsca na miejsce. Nie można ich było ani złapać ani się z nimi zbratać. Na okrzyk „Ahoj” reagowali uśmiechem i machaniem ręką. To wszystko.

W samej strefie kibica Czesi stali z tyłu. Było ich niewielu. Za żadną cenę nie można było ich wyciągnąć do zabawy. Ciekawą sytuacją było to, że wielu Polaków przebrało się za Czechów, poznać Czecha można było jedynie po mowie. Im bardziej zawzięta była drużyna Portugalii, tym głośniej Czechów dopingowali…Polacy.

Nauczyć Polaków czeskich przyśpiewek zajęło mi chyba z minutę. Tylko na moment dołączyły do nas Czeszki, żeby zaprezentować nową piosenkę, której jeszcze nie znałem. Gdy przekonały się jak nachalni potrafią być pijani Polacy szybko się ulotniły. Zawodniczka Portugalii, niejaka Krystyna R., ciągle atakowała czeską bramkę. Emocje sięgnęły zenitu. Polacy śpiewali „Czesi chcemy gola” a rozczuleni Czesi nagrywali polski doping komórkami.

Po przegranym meczu sprawdził się czarny scenariusz przepowiedziany przez korespondentów czeskich mediów: Czesi szybko i niespostrzeżenie ulotnili się do hoteli. Wsiedli w auta i odjechali. Kwadrans po meczu nie widzieliśmy w strefie już żadnych Czechów. Może wybrali się na Nowy Świat na piwo?  Tego nie wiem, musiałem wracać do domu.  Według mnie liczniejsi byli portugalscy kibice.

Mecz był piękny, Czesi walczyli do końca. Jednak ten wieczór był dla mnie wyjątkowy również z innego powodu:  mogłem zobaczyć jak pięknie Polacy kibicują Czechom. Widzę, że Polacy coraz więcej interesują się naszymi południowymi sąsiadami. A przecież właśnie o to nam czechofilom chodzi!

Dziś po południu drużyna Czech opuściła Wrocław.

„Nie mamy Ronaldo, ale gramy na luzie”

Karol z Brna: – Wywróżyłem z piwa, że wygrają Czechy. Może nie mamy Ronaldo, ale gramy na luzie. Miguel z Bregi: – Nowa fryzura Ronaldo wszystkich rozniesie. Pięć do zera. Stawiam na to piwny żeton!

Mariusz przyszedł do strefy kibica z czeską flagą i czekoladą.

Czekoladę wygrał w konkursie. Postawił na wygraną Czechów z Polakami. Czekolada – czeska, oryginalna Studentska – przyszła pocztą. Flagę kupił jeszcze przed Euro. Na co dzień prowadzi bloga dla czechofilów. Wczoraj do strefy przyszedł z przyjaciółmi: Justyną, Joanną, Kasią, Danem i Sylwią. – Zaraził nas tym czechofilstwem. Jesteśmy już Czechom zupełnie oddani. A on to już ma zupełnego świra. Nawet w internecie podpisuje się jako Zdenek Novotny – opowiadali wymalowani w czeskie barwy z czeskimi opaskami i czeskimi flagami. Dziewczyny miały nawet kolczyki z Krecikiem.

– Ahoj! – zatrzymał się przy nich mężczyzna przekonany, że rozmawia z prawdziwymi Czechami. – Mam nadzieję, że, bracia Słowianie, dziś wygracie!

– Będzie 1:0 dla Czechów, Ronaldo nie pomoże – obstawiał wynik Mariusz.

Godzina do meczu. W strefie kibica jeszcze pustki. Choć Polska dziś nie gra, z piwem w ręku krąży tu co najmniej kilku „Lewandowskich”. Portugalczycy ćwiczą doping. Czesi tańczą pod sceną, bo z głośnika leci „Malowany dzbanek” Heleny Vondraczkowej. Kilku ma na policzkach wymalowane polskie flagi. Podobno panu, który je malował, skończyła się niebieska farba. Inni podejrzewają polski sabotaż.

Karol z Brna: – Wywróżyłem dzisiaj z piwa, że wygrają Czechy. Może nie mamy Ronaldo, ale za to gramy na luzie.

Na scenie przeciąganie liny. Portugalczycy wygrywają z Czechami 2:0.

