Posiada ziemię jednocześnie w Czechach i Polsce

Cztery lata temu zainteresowałem się losem pana Lothara Wittka ze wsi Rudyszwałd, którego ziemia została przedzielona słupkami granicznymi. Mieszkaniec gminy Krzyżanowice posiadał działkę jednocześnie w dwóch krajach a o zmianę przebiegu granicy walczył od roku 1958 roku.

Czy ktoś z Was wie czy Panu Lotharowi udało się dopiąć swego i przesunąć granicę? Jedyne co wiem, to że Pan Lothar oddał gospodarstwo synowi, a sam wyprowadził się do Niemiec. Ze zdjęcia w Google Maps wnioskuję, że granica nie została ruszona ani o milimetr, za to na działce po polskiej stronie pojawił się nowy budynek mieszkalny. Gdybym miał możliwość swój dom wybudowałbym jednak po czeskiej stronie. Przeczytajcie długi, ale niezwykle ciekawy artykuł z Newsweeka, który obrazowo przedstawią batalię pana Wittka z aparatem państwowym.

Kwiaty z jednego drzewa

Newsweek, 13-05-2007

Choć dla Ślązaka spod Raciborza granica państwa to rzecz umowna – porządek musi być. Choćby po to, by legalnie chodzić na swoją łąkę przed domem.

Jakby policzyć, ile razy Wittek nielegalnie przekraczał granicę, to by się z grzywien nie wypłacił do końca życia. Ale jak ma Wittek nie łamać prawa, gdy linia graniczna Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Czeskiej biegnie zaraz za oknem. Na jego ojcowiźnie, a przecież trawę musi kosić. Praworządnie to powinien iść dookoła, za dom, na drogę, przejść biało-czerwony szlaban. I tamtędy, z kosą na ramieniu, wejść na swoją łąkę. Dlatego już przed osiemnastoma laty napisał do ministerstw rolnictwa, spraw wewnętrznych, zagranicznych i wszelakich, że prosi o zmianę południowej granicy na swoją korzyść, a zatem i na korzyść Polski. – No bo ordnung, porządek, musi być – mawia.

Wittek nie wiedział wtedy, że swoim pismem przyłączył się do sporu granicznego, który od pięćdziesięciu lat Polska próbuje rozstrzygnąć z Czechami. W 1958 roku w ramach powojennego prostowania granicy polskie terytorium powiększyło się o 837,46 hektara, a czeskie o 1205,90 – w tym o jedną trzecią hektara Wittka. Tę różnicę – 268 hektarów

– Polska próbuje odzyskać. Dwa miesiące temu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wysłało do czeskiej ambasady notę z pytaniem, kiedy będzie można poprzestawiać słupki graniczne. Nie ma odpowiedzi.

U Wittka w Rudyszwałdzie w powiecie raciborskim gra muzyka. Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum” – jesteśmy kwiatami z jednego drzewa. Wittek dostał płytę z Die Deutsche Stimme aus Ratibor, niemieckojęzycznej redakcji z Raciborza. Zawsze, podobnie jak jego ojciec i dziadek, czyli Opa, czuł się niemieckim kwiatem. I tak jest do dziś. W domu ma niemiecką flagę, na ścianie wisi przedwojenna mapa Śląska, prezent od ambasady. Nawet jodła srebrzysta, która stoi na baczność przed domem, jest niemieckiego pochodzenia. Wittek przywiózł ją z Bawarii.

Przez lata walki o zmianę granicy państwowej u Wittka były już cztery telewizje – polskie i niemieckie, gazety i radio. Polskie i niemieckie media – uważa Wittek

– pisały na ogół prawdę. Tylko czeskie gazety nazywały go „Świński sąsiad”, bo mu się powojenny porządek nie podoba. Wittek chce odszkodowania od Czechów, którzy przez lata robili na jego działce, co chcieli, np. urządzili wysypisko, uznając ją za własność państwową. W jednym z polskich pism ukazał się tytuł: „Niemiec walczy o ziemie dla Polski”. Chwytliwe.

Potem wszyscy go pytali: Jak to jest z panem, panie Wittek? To może z pana żaden Niemiec?

A on przecież jest Ślązakiem niemieckiego pochodzenia z krwi i kości od kilkudziesięciu pokoleń. Wittek to nazwisko. Imię – Lothar. Ale wszyscy się do niego zwracają „panie Wittku”, bo to bardziej po polsku. Za PRL urzędnicy chcieli na jego ojcu wymusić spolszczenie imion jego i jego siostry – Ingebor. Dali spokój, gdy stary Wittek znalazł w polskim kalendarzu rolniczym wzmiankę o niejakiej Ingeborze Zakrzewskiej – działaczce słusznej politycznie.

Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.
Pan Wittek w czasach przed zniesieniem granicy między państwami.

Lothar Wittek urodził się kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ojca zabrali na front, był saperem w Wehrmachcie. Trafił do niewoli, wrócił do domu przez Syberię. Wittkowie uciekli na Zachód, ale zaraz po wojnie cofnęli się na swoje. Tam nie było życia, Niemcy byli narodem przegranym, bez praw, rządzili Amerykanie. A tu nadal siedzieli sami swoi. I czekali na powrót Niemiec.

– Tak po cichu to i dziś wielu tutejszych Ślązaków chce, żeby tu były Niemcy – mówi Wittek. Ale nie mówi tego z zawziętością, dla niego to oczywiste.

Siedzieli tu przecież od wieków. Porządek byłby większy. A polski rząd, na przykład, nie potrafi poradzić sobie w sprawie jego granicy z małą Republiką Czeską. Przy Niemcu to by była krótka rozmowa.

Ale mówi to Wittek jednoosobowo. Bo Ślązacy unikają zbiorowego wyrażania poglądów. – My jesteśmy taki naród: możemy ciężko pracować, nawet pod polskim pręgierzem, ale nikt się nie wychyla z tym, co naprawdę myśli.

W Urzędzie Gminy w Krzyżanowicach wójt Leonard Fulneczek, autochton, powie mi potem, że nie powinienem się dziwić temu, co mówi Wittek. Skrytość i nieufność to cechy śląskiej duszy. Tego nauczyła ich historia. Zwłaszcza na tych terenach, na przedwojennym styku trzech granic: polskiej, czeskiej i niemieckiej.

Na pytanie, kim jesteś, odpowiadało się w zależności od tego, kto pytał.

Na szczęście młode pokolenie – cieszy się wójt – w dużym stopniu wyzbyło się tego historycznego myślenia. Jak były mistrzostwa świata w futbolu, to miejscowi się radowali, że mają trzy reprezentacje: niemiecką, polską i czeską. I kibicowali tej, która doszła najwyżej.

Ale samo pojęcie granicy było i jest tutaj trochę inne – granice istnieją ledwie 80 lat, tyle co trzy pokolenia. Wcześniej były tylko Prusy. Potem linia na mapie zmieniła się kilka razy, ale więzi rodzinne zawiązane przez pokolenia pozostały. Sam wójt ma krewnych w Haci po czeskiej stronie.

Granica w życiu tutejszych jest tylko administracyjną kreską. Gdy pod koniec II wojny światowej nadciągnęły wojska radzieckie, a w ich składzie polscy i czechosłowaccy żołnierze, Ślązacy mieli przygotowane trzy flagi: polską – biało-czerwoną, trójkolorową czechosłowacką i radziecką – czerwoną.

Wspominają o tym autochtoni w wydanej niedawno książce „Wojna, pokój, ludzie” Krzysztofa Stopy: „Na domach powiesiliśmy czeskie fany (flagi). Wtedy byliśmy pewni, że już należymy do Czech. Po kilku dniach jednak Rosjanie kazali nam te trójkolorowe flagi pościągać, bo jak nam powiedzieli, jesteśmy Polakami! Gdy wycofywali się Niemcy, z samolotów zrzucali ulotki, w których było napisane, iż zostaniemy przyłączeni do Polski, lecz tylko na 50 lat. Wszystko to było trudne do pojęcia – chcieli nas Czesi, zagarnęli Polacy, a jeszcze na dokładkę mamili Niemcy”

– to relacja urodzonej w 1917 r. w Owsiszczu J.L. Książka jest współczesna; strach autorki relacji, która podała tylko inicjały – taki sam jak dawniej.

Od wojny granica Polski i Czechosłowacji przebiegała kilkadziesiąt metrów od zabudowań Wittka. Po polskiej stronie stała chałupa Schwenznera. Ale w roku 1953 podjechała ciężarówka z polskimi żołnierzami. Zeskoczyli, popatrzyli na kartkę i według niej na oko wytyczyli słupki nowej granicy. I co, że na łące Wittków? Co mógł zrobić Ślązak niemieckiego pochodzenia na polskiej ziemi polskiemu żołnierzowi, który wygrał wojnę? Nic. Granica przesunęła się w stronę Wittków, tak że zabrała do Czech gospodarstwo Schwenznera i przechodziła w poprzek łąki Wittków.

A tych prześladowano przez lata za rzekomą kontrabandę. Po wojnie z Czechosłowacji szmuglowało się obuwie, drożdże, artykuły krawieckie, a w drugą stronę słoninę i spirytus. Ich dom był stale na celowniku. Ale ojciec Lothara szmuglem się brzydził. Już raz pooddychał syberyjskim powietrzem i wystarczyło na całe życie. Dlatego Lothar do kościoła chodził parę lat na bosaka, a w domu się nie przelewało.

Na początku, przez pięć lat, można jeszcze było normalnie uprawiać swoją działkę. Sąsiad Schwenzner jeździł do pracy w Raciborzu. Aż do 1958 r., kiedy ratyfikowano oficjalnie nowy, wytyczony palikami przebieg granicy. Pojawili się żołnierze i któregoś dnia Schwenznera do pracy już nie puścili. Od tej chwili był w Czechosłowacji. A Wittek, żeby dokosić 15 arów łąki, musiał jeździć po pozwolenie do Raciborza.

Czas był nadal prawie wojenny. Wittek opowiada: – Raz gęsi zapędziły się na czeski kawałek łąki. Oma (babcia – przyp. red.) za nimi pobiegła, a tu żołnierz z drogi zaczął strzelać. Padłaby trupem jak nic, ale fater ją zdążył powalić na ziemię. Przeżyli.

Gęsi też wyszły bez szwanku.

Żeby uprawiać działkę, trzeba było uzyskiwać zezwolenia sezonowe – od 15 kwietnia do 15 października. Pod szlaban przychodził żołnierz ze strażnicy w Chałupkach i do godziny 15 czy 17, jak żołnierz miał służbę, można było chodzić w tę i z powrotem. Jeszcze później chodziło się na dowody osobiste. Dopiero odkąd Polska jest w Unii Europejskiej, szlaban dla małego ruchu granicznego jest podniesiony całą dobę. Tylko ciągnikiem nie wjedziesz, trzeba prosić, żeby żołnierze otworzyli koziołki.

Dla Wittka te koziołki to ostatni symbol zniewolenia. Dlatego wciąż pisze, gdzie się da, żeby mu wreszcie granicę z działki zabrali. Napiszcie, zachęca Wittek, że to problem 400 rolników. Tylu mniej więcej Czechów i Polaków ma działki po obu stronach całej granicy. Tylko że oni nie mają aż takich problemów jak Lothar Wittek.

Rodzina Józefa Barcza z Nowej Wioski ma hektar ziemi po polskiej stronie i trzy hektary w Czechach. Granica przecięła mu działkę pod lasem. I tak musiał dojeżdżać do pola ciągnikiem. Wsiadał na traktor, jechał ulicą Leśną do końca Polski. Dalej była droga, na której stał szlaban. Jak chciał przejechać na czeską stronę, dzwonił do strażnicy, przyjeżdżali i otwierali. To przejście jednak zamknięto, bo Czesi zaczęli z Polski przerzucać węgiel. Teraz jeździ do sąsiedniego przejścia, ale i tak w sumie do pola ma może kilometr.