Anna Romanowska, która na jednym policzku wymalowała flagę czeską, a na drugim portugalską, tłumaczy: – Jakoś nie mogłam się zdecydować. Podczas meczu zobaczę, za kim mi będzie bliżej.

Obok Miguel z Bregi otula się portugalską flagą: – Żonę zostawiłem w domu. I dobrze. Jakby zobaczyła te wasze ładne dziewczyny, toby była zazdrosna i byśmy chyba musieli wracać. Ale będzie mecz, zobaczysz, człowieku! Nowa fryzura Ronaldo wszystkich rozniesie. Pięć do zera. Stawiam na to piwny żeton!

Mariusz Bujnowski uczy czeskich piłkarskich przyśpiewek: „Ole, ole! Wyhrajme, wyhrajme”.

– A podczas meczu z Polską komu kibicowałeś?

– Przyszedłem z dwiema flagami. Dla kogo była akcja, to taką machałem. Ale jak Czesi zdobyli bramkę i zacząłem wrzeszczeć z radości, ludzie dziwnie się na mnie patrzyli.

Na telebimie stoją już drużyny obu państw. Jest Cristiano Ronaldo. Kilka dziewczyn piszczy. Kilku chłopaków prycha: „O, patrz. Jest Krystyna!”.

Hymn Portugalii. Miguel śpiewa o „Heróis do mar, nobre povo…”, czyli o „bohaterach mórz, plemieniu szlachetnym”. Potem Czesi. Mariusz dobrze zna słowa: „V sadě skví se jara květ, zemský ráj to na pohled! („W sadzie wiosenny kwiat, widać, że to ziemski raj”).
Gdy zaczyna się mecz, strefa jest już całkiem dobrze wypchana.

Miguel obgryza paznokcie: – Coś fryzura dziś nie pomaga!

– Czy to jest właśnie ta chwila, gdy Portugalia strzeli bramkę? – stopniuje napięcie z telebimu Dariusz Szpakowski.

– Nieee! To nie ta! – wrzeszczy Mariusz. A piłka jakby krzykiem odbita mija o centymetry czeską bramkę.

Jakieś dziecko w tłumie: – Tato, dlaczego ten bramkarz Czech nazywa się Czech?

Koniec pierwszej połowy. Wszyscy biorą głęboki oddech. Mariusz i przyjaciele czechofile – jak prawdziwi Czesi – idą na piwo. – Naprawdę wszyscy myślą, że jesteśmy Czechami. Udzielaliśmy już wywiadu Al-Dżazirze – chwalą się. – Z telewizją polską też mieliśmy wywiad po angielsku.

Miguel ściera pot z czoła i wcina kiełbaskę: – Myślałem, że będzie łatwiej.

Druga połowa. Wskazówki coraz dalej, a strefa piszczy i łapie się za głowę częściej. Gol! Miguel woła, że naprawdę „grande”, Czesi ze stresu wychylają piwo do dna. Nerwy.

Anna Romanowska: – Już się zdecydowałam. Kibicuję Portugalii, bo grają ładniej!

90. minuta, w stronę portugalskiej bramki biegnie nawet bramkarz Petr Czech.

– Petra, Petra! – skanduje czeski tłum.

Ale to już koniec. Gwizdek. Brawa.

Mariusz Bujnowski: – Szacunek dla jednych i drugich. Świetna walka. Niestety, Ronaldo jednak pomógł.

– Ahoj! Nie wyszło! – woła ktoś z tłumu.

Grzegorz Szymanik

Czy Warszawa urzeknie Czechów?

W myśleniu o Polsce brakowało nam pokory. Czesi podczas Euro odkrywają, że Polska jest barwnym krajem i są tym odkryciem zdumieni – mówi czeski dziennikarz Petr Vavrouška

Wojciech Tymowski: Czy spodziewać się mamy w czwartek małej czeskiej inwazji na Warszawę?

Petr Vavrouška, korespondent Czeskiego Radia: – Nie sądzę. Tysiące Czechów przyjechało do Wrocławia, ale tam mieli blisko. Do Warszawy jest znacznie dalej.

Nie tak aż znowu daleko. 

– Ale jednak wysiłek dla podróżnych większy. A chodzi tylko o jeden mecz. We Wrocławiu Czesi grali trzy.

Pan był w ostatnich dniach we Wrocławiu. Co pana rodacy mówili o przyjęciu w Polsce?