Wójt Fulneczek nie wierzy, że Czesi oddadzą Polsce te 268 hektarów. Żadne państwo chętnie tego nie robi. Fulneczek nie ma pojęcia, czy w jego gminie przybędzie terytorium. Po wojnie w Rudyszwałdzie czy Owsiszczu Polska dostała trochę więcej ziemi, z kolei w Bolesławiu były przesunięcia na korzyść Czechosłowacji. Zwrot w naturze to trudna sprawa, bo po czeskiej stronie są nieuregulowane sprawy własności. Najpierw były tam pegeery, potem oddano ziemię pracownikom, którzy zwykle jej nie uprawiali. Teraz wiele ziemi dzierżawią od nich Polacy. To, co na papierze, często nie zgadza się z życiem.

Choć spór o 268 hektarów trwa od 1958 roku, za PRL tą sprawą się nie zajmowano. Po sierpniu 1968 roku, kiedy Układ Warszawski najechał na Czechosłowację, odbieranie ziemi stało się jeszcze bardziej drażliwym tematem. Dopiero po 1989 roku zaczęto rozmowy trwające do dziś.

Sprawę poruszono po raz kolejny w lutym przy okazji wizyty w Polsce premiera Czech Mirka Topolanka. W marcu MSWiA wystosowało notę do czeskiej ambasady. Petr Kubera, rzecznik ambasady, tłumaczy, że sprawa jest trudna, bo mapy z 1958 r. są niedokładne – linie graniczne poprowadzono wtedy na mapie grubą kreską. A wiadomo, centymetr na papierze to czasem kilometr w rzeczywistości. Dlatego rzecznik prosi o cierpliwość.

A Lothar Wittek ma teraz dużo czasu. Gospodarstwo przekazał synowi. Sam grzeje się w słońcu i słucha, jak Gabi Albrecht śpiewa: „Wir sind Blumen aus einem Baum”.

Czeski absynt z alkoholem metylowym – tuż przy polskiej granicy!

Wybierasz się do naszych południowych sąsiadów, a może masz masz możliwość w Polsce kupić czeski alkohol? Uważaj! Czeski absynt z alkoholem metylowym… tuż przy polskiej granicy!

54128ef1d6b9f_gd

Na stronach internetowych Służby Celnej Republiki Czeskiej ukazała się informacja dotycząca przeprowadzonej kontroli na terenie zakładów w miejscowości Bystrzyca – leżącej tuż przy polskiej granicy, ok. 10 km. od Cieszyna. Podczas kontroli ujawniono 500 butelek alkoholu o nazwie Absinth, który zawierał w swoim składzie niebezpieczny dla zdrowia i życia konsumentów alkohol metylowy. Producentem zakwestionowanego alkoholu jest firma VAPA DRINK s.r.o. Mają zieloną etykietę z wyraźnym czerwonym napisem: ABSINTH 60%. Celnicy na razie nie wiedzą, ile skażonego absyntu znajduje się w punktach sprzedaży.

W związku z powyższym Główny Inspektor Sanitarny ponownie przypomina, że spożywanie alkoholu niewiadomego pochodzenia, nawet w butelkach łudząco przypominających oryginalne produkty, może powodować poważny uszczerbek na zdrowiu a nawet śmierć.

Dawka alkoholu metylowego zagrażająca uszkodzeniem nerwu wzrokowego wynosi od 4 do 15 ml. Dawka śmiertelna, minimalna to tylko 30 ml. W pierwszych godzinach od wypicia alkoholu metylowego objawy są takie same jak po wypiciu alkoholu spożywczego – pobudzenie, wesołkowatość, wzmożona aktywność fizyczna i psychiczna. Po kilku godzinach od zatrucia (czas wystąpienia objawów zależy od wypitej ilości metanolu) dochodzi do senności, śpiączki i głębokich zaburzeń świadomości (utrata przytomności, bez możliwości dobudzenia). Dochodzi do zaburzeń oddychania, oddech jest przyśpieszony, głęboki. Występują nudności, wymioty i bóle brzucha. Następują: spadek ciśnienia tętniczego i przyspieszenie czynności serca oraz zaburzenia widzenia (czasem występujące z opóźnieniem) do całkowitej nieodwracalnej (najczęściej) ślepoty.

Dostatniej żyje się na prowincji

Mają mniejsze wypłaty, a mimo to żyje się im lepiej! O kim mowa? O Czechach, którzy nie mieszkają w trzech największych miastach Republiki Czeskiej. Serwis idnes prezentuje raport, z którego wynika, że mit o lepszym życiu w dużych miastach nie jest prawdą.

VEN4bfddc_074419_7166268

Badanie Regionální rozdíly v kupní síle: Ceny, platy, mzdy a důchody‘ srovnává příjmy různých skupinlidív jednotlivých krajích pracowni Idea porównuje wynagrodzenia Czechów oraz bada czy region republiki wpływa na wysokość wypłat. 

Okazuje się, że w przypadku Pragi dane o dochodach są silnie zawyżone przez zagraniczne firmy i dużą ich koncentrację w stolicy. Ponadto właśnie dzięki przekonaniu, że w Pradze szybciej znajdziemy pracę i będzie ona lepsza, drożeją czynsze oraz usługi. I choć zarabiamy w Pradze kwotę X, kupimy za nią mniej niż na przykład w Olomouc. 

Autorzy badania Matěj Bajgar i Petr Janský potwierdzają, że przeciętne wynagrodzenie nauczyciela w Zlinie czy w Pradze jest takie samo. Jednak w stolicy Czech będzie żyło się nam gorzej, mniej kupimy za to co wpłynęło na konto, a opłata za fryzjera również będzie wyższa. Porównując zarobki nauczycieli z kraju Usteckiego okazuje się, że tam życie będzie aż o 6 proc. tańsze niż w Pradze. 