– Że im się podoba. Na ulicach we Wrocławiu panowała świetna atmosfera. Widziałem, że i Czesi, i Polacy byli zachwyceni. Razem pili piwo, robili sobie zdjęcia. Żadnego napięcia tak jak w Warszawieprzed meczem z Rosją nie było. Czesi zapowiadali, że wrócą zwiedzić miasto po Euro, na spokojnie.

To chyba jakaś zmiana wśród Czechów?

– Tak, uważam, że dzięki Euro zmienia się nastawienie Czechów do Polski. Nie tylko tych, którzy byli we Wrocławiu. W mediach jest teraz mnóstwo pozytywnych materiałów z waszego kraju. Czesi są tym zaskoczeni, bo oni na ogół myślą o Polsce stereotypowo – szary kraj z dziurawymi drogami. A teraz w relacjach z Euro odkrywają barwną Polskę. To nam, Czechom, bardzo się przyda. Bo nam w myśleniu o Polsce brakowało pokory. Gdy ja mówiłem, że od Polaków możemy się uczyć, nikt mnie nie chciał słuchać. A teraz tak mówią nie tylko pojedynczy dziennikarze, ale w zasadzie wszyscy. I Czesi już myślą, że może warto do Polski przyjechać.

To może jednak w czwartek odkryją Warszawę jak wcześniej Wrocław?

– Myślę, że tak licznie nie przyjadą. Szczyt czeskiej fiesty mamy za sobą. Był we Wrocławiu, tu się nie powtórzy. Do Warszawy jedzie się znacznie dłużej i – jak mówiłem – tylko na jeden mecz.

Ale stawka teraz jest większa. To przecież ćwierćfinał.

– To prawda, ale my tego wszystkiego nie przeżywamy tak mocno, jak to ma miejsce w Polsce. Wielu ludzi pomyśli, dlaczego nie zostać w Pradze. Do domu blisko, a tam też na rynku jest strefa kibica.

Ale sama wyprawa na taki ważny mecz…

-…nie, nie. U nas nie ma takiej mobilizacji, mimo że ludzie interesują się Euro. Ale wiedzą też, że od tego meczu znowu tak wiele nie zależy. Bo co się zmieni w ich życiu? To w Polsce przed meczem z Rosją było takie napięcie jak przed wielką walką polityczną, bitwą jakąś, po której wszystko miałoby być już inne. Przed sobotnim meczem z Czechami też było ogromne nerwowe napięcie. Po porażce Polacy byli mocno rozczarowani i przygnębieni. U nas generalnie raczej nie ma aż takiego masowego napięcia. My zwykle oczekujemy mało, potem mamy najwyżej miłą niespodziankę.

To jeśli ona się zdarzy, będzie okazja do nocnego świętowania w Warszawie.

– Naprawdę nie wiem. Po wygranej z Polską we Wrocławiu godzinę po meczu już prawie nie było Czechów w mieście. Od razu szli na pociągi albo wsiedli do samochodów i wracali do domu.

Powinniśmy w czwartek kibicować Czechom?

– Niech Polacy kibicują, komu wolą. Ja oczywiście życzę powodzenia Czechom.

wyborcza.pl

To ilu się dzisiaj nas Czechofilów pojawi przy Strefie Kibica o 19:30?

5 powodów, dlaczego warto kibicować Czechom

Agitacja na rzecz czechofilstwa nie ustaje. Oprócz dzisiejszego nawoływania do czwartkowego spotkania w TVN24, mój apel pojawi się również dziś wieczorem w Czeskiej Telewizji.

Tym czasem na Krakowskim Przedmieściu rozstawiła się „Czeska Fanambasada”, w której rodowici Czesi rozdają ulotki, flagi i oprócz nawoływania do kibicowania, zapraszają do Republiki Czeskiej.

Dlaczego warto kibicować Czechom?

1. Przede wszystkim dlatego, że Polacy odpadli już z rozgrywek, a Czesi są naszymi najbliższymi sąsiadami, zarówno pod względem kulturowym, jak też językowym.

2. Żeby pokazać Czechom, jak fajnie potrafi być w Warszawie/Polsce. Wielu Czechów będzie tutaj po raz pierwszy,trzeba im pokazać, że oprócz sympatycznych ludzi, mamy fajne miasto/kraj.
3. Za to, że Czesi nas wspierali w eliminacjach do ćwierćfinału, że zamiast przeciwników widzieli w nas braci.
4. Czesi to wesoły naród. Kibicując z nimi nie dość że zarażą nas swym podejściem do życia, to jeszcze lepiej się nawzajem poznamy.
5. Czesi nie są faworytami tych mistrzostw, ale potrafią zaskakiwać. Może gdy będziemy im kibicować jeszcze nie raz nas czymś w tym turnieju zaskoczą?