Najcięższe życie według autorów raportu mają nauczyciele i urzędnicy z Brna i Pragi, okazuje się że nie zarabiają oni tak dużo. Praga jest miastem jedynie dla dobrze opłacanych pracowników korporacji.

Ciężkie jest również życie pracownika fizycznego w wielkich miastach. Mieszkaniec Brna kupi miesięcznie aż o 10 proc. mniej rzeczy niż jego kolega z okolic Opawy. 

Bogaci z wielkich miast płacą większe podatki za nieruchomości. Bezrobotni z Brna dostają taki sam zasiłek jak ci Ústí nad Labem, jednak to ci drudzy kupią za niego o 22 proc. więcej rzeczy niż ci pierwsi. Jedyną zachętą do emigrowania do metropolii jest zatem szerszy dostęp do kultury oraz większy wybór uczelni wyższych. 

W czeskich autobusach naładujesz telefon przez USB

To nie fikcja. W czeskich autobusach kursujących pomiędzy Pragą a miastem Kutna Hora pasażerowie mogą podładować swoje tablety czy telefony dzięki wejściom USB umieszczonym nad kasownikami. Na chwilę obecną takie udogodnienie znajdziemy tylko na dwóch liniach.

usb1

Grupa ČSAD Polkost uruchomiła specjalne pojazdy na linii 381 oraz 382. We wnętrzu pojazdu znajdziemy 10 wejść USB, które jednocześnie mogą ładować urządzenia mobilne. Na chwilę obecną wykonywane są kursy próbne, jeśli gniazda USB się sprawdzą i zyskają na popularności, wprowadzimy je do wszystkich naszych pojazdów – mówi Pavel Procházka, szef firmy Polkost. 

Firma ponadto obiecuje wprowadzenie tego typu udogodnień we wszystkich pojazdach wszystkich aktualnie działających przewoźników w obrębie Pragi i okolic. Niestety, praski MHD, który odpowiada za komunikacje miejską w stolicy Czech rozmywa nadzieje prażaków oraz milionów turystów: portów USB w metrze i autobusach nie będzie.

Dla pocieszenia wspomnę jedynie, że w tej chwili MHD pracuje nad uruchomieniem łączności WiFi w miejskich pojazdach oraz pokryciem sygnałem sieci komórkowych tunelów metra.

usb2

Czesi uwielbiają szmateksy

A to ci paradoks! Chociaż z każdym rokiem w Republice Czeskiej przybywa galerii handlowych, a wraz z nimi sklepów odzieżowych, nie idzie wraz z tym wzrost sprzedaży odzieży. Czesi nie lubią na ciuchy wydawać za dużo. Lubują się w szateksach!

585472

W zapomnienie odchodzą wietnamskie sklepiki z odzieżą, gdzie koszulkę można kupić za 50 koron, choć na metce widnieje cena 70CZK. Wietnamskie sklepy i bazary oferują jedną i wciąż tę samą bylejakość. Przybysze ze Wschodu prowadzący sklepiki na bazarze w Pradze Holeszowicach załamują ręce.

Właściciele sklepów odzieżowych w centrach handlowych zauważyli jedną przypadłość: Czesi w tego typu przybytkach pojawiają się jedynie w czasie wyprzedaży. Jak sami tłumaczą sezonowi klienci, żal jest nie kupić bluzki przecenionej aż o 70 proc.

W tych trudnych czasach nasi sąsiedzi liczą każdą koronę. Jednak znalazł się sposób na porządne zakupy: wizyta w szmateksie (czes. hrabárna, sekáč, second-hand). Znane jeszcze z lat 90-tych były symbolem biedy. Dziś stały się symbolem gustu i stylu. W szmateksach kupuje dzisiaj 30 proc. Czechów.

Oprócz tych istniejących na każdym rogu wyrastają kolejne. Niektórzy oprócz szperania w stacjonarnych second-handach lubują się też w tych internetowych. Portale oferujące odzież z drugiej ręki przeżywają rozkwit.

Używana odzież, która pojawia się w czeskich sklepach pochodzi z Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Włoch. W zeszłym roku do Republiki Czeskiej przyjechała odzież o wartości 400 milionów koron. Wśród ogromu tych ciuchów można znaleźć krótkie spodenki (cze. letní kraťasy) za 20 koron, a markowy sweter za 100. Ale to nie wszystko!

Nasza klientela po tak długim czasie jest rozpieszczona! Teraz oprócz tych najtańszych rzeczy chcą i droższe ale oryginalne. Z naszego szmateksu robi się teraz luksusowy butik – mówi Jana Stančíková właścicielka sklepu w centrum Pragi.

Dziennikarka telewizji CT24 postanowiła ubrać się w podobne ciuchy w second handzie oraz w zwykłym sieciowym sklepie. Efekt? Za używane, ale modne i eleganckie ubrania zapłaciła 330 koron. Za taki sam zestaw, ale kupiony w galerii handlowej zapłaciła prawie 2000 CZK.

585473

Praga: Koniec wielkich reklam w przestrzeni miejskiej

W ramach nowych przepisów budowlanych, które zaczną obowiązywać od 1 października, w czeskiej stolicy nie będzie można lokować nowych reklam. Jednak zmiany dotykają także innych problemów przestrzeni z jakimi zmaga się Praga.

reklamy

Przepis dotyczący reklam obejmuje wszystkie billboardy, szyldy oraz siatki reklamowe o powierzchni ponad 6 metrów kwadratowych, niezależnie od tego jaką funkcję będą pełnić – promocyjną, reklamową czy informacyjną. Ograniczenia dotyczyć mają całego miasta, zarówno terenów zabudowanych jak i parków czy terenów zalewowych. Prawo nie działa wstecz, stąd już istniejące billboardy będą jeszcze wisieć do czasu wygaśnięcia umów firm reklamujących się. Powściągliwy stosunek do tego zapisu przedstawiają właściciele czeskich firm, działających w rej branży, dla których jest to znaczne ograniczenie pola działalności.