Najazd Czechów na Warszawę?

Czechofile! Pisze o nas dzisiejsza Gazeta Wyborcza!  Oto artykuł:

Przed nami ćwierćfinałowy mecz Euro 2012 na Stadionie Narodowym. Zagrają piłkarze Czech i Portugalii. Do Warszawy przyjadą z tych krajów tysiące kibiców. Jak ich przywitamy?

„Jak już wiecie, Czesi będą grać w ćwierćfinale EURO z Portugalią w Warszawie 21 czerwca! Wpadłem na pomysł, że skoro czechofilów w Warszawie jest tak wielu, moglibyśmy spotkać się w strefie kibica, by kibicować naszym braciom. Mam nadzieję, że na ten mecz przyjedzie choć garstka Czechów i łącząc się z nimi, pokażemy siłę biało-niebiesko-czerwonych!” – napisał Mariusz Bujnowski na swoim blogu „Czechofil.wordpress.com„.

Flagi i bojowe okrzyki

Namawia, by spotkać się o godz. 19.30 przy wejściu do strefy od stacji metra Centrum. – Bierzemy flagi, szaliki, koszulki, co kto ma. I kibicujemy tak jak Polakom z tym, że tym razem nasze krzyki mają wspomóc braci Czechów – zachęca bloger.

Chodzi o bojowe hasła, które podobno zna każdy czechofil: „Kdo neskáče není Čech, Hop Hop Hop!” (Kto nie skacze, ten nie Czech), „ČEŠI, DO TOHO!” (Czesi do boju!), albo nie wymagające tłumaczenia: „Ole, ole, ole, ole vyhrajeme, vyhrajeme!”.

Ilu Czechów przyjedzie do Warszawy, jeszcze nie wiadomo. Dominika Prejdová z Czeskiego Centrum twierdzi, że najazdu nie będzie. – Oni cenią sobie prywatność. Wolą kibicować w domach lub pubach – mówi.

Z kolei koordynująca przebieg mistrzostw w Polsce spółka PL2012 szacuje, że będziemy gościć ok. 20 tys. Czechów. Tomasz Maćkowiak, przed laty korespondent „Gazety Wyborczej” w Pradze, zwraca uwagę, że warszawiacy, myśląc stereotypowo, spodziewają się przyjazdu przyjaznych wesołków. Tymczasem wśród czeskich kibiców są agresywni skini, którzy nie mają poczucia humoru na swoim punkcie. Ale do Wrocławia, gdzie dotąd grali Czesi, rozrabiacy z ich kraju nie przyjechali. Nasz wrocławski dziennikarz Jacek Harłukowicz zapewnia, że Czesi wprowadzali radosną atmosferę i znakomicie się bawili.

– Ja się cieszę, że przyjadą do Warszawy! – mówi Mariusz Surosz autor piszący o Czechach. W dniu meczu będzie w Pradze. Transmisje obejrzy w gospodzie, kibicując Czechom. – Ostatnio z powodu Euro w czeskich mediach było pełno Wrocławia – opowiada. – Mnóstwo artykułów. Chciałbym teraz, aby Czesi zobaczyli Warszawę, bo z mojego doświadczenia wiem, że ona robi na nich wrażenie.

(…)

Piwo na radość i smutek

Do przyjęcia kibiców gotuje się też pub Czeska Baszta na szlaku prowadzącym na stadion, w jednej z wieżyc mostu Poniatowskiego. – Jak mawiają Czesi: żeby się napić, są zawsze dwa powody – radość albo smutek. Zatem wygrają, czy przegrają, Czesi przyjdą na piwko – przewiduje Karol, współwłaściciel pubu. – Mamy piwa z rodzinnych czeskich browarów: Konieek Vojkovice, Valašek Vestin, Qasek Ostrava, Kocour Varnsporf, Kout na šumave – wylicza drugi współwłaściciel pubu, też Karol. A do piwa zakąski: utopenec (po polsku topielec, czyli kiełbasa w marynacie), nakládany hermel~n – marynowany ser pleśniowy, to Czechom się podoba.