Ważnym elementem nowego miejskiego prawa budowlanego jest określenie minimalnej szerokości chodnika. Nowopowstające praskie chodniki mają mieć co najmniej 1.5 metra. Gwarancja obecności drzew oraz innych form zieleni w przestrzeni miasta jest kolejnym interesującym zapisem w nowych przepisach. Każda ulica o szerokości większej niż 12 metrów będzie musiała mieć zapewniony pas do obsadzenia jej drzewami. Prawo budowlane określać ma też dozwolone wysokości budynków w poszczególnych rejonach miasta, aby zapobiec chaosowi i różnorodnej wysokości zabudowy w poszczególnych dzielnicach.

Projekt nowych praskich przepisów budowlanych przygotowywał Instytut Planowania i Rozwoju w Pradze. Pracami nad projektem przepisów kierował urbanista, Filip Tittl. Przy tworzeniu nowych praskich przepisów inspirowano się rozwiązaniami m.in. z Berlina czy z Wiednia. Burmistrz Pragi, Tomáš Hudeček, nazwał uchwalenie dokumentu „absolutnie koniecznym” w kontekście postępującej dewastacji architektury i urbanistyki miasta. „Chciałbym porównać go do nowego Kodeksu Cywilnego. Praga zyskała nowe prawo budowlane, o jakości zbliżonej podobnym regulacjom w europejskich miastach, kładącym nacisk na jakość układu urbanistycznego oraz kontekst miejsca” – powiedział burmistrz dla portalu e15.cz.

Źródło

Woda za droga? Tę z kranu wypijecie za darmo!

Ostatnio mój znajomy podniósł temat różnicy cen między wodą mineralną a piwem w czeskich knajpach. „W czeskiej knajpie -> woda 250ml = 30 koron, piwo 0,5l = 27 koron”. Dodał jednak, że ta różnica sprawia mu jedynie przyjemność. A co z tymi, którzy piwa pić jednak nie chcą? Muszą przepłacać? Okazuje się, że nie!

JB54468f_profimedia_0173865090

Jak donosi portal idnes.cz, restauracji, w których napijemy się wody z kraju wciąż przybywa. Szacuje się, że jest ich już około 30 procent. Jak to działa w praktyce? Jeśli woda z kranu umieszczona jest w menu, licz się z tym, że za nią zapłacisz. I to całkiem słono, bo kilkanaście koron. Dobrą dla klienta stroną kranowego biznesu jest fakt, że często wystarczy poprosić o szklankę wody z kranu, by kelner nam ją przyniósł.

Od połowy 2012 roku do teraz kranowych przybytków w Czechach przybyło (z 12 proc. do 35). W krajach Jihočeskim i Ústeckim takich miejsc jest nawet 40 procent. Z jednej strony jest to ukłon spragnionym w tym upale ludziom, a z drugiej strata właścicieli knajp: tak wysokie marże na samej wodzie dostrzegł nawet czeski rząd i nakazał by woda w czeskich hospodach była tańsza niż piwo. Jak widać rząd dalej nic w tej kwestii nie zrobił.

Coca-Cola kosztuje w hurcie trzynaście koron, sprzedajemy ją za czterdzieści. To samo z wodą: tę kupujemy za cztery korony, a klient może ją sobie zakupić za tyle ile kosztuje piwo. Taka sytuacja to marzenie każdego restauratora w Europie – mówi Michal Pelichovský, czeski restaurator.

To samo dotyczy lemoniad: robimy ją za grosze, a szklaneczkę napoju sprzedajemy za kilkadziesiąt koron – mówi właścicielka praskiej restauracji TGI Fridays, która serwuje również klientom wodę z kranu na żądanie.

Woda z kranu nie jest oczywiście usługą oficjalną. Jak to wszak rozliczyć? Doszło do tego, że jedna z restauracji stawiała na każdy stół dzbanek z kranówką. Niestety nawet dzięki takiemu ukłonowi w stronę klienta, nie zwiększyło to ani ruchu w restauracji ani nawet obrotów. Dzbanki z wodą zostały wycofane.

Ilość restauracji w danym kraju, która serwuje klientom wodę z kanu
Ilość restauracji w danym kraju, która serwuje klientom wodę z kanu

Restauratorzy i klienci zgodnie przyznają: wstyd jest pytać o wodę z kranu. Właściciel restauracji Nad Jezerem u Máchova Jiří Roith twierdzi, że woda z kranu zupełnie za darmo nie może być wydawana: Nam się to wtedy nie opłaci. Ale serwujemy klientowi nieograniczoną ilość dolewek za 30 koron. Kranówka w USA również jest za darmo, jednak kelnerzy liczą sobie 10 proc. za serwis czyli jej podanie. U nas to wychodzi taniej – wyjaśnia.

 

Bohumin tak blisko, a tak daleko jednocześnie

Pierwszy o 2.12 rusza Chopin, który przez Ostrawę mknie do Wiednia. Polonią dojedziemy aż pod włoską granicę do Villach, gdzie odbywają się konkursy Pucharu Świata w skokach narciarskich. Ostatni odchodzi Excelsior. O 23.22 przez Pragę jedzie do czeskiego Cheba, miasta niedaleko niemieckiej granicy. W ciągu doby odchodzi stąd 100 połączeń, bo dzięki swemu strategicznemu położeniu Bohumin (Bogumin) jest dziś ważnym europejskim węzłem kolejowym. Można stąd wyruszyć w wiele kierunków, tylko nie do Raciborza.

Nádraží_Bohumín

Kolej jest atutem tego miasta już od połowy XIX wieku. Pierwszy pociąg przyjechał tu z Lipnika nad Beczwą w 1847 roku. Za sprawą Kolei Wilhelma z Bohumina przez Racibórz i Koźle można było dotrzeć do Berlina, a oddana do użytku w 1872 roku Kolej Koszycko-Bogumińska łączyła miasto z Koszycami. Prawdziwą perełką architektury jest też tutejszy dworzec. Przebudowany na początku XX wieku w stylu neorenesansowym jest zaliczany obecnie do najładniejszych tego typu obiektów w Czechach.  Jego gruntowna modernizacja, która pochłonęła 2,6 mld koron czeskich zakończyła się dziewięć lat temu. Dziś z czterech peronów stacji odjeżdżają pociągi do Austrii, Słowacji, Polski i na Węgry. Radegast jeździ do Brna, Slovakią dostaniemy się do Koszyc, Varsowią do Budapesztu, a Chopin zawiezie nas do Wiednia. Kursują tu też pociągi do Polski (Silesia do Krakowa, Sobieski do Warszawy). Cztery razy dziennie (o 4.11, 5.11, 6.11 i 7.11) z Bohumina odjeżdża Pendolino, który trasę do Pragi pokonuje w 3 godziny 16 minut.

(…)

Zabytkowy dworzec jest dostosowany do potrzeb nawet najbardziej wymagających podróżnych. Znajdziemy tu informację (od poniedziałku do niedzieli otwarta w godzinach: 5.30 – 10.40, 11.10 – 14.30, 15.00 – 18.20), dwie poczekalnie, całodobowe kasy biletowe, w których możemy płacić kartami, w koronach lub euro (międzynarodowa i obsługująca połączenia lokalne) i czynne na okrągło bary. Informacje o przyjazdach i odjazdach pociągów wyświetlane są na nowoczesnych elektronicznych tablicach, można też skorzystać z klasycznych rozkładów jazdy.

Podziemnym przejściem dostaję się na trzeci peron, skąd ma odjechać pociąg do Warszawy.  Na każdym kroku widzę pracowników, którzy dbają o czystość dworca. Zbierają śmieci i pety, bo tu nikt nie przejmuje się obowiązującym zakazem palenia papierosów.

Wśród oczekujących na peronie spotykam polską obsługę pociągu, która zastępuje w Bohuminie czeską. W pociągu, który jedzie do Warszawy z Villach pracują do granicy z Czechami również Austriacy. – Pociągi mamy teraz lepsze, ale podróżni są wredniejsi – podsumowuje konduktor Tomasz Kozłowski, który z koleją jest związany od 20 lat.

Pierwszy raz w Bohuminie jest Josef Pekar, który ze Słowacji jedzie do dziewczyny do Łodzi. W podróży spędzi 10 godzin, ale czego nie robi się dla miłości? – Polki są najładniejsze – mówi z przekonaniem – i lepsze od Słowaczek! Kupiłem bilet miesięczny za 60 euro, mam nadzieję, że często będę z niego korzystał – dodaje.

Justyna Barkmanova jest Polką, która od lat mieszka z mężem Czechem w Pradze. Na wakacje przyjeżdża co roku do babci, która mieszka w Kielcach. – Podróż z małymi dziećmi nie jest już dziś takim wyzwaniem jak kiedyś. Wagony są klimatyzowane, a obsługa przynosi dzieciom zabawki i puzzle, żeby szybciej minął im czas. Korzystam też z tego, że dzieci do szóstego roku życia jeżdżą w Czechach za darmo – tłumaczy pani Justyna, która dba o to, by Łucja i Kuba mówili też po polsku – Ja znam trzy języki, bo uczę się angielskiego – mówi Łucja i po chwili namysłu dodaje: cztery, bo jeszcze słowacki!

To jedynie fragment tekstu z portalu noviny.pl. Autorem tekstu jest Katarzyna Gruchot. Cały tekst dostępny TUTAJ

Najsmutniejszy fragment tekstu:

W kasie międzynarodowej sprawdzam ceny biletów do wybranych miast. Za przejazd z Bohumina do Wiednia trzeba zapłacić 958 KC, do Pragi 315 KC, Krakowa 638 KC a Warszawy 1226 KC. Najdroższy jest bilet do austriackiego Villach, za który trzeba zapłacić 2246 koron. Najsmutniejsze jest jednak to, że nawet mając pieniądze, z Bohumina nie dotrzemy pociągiem do Chałupek, czy Raciborza.  Przewozy Regionalne deklarują, że 14 grudnia tego roku ma zostać uruchomione połączenie międzynarodowe na trasie Wrocław Główny – Bohumin (przez Kędzierzyn-Koźle, Kuźnię Raciborską i Rybnik).

Rowerem po Czechach? Tak, ale tylko sprawnym

Rowerem po Czechach? Mnóstwo Polaków przyjeżdża do nas na rowerach korzystając z nowych ścieżek rowerowych, ale ich wyposażenie często nie spełnia czeskich przepisów – informuje Dorota Havlikova, rzeczniczka Urzędu Miejskiego w Czeskim Cieszynie.

Otwarte niedawno nowe atrakcyjne trasy rowerowe (jak trasa nr 10 z Beskidów, przez Czeski Cieszyn do Kocobędza), ich bliskość oraz malownicze położenie zachęcają do rowerowych wycieczek po czeskiej stronie Olzy. W sezonie letnim w rejonie Czeskiego Cieszyna polskich rowerzystów bywa więcej niż Czechów. Ale nieznajomość przepisów może nas drogo kosztować. Ile? To zależy od wykroczenia. Za jazdę dziecka bez kasku rowerowego mandat wynosi do 2 tysięcy koron, czyli około 320 zł.