W czasie Euro po meczach właściciele wychodzą na most i zapraszają kibiców. – W sobotę i u Rosjan, i u Polaków nastroje były niemrawe. Ciężko było namówić na piwko – wspominają. – W czwartek nie będzie problemu. Czesi nie odmówią – cieszą się dwaj panowie Karolowie. Zapraszać będą po czesku.

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,11965202,W_czwartek_cwiercfinal_na_Narodowym__Kogo_wesprzemy_.html

Dwa dodatkowe pociągi wyślą Czesi na czwartkowy mecz Euro 2012 w Warszawie. Spodziewane są też dodatkowe samoloty.

Według Mikołaja Piotrowskiego ze spółki PL.2012 na ćwierćfinał Czechy – Portugalia ma przyjechać ponad 20 tys. kibiców zza naszej południowej granicy – głównie pociągami, autokarami i samochodami. Koleje Czeskie reklamują już specjalne pociągi z atrakcjami dla kibiców. Jeden wyjedzie z Pragi, drugi – z Brna. W każdym będzie blisko 700 miejsc. Oprócz tego z Pragi do Warszawy kursują dwa zwykłe pociągi (dzienny i nocny) oraz składy z Wiednia przez wschodnie Czechy.

Dla podróżujących w grupach najtańszy może się okazać dojazd samochodem. Dlatego Mikołaj Piotrowski spodziewa się, że w czwartek szczególnie przydadzą się parkingi przesiadkowe na obrzeżach Warszawy. Dotychczas auta zostawiało tam niewiele osób.

Pójdźmy kibicować Czechom!

Jak już wiecie, Czesi będą grać w ćwierćfinale EURO z Portugalią w Warszawie 21 czerwca!

Wpadłem na pomysł, że skoro Czechofilów w Warszawie jest tak wielu, moglibyśmy spotkać się w Strefie Kibica, żeby kibicować naszym braciom.  Mam nadzieję, że na ten mecz przyjedzie choć garstka Czechów, którzy aktualnie przebywają we Wrocławiu i łącząc się z nimi w warszawskiej Fun Zonie pokażemy siłę biało-niebiesko-czerwonych!

Proponuję zaopatrzyć się w czeskie barwy narodowe i umówić się na 19:30 przy wejściu do Fun Zone od strony Patelni (wejścia do metra).

Ja wraz ze znajomymi będę na pewno, nie może Was zabraknąć.

Po wygranym ( a jakże) przez Czechów meczu, wybierzemy się do jakiegoś pubu na czeskie piwo.

Wierzę, że dołączą do nas rodowici Czesi. Pokażmy im, że umiemy ich ugościć lepiej niż właściciele pewnej restauracji… (zdjęcie poniżej)

Czesi ograli Polaków

Czesi ograli Polaków

Dobra wiadomość dla wszystkich warszawskich Czechofilów:

 Czesi pojawią się w Warszawie na Stadionie Narodowym podczas ćwierćfinałów 21 czerwca! 

To miał być mecz o wszystko! I był. Wszystko przegraliśmy. Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Myślę, że jest to już profesja Polaków – nam udaje się tylko partaczyć.

Pójście do Strefy Kibica w Warszawie z czeską flagą i koszulką w biało-czerowno-niebieskich barwach uważam za wyczyn. Wszak ponad 100 tys. ludzi kibicowało Polakom, a nie Czechom. Żeby nie było tak pesymistycznie wziąłem ze sobą również polską flagę. Przyznam, że widząc żywiołowość takiego tłumu bałem się wyciągać proporzec naszych południowych sąsiadów. Zaczęło się…

Pierwszy gwizdek i pierwsza zmarnowana akcja Polaków. Takich akcji, na szczęście Czechów, było kilka. Wszystkie zmarnowane. Polacy tracili piłkę, kibice krzyczeli, a ja stałem spokojnie. Po drugiej połowie emocje sięgnęły zenitu. Sercem byłem z Czechami, rozum był za Polakami.

Widząc kolejne faule i brak siły Polaków narastała we mnie złość, że coś zaczyna się pieprzyć: zamiast wziąć się do roboty, nasi piłkarze latają nieudolnie za tą piłką. Czułem nosem, że Czesi to wykorzystają. 100 tysięcy kibiców w FanZonie wstrzymało oddech, gdy gola Czechom strzelił Petr Jiráček. Wtedy odruchowo podniosłem ręce do góry i zacząłem krzyczeć. Sam jedyny.

gol.jpg

Jęk zawodu przeszył Strefę Kibica. Wśród stu tysięcy smutnych twarzy jedna była roześmiana – moja.

Mały kraj wciśnięty w górskie kotliny pokazał swą siłę. Po raz kolejny w swej historii Polacy dali się wydymać. Tym razem przez braci Czechów.

lol.jpg

foto: internet

Szukamy Czechofilów do badania!

*Pani Veronika Czeszka studiująca na Uniwersytecie w Olomouc poszukuje 15 – 20 osób chętnych wziąć udział w anonimowym badaniu dotyczącym czechofilii*

Poszukujemy przede wszystkim osób z Warszawy, które kiedykolwiek wzięły udział w organizowanym przeze mnie Zlocie.

Inni warszawscy Czechofile też są mile widziani.

Badanie odbyłoby się w połowie sierpnia w Warszawie i trwałoby dwie godziny. Miałoby charakter swobodnej rozmowy.

Jeżeli macie ochotę wziąć udział w tym badaniu i pomóc w tworzeniu pracy, która będzie pierwszą taką w Republice Czeskiej…

…wyślijcie mi maila na
vesna.mikulova@gmail.com

Zgłoszenie powinno zawierać Imię, nazwisko oraz telefon kandydata.

Badanie jest bezpłatne oraz anonimowe.

Czechofile, do dzieła! :)

plcz.JPG

řezané pivo

P5260020.JPG

Czy żeby zrobić řezané pivo trzeba być mistrzem sztuki barmańskiej? Nie wiem. Wiem na pewno, że efekt jest powalający i spodoba się każdemu piwoszowi.

rezane.jpg

Barman w Czeskiej Piwnicy w Lublinie opanował sztukę lania rżniętego piwa do perfekcji. Mieliśmy niezłą zabawę czekając kiedy w końcu skończy się jasna barwa i przebijemy się do ciemnego piwa. Za żadne skarby piwo nie chciało się wymieszać, a jasna warstwa „tańczyła” na tej ciemnej.

#!

blog-rezak.jpg

Euforia minęła, gdy zacząłem zastanawiać się kto wymyślił polską nazwę tego specjału.

A na deser Modra Luna – piwo jagodowe! :)

modra.jpg

Dlaczego Czechosłowacja się rozpadła?

W 1990 r nikt nie podejrzewał, że w przeciągu dwóch lat państwo czechosłowackie, którego tradycje sięgały początków XX wieku, zniknie z mapy Europy, robiąc miejsce dla Czech i Słowacji.
O co poszło?
O ambicje dwóch polityków i… myślnik w nazwie.

Czesi i Słowacy z entuzjazmem obalili komunizm, a w pierwszych wolnych wyborach do wspólnego parlamentu (Zgromadzenia Federalnego) zwyciężyły partie byłych dysydentów.  Początkowo nikt nie myślał o problemach narodowych – były ważniejsze problemy do rozwiązania, niż nie do końca uczciwie ułożone relacje pomiędzy Czechami i Słowakami. Temat ten niespodziewanie wysunął się na pierwszy plan 30 marca 1990 roku.

Myślniki…

Wtedy to w parlamencie rozpoczęła się debata nad nową nazwą państwa. O dziwo przedstawiciele dwóch narodów nie byli w stanie dojść do porozumienia w tej zupełnie
podstawowej sprawie.

Słowacy opowiadali się za Czecho-Słowacką Republiką Federacyjną. Myślnik miał podkreślać równorzędność obu republik i narodów.

Czechom takie nowatorstwo się nie podobało, jako wydumane i przeczące tradycji. Zawsze żyli w Czechosłowacji i chcieli, by tak zostało!

Efekt?

Czechosłowacja została chyba jedynym w dziejach najnowszym państwem posiadającym dwie oficjalne nazwy.

Dla Czechów była to odtąd Czechosłowacka Republika Federacyjna.

Dla Słowaków: Czecho-Słowacka Republika Federacyjna.

To absurdalne rozwiązanie obowiązywało tylko przez kilka miesięcy, ale wystarczyło, by burza rozszalała się na dobre.