– Mandaty mogą być bardzo wysokie przede wszystkim w wypadku, gdyby rowerzysta był uczestnikiem kolizji. A za spowodowanie wypadku i uszczerbku na zdrowiu przez pijanego rowerzystę może być wymierzona nawet kara więzienia – przestrzega Havlikova, która nie ukrywa, że podczas akcji profilaktycznej skierowanej do rowerzystów, w czasie której czescy strażnicy miejscy zatrzymywali i wręczali odblaski oraz mapy rowerowe kierowcom jednośladów, wyszły na jaw braki w wyposażeniu polskich rowerzystów. Na co powinniśmy zwrócić uwagę i o czym powinniśmy pamiętać, wybierając się rowerem do naszych południowych sąsiadów, żeby nie narazić się na otrzymanie mandatu? Jest kilka takich rzeczy. Oto one:

1 KASK – u naszych południowych sąsiadów kask jest obowiązkowy dla wszystkich rowerzystów do 18. roku życia. I nie jest ważne czy jeździsz na rowerze górskim, corssowym czy leciwej damce. Kask musi być.
I to dobrze zapięty, czego wielu naszych rodaków nie zawsze przestrzega.

2 ODBLASKI – zgodnie z czeskim prawem każdy, ale to każdy, rower musi mieć oświetlenie z przodu oraz biały odblask, a z tyłu czerwone (dopuszczalne migające) oraz czerwone światło odblaskowe. Bez tego nawet się nie ruszajmy na szlak.

3 HAMULCE – niby to takie oczywiste, że nie jeździmy na rowerze, który nie ma sprawnych hamulców. Ale warto wiedzieć, że zgodnie z czeskim prawem każdy rower musi mieć – uwaga! – co najmniej dwa niezależne, skutecznie działające hamulce.

4 POD OPIEKĄ – to informacja szczególnie ważna dla rodziców, dziadków i innych opiekunów. W Czechach dzieci mające mniej niż 10 lat mogą jechać na rowerze tylko i wyłącznie w towarzystwie osoby starszej niż 15 lat. W foteliku można przewozić dziecko w wieku do 7 lat, ale może to zrobić tylko rowerzysta, który ma więcej niż 15 lat.

5 PRZYCZEPKI – u naszych południowych sąsaidów od 2012 roku można też przewozić dzieci w przyczepkach rowerowych, ale mogą to robić tylko pełnoletni (od 18 lat). W tym przypadku, podobnie jak w Polsce przyczepka musi być prawidłowo oznakowana – nie tylko w odblaski, ale i chorągiewkę.

6 ALKOHOL – zgodnie z czeskim prawem na rowerze nie można jeździć pod wpływem alkoholu. W Czechach niedozwolona jest jakakolwiek ilość alkoholu we krwi kierowcy samochodu czy roweru. Mandat za jazdę pod wpływem alkoholu waha się od 10 tys. do 20 tys. koron (poniżej promila alkoholu) oraz od 25 do 50 tys. koron powyżej jednego promila. Odmowa poddania się testowi na zawartość alkoholu we krwi podlega grzywnie w wysokości do 50 tys. koron.

7 TELEFON – warto także pamiętać, że w Czechach obowiązuje zakaz trzymania w ręku telefonu komórkowego podczas kierowania rowerem – dopuszczalne jest jedynie telefonowanie za pomocą zestawu hands-free.
53bff6631d01d_o
Ciekawe trasy rowerowe
Szlak Zamków nad Piotrówką to jedna z ciekawszych tras rowerowych na pograniczu polsko-czeskim.
Liczy około 24 kilometry. Zaczyna się w Kończycach Wielkich, kończy w Gołkowicach. Po drodze można zobaczyć wiele ciekawych zabytków w gminach Hażlach, Zerzydowice, Piotrowice koło Karwiny oraz Godów znajdujących się w znacznej części w dolinie rzeki Piotrówki. Np. stylowy pałac z przełomu XVII i XVIII wieku w Kończycach Wielkich, czy zameczek myśliwski z drugiej połowy XVIII wieku zbudowany w czeskiej Pierstnej. Trasa nie jest trudna, można ją przejechać także z dziećmi.

Drugą polecaną przez nas trasą jest tzw. Szlak Olzy.
Umożliwia on poznawanie rowerem najciekawszych miejsc położonych nad symboliczną dla regionu rzeką Olzą. Zaczyna się w Cieszynie, słynącym z takich zabytków jak XII-wieczna rotunda czy Studnia Trzech Braci, po czym wiedzie do Czeskiego Cieszyna, Kocobędza, gdzie można zobaczyć wieżę strzelniczą, Albrechcic, Karwiny z pięknym parkiem zdrojowym w stylu angielskim, Dziećmorowic i Lutyni Dolnej, gdzie można podziwiać zamek z końca XVI w. Trasa nie jest trudna, ale warto podzielić ją na dwa dni.

naszemiasto.pl

Czesi nie mogą otworzyć oficjalnego Apple Store, otwierają więc Apple Shop

Internetowy sklep Alza.cz poinformował na swojej stronie, że już w ten piątek otworzy w miejscu swojego dotychczasowego sklepu stacjonarnego w praskich Holešovicích pierwszy w Europie Wschodniej i Środkowej „oficjalny” Apple Shop.

aplee

Wydawać by się mogło, że chodzi tutaj o oficjalną filię amerykańskiego Apple Store – nic takiego. Nie wiadomo czy Alza.cz nie dostała zgody na używanie oficjalnej nazwy sklepu, czy po prostu firma buduje swój wizerunek na kopiowaniu nazwy prestiżowego sklepu z markową elektroniką.

Sklep ma wyróżniać się na tle konkurencji: na terenie Republiki Czeskiej produkty Apple sprzedawane są w punktach oznaczonych iStyle czy też iWorld. Nazwa Apple Shop ma bezpośrednio kojarzyć się z amerykańskim gigantem i jego ekskluzywnymi produktami.

Apple posiada na świecie 425 oficjalne Apple Store’y w 16 krajach. Największy z nich znajduje się w Amsterdamie. Największa ich ilość jest w USA – 254. Wszystkie działają zgodnie z zasadami wymyślonymi przez założyciela Apple’a Steve’a Jobsa.