…i ambicje

Przede wszystkim w obu republikach dominującą pozycję uzyskali niezwykle ambitni politycy, którzy z nikim nie chcieli dzielić się władzą. Po stronie słowackiej był to odwołujący się do nacjonalistycznej retoryki Vladimír Mečiar. W Czechach podobnymi ambicjami wykazał się Václav Klaus.

Obaj byli rozłamowcami – rozsadzili od wewnątrz swoje partie, by przy wykorzystaniu radykalnych haseł ugrać więcej głosów w kolejnych wyborach. Obaj też uwierzyli, że najłatwiej osiągną ten cel poprzez odwoływanie się do tematu konfliktu czesko-słowackiego. Na Słowacji rzeczywiście nie brakowało głosów, że Czesi celowo spychają Słowaków na margines w polityce i gospodarce. Z kolei wielu Czechów miało dość „dopłacania” do biedniejszych sąsiadów ze wschodu.

Artykuł powstał między innymi w oparciu o „Historię powszechną 1989-2011” Andrzeja Chwalby (Wydawnictwo Naukowe PWN, 2011).

Jak pisze Lech Kościelak w książce „Historia Słowacji”
kolejne wybory do wspólnego parlamentu – 5/6 czerwca 1992 r – wygrały partie  niewykazujące determinacji w obronie Czecho-Słowacji lub wręcz niezainteresowane jej utrzymaniem. Na Słowacji zwyciężył Ruch na Rzecz Demokratycznej Słowacji (HZDS) z Vladimírem Mečiarem na czele.
W Czechach – Obywatelska Partia Demokratyczna (ODS) Václava Klausa. Zarówno Mečiar, jak i Klaus chcieli rządzić,a to w pojedynczym państwie nie było możliwe. Póki co Klaus i Mečiar zostali premierami republik wchodzących w skład Czechosłowacji i rozpoczęli… krótkie, niepubliczne negocjacje.

Rozmowy toczyły się w pewnym sensie na gruncie neutralnym – pisze Lech Kościelniak – bo w słynnej modernistycznej willi Tugendhat w Brnie na Morawach. Po kilku rundach rozmów V. Mečiar i V. Klaus zadecydowali o szczegółach podziału wspólnego organizmu i powołaniu dwóch państw narodowych.

A ludzi nikt nie zapytał o zdanie

O północy z 31 grudnia 1992 roku na 1 stycznia 1993 Czechosłowacja przestała istnieć, a jej majątek został podzielony pomiędzy Czechy i Słowację w stosunku 2:1.
Pomimo nawoływań prezydenta Czechosłowacji Václava Havla,dwaj premierzy nie zgodzili się na zorganizowa-
nie referendum w sprawie podziału państwa. Zresztą, Havel stracił w lipcu 1992 roku stanowisko ze względu na sprzeciw Słowaków wobec jego kandydatury. Żadnego kolejnego, wspólnego prezydenta już nie wybrano.

A dlaczego Klaus i Mečiar sprzeciwili się referendum w tak ważnej sprawie? Bo w wolnym głosowaniu pomysł podzielenia państwa upadłby z kretesem. Jak słusznie zauważa Andrzej Chwalba w książce „Historia powszechna
1989-2011” relacje między obu narodami były w kolejnych latach dobre, a nawet bardzo dobre. Czeska skoda równie dobrze sprzedawała się w Czechach, jak i na Słowacji. (…) Czesi chętnie studiowali w Bratysławie, a Słowacy jeszcze chętniej w Pradze (…). W rankingach popularności narodów (…) Czesi wygrywali na Słowacji, a Słowacy w Czechach.

Dzisiaj według sondaży tylko 1/3 Czechów i Słowaków jest zadowolona z rozpadu Czechosłowacji. Także w 1992 roku wyraźna, ale jednak mniejszość opowiadała się za usamodzielnieniem Czech i Słowacji. No ale politycy nie zapytali ludzi o zdanie. I obaj dobrze na tym wyszli: Mečiar przez cztery lata rządził Słowacją. Z kolei Klaus przez pięć lat był premierem Czech, przez cztery przewodniczącym parlamentu, a od 2003 roku piastuje urząd prezydenta republiki.

Źródła:
Andrzej Chwalba, Historia powszechna 1989-2011, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2011.

Lecz Kościelniak, Historia Słowacji, Ossolineum, 2010.

Autor: Kamil Janicki

ciekawostkihistoryczne.pl/(…)dlaczego-czechoslowacj…

Karlovy Vary

*Oprócz pięknej Pragi, czekały też nas inne miasta Republiki Czeskiej. Wszak jest to bardzo atrakcyjny kraj. Tym razem wsiedliśmy w autobus by za godzinę podziwiać Karlovy Vary*

P5010902.JPG

Dużo się naczytałem o tym miejscu w internecie, wiele opinii słyszałem i wiele zdjęć obejrzałem. Ale nie ma to jak zwiedzanie na żywo. Podobno miasto w połowie jest czeskie, a w połowie rosyjskie. Coś w tym jest, bo Rosjanie zrobili istny nalot na ten kurort. Było ich słychać niemal wszędzie, każda sklepowa witryna miała rosyjski napis.

Wprost nie mogę w to uwierzyć, że są tak piękne miejsca na ziemi, jak na przykład Karlovy Vary. Bogactwo architektury powala, każda kamienica jest starannie odrestaurowana, chodniki równe, trawka przystrzyżona. Wirtyny sklepowe uginają się pod ciężarem kryształów, biżuterii i pamiątek. O dziwo nie Krecików, ale matrioszek! Na każdym kroku widzimy ujęcia gorącej (55 stopni C.) wody pitnej, skąd turyści ją czerpią specjalnymi kubeczkami (za 189 koron). Ceny w restauracjach powalają na kolana zwykłego śmiertelnika, a na domiar złego, w tym upale nie mogliśmy znaleźć żadnego sklepu spożywczego, żeby sobie kupić chociaż butelkę karlovarskiej wody Mattoni. Na szczęście trafiliśmy na stoisko, gdzie sprzedawano zielone piwo! Rzeczywiście jest bardzo zielone i pyszne!

DSC03510.JPG

Gdy obeszliśmy część reprezentacyjną, nadszedł czas na wjazd kolejką na szczyt wieży widokowej. Kolejna wieża i kolejne zachwyty. Głód spowodował, że długo tam nie siedzieliśmy. W pośpiechu szukaliśmy taniej restauracji z czeską kuchnią. Trafiliśmy na taką na przeciwko dworca PKS w budynku marketu Albert. Dania były tanie, smaczne, a panie obsługujące bardzo miłe. Pochwaliły moje umiejętności językowe, co po takiej przerwie w mówieniu, uważam za ogromny komplement. Z radości zamówiłem sobie aż dwa obiady. Po obiedzie relaks pod chmurką na trawie i powrót do Pragi.

P5010996.JPG
P5010987.JPG

Kilka faktów o Karlowych Warach:

Karlowe Wary znane są także z:
– Likieru „Becherovka”
Dwieście lat temu przyjechał do Karlowych Warów hrabia Pletennberg-Mietingen wraz z osobistym lekarzem Anglikiem Frobrigiem. Zatrzymał się w należącym do Becherów domu „Pod trzema srokami”. Była tu także apteka prowadzona przez Josefa, głowę rodziny. Doktor Frobrig, który nudził się w miasteczku, zaczął ją odwiedzać coraz częściej. Obydwu panów interesowały bowiem zioła, olejki aromatyczne i alkohol. A dokładniej – sposoby ich mieszania. Wyjeżdżając z Karlowych Warów, Frobrig pozostawił Becherowi pomiętą kartkę papieru z kilkunastoma słowami. Ten jeszcze przez dwa lata doskonalił recepturę. W 1807 roku zaczęto sprzedawać Carlsbad (niemiecki odpowiednik nazwy uzdrowiska) English Biters – „krople” znane dziś jako becherovka.
MUZEUM BEHEROVKI

P5011013.JPG

– Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach odbywającego się od 1946 roku, którego główną nagrodą jest Kryształowy Glob.
– Przemysłu szklanego (huta szkła Moser)
– Rękodzieła artystycznego (koronczarstwo)
– W Karlowych Warach znajduje się najstarsze pole golfowe w Czechach z osiemnastoma dołkami.

P5010923.JPG
P5010924.JPG
P5010925.JPG
P5010927.JPG
P5010931.JPG
P5010948.JPG
P5010955.JPG
P5010964.JPG
P5010903.JPGP5010907.JPGP5010909.JPGP5010910.JPGP5010913.JPGP5010914.JPGP5010916.JPGP5010919.JPGP5010921.JPGP5010922.JPG

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