Apple Store’y to istna żyła złota. Te ze Stanów Zjednoczonych uchodzą za miejsca, w których utargi są największe w przeliczeniu na metr kwadratowy powierzchni. Aby tego typu transakcje mogły zostać zawierane, pracownicy punktów przechodzą specjalistyczne (według niektórych kontrowersyjne) szkolenia, a towar Apple jest w odpowiedni sposób wyeksponowany (ustawienie monitorów pod odpowiednim kątem, itp.)

Wiemy, że Apple nie znosi, gdy kopiuje się jej znaki towarowe. Czy zatem Czesi narażą się amerykańskiemu gigantowi za używanie podobnej nazwy? Okaże się już w piątek. Zdjęcia z otwarcia salonu na pewno zamieścimy w tym miejscu.

W chwili obecnej sklep Alzy jest podzielony na kilka stref producentów. Oprócz tego na jego powierzchni znajduje się kawiarnia oraz toalety.

mapa_sr_4

Coraz mniej Rosjan w Karlowych Warach

Mniej rosyjskich turystów na ulicach, w restauracjach, w łaźniach i na lotnisku – to efekt kryzysu ukraińskiego. Czesi nie sądzili, że sytuacja na Krymie i wschodzie Ukrainy będzie miała takie skutki dla Karlowych Warów. 

kw

Duży ubytek Rosjan odczuli pracownicy Apartamentu Thalia. Przychodzą do domu z połową wypłaty. To samo mówią osoby zatrudnione w Spa Resort (kompleks oferuje 337 czterogwiazdkowych pokoi): Nie mamy pracy. Niektórzy z nas już zarejestrowali się w urzędzie pracy. Zwolnili nawet naszego menadżera. Lotnisko w uzdrowiskowym mieście doznało 9-procentowego spadku rosyjskich turystów.

Właściciele resortów SPA oraz innych apartamentów nie chcą komentować sprawy i dodają, że ubytek rosyjskiej klienteli rekompensuje im przypływ czeskich gości oraz Niemców. Jednak czy nowi goście zastąpią aż dwudziestoprocentowy spadek liczby Rosjan?

Za kryzys w Karlowych Warach odpowiedzialna jest sytuacja na Ukrainie, kurs euro do rubla oraz sankcje nałożone na Rosję przez UE.

W Náchodě odsłonięto pamiątkową ławkę Josefa Škvoreckého

Na Masarykovym náměstí w Náchodě przy granicy z Polską odsłonięto ławkę słynnego pisarza narodzonego w tym mieście. O wygląd pomnika zatroszczył się artysta Josef Faltus z Záryb u Kostelce nad Labem. 

OKA5323ed_P2014051102egtrertetrr84901

Realistyczny pomnik przedstawia siedzącego na ławce pisarza. Został zaprojektowany tak, aby można było usiąść koło Škvoreckého. Podstawę pomnika tworzą grzbiety książek. Inspiracją do projektu stało się zdjęcia pisarza. Pomnik wykonany jest z żeliwa, w celu uniknięcia wytarć i zniszczeń.

Pomnik kosztował 800 tys, koron i jest zwieńczeniem odnowy starego miasta w Nachodzie, które zostało zrewitalizowane wyłącznie ze środków urzędu miasta, bez jakichkolwiek dotacji – mówi burmistrz Jan Birke. Nie jest to mała kwota. Ale takie dzieło sztuki było tego warte. 

Oprócz pomnika miasto wyznaczyło również szlak im.  Josefa Škvoreckého z przystankami w miejscach, o których była mowa w jego książkach. Są one oznaczone specjalnymi metalowymi płytami. Już w kwietniu na cmentarzu komunalnym odsłonięto pomnik w formie otwartej książki ku czci autora.

Josef Škvorecky urodził się 27 września 1924 roku. Przez całe życie fascynował się literaturą, jazzem oraz kobietami. Po wojnie, którą ciężko doświadczył zaczął studiować filologię angielską na Uniwersytecie Karola. W 1969 wyjechał do Toronto gdzie wykładał współczesną literaturę angielską i amerykańską. Tam też założył wydawnictwo, w którym publikowali Vaclav Havel oraz Milan Kundera. Jego najbardziej znanym w Polsce utworem jest książka Przypadki inżyniera dusz ludzkich. 

sk2

Cieszyn, Štramberk i Ostrawa – jak nie znudzić się na Śląsku Cieszyńskim

Zakończył się kolejny tydzień urlopu. Nie ma roku, aby Czechofil nie pojawił się w dwóch miejscach: Pradze i Cieszynie. Stolicę Czech odwiedzam ze względu na znajomych, a to piękne graniczne miasteczko ze względu na jego położenie. Sprawdzając historię bloga zauważyłem, że wpisów o Cieszynie zrobiłem już kilka. Co napisać nowego? Czy jest jeszcze coś co Was zainteresuje?

Niektórzy jeżdżą co roku na przykład do Egiptu. Ludzi ciągną wybrane miejsca, z którymi mamy miłe wspomnienia. Ja wybieram Cieszyn. Tym, co mnie przyciąga na Śląsk Cieszyński są na pewno ludzie. I ten ich powolny tryb życia. Wszak „miastowe tego nie mają i spokoju tu szukają”. Także wolno snujący się urokliwymi uliczkami ludzie, bawiący się w pubach na kampusie studenci i uśmiechnięte ekspedientki – tego nie znajdziesz w metropolii.

Cieszyn: tu czeskie piwo upija bardziej

 

Zatrzymałem się w Hostel nazwanym 3 Bros’ Hostel na cześć  legendy o Trzech Braciach, założycielach miasta. Właściciel i zawiadowca miejsca Mariusz (notabene wszyscy wielcy Mariusze, których znam to czechofile) to zakręcony i młody człowiek, który wziął sobie za zadanie rozpropagowanie ideologii podróżowania grupowego. Nie ma nic lepszego niż paczka znajomych pijąca Brackie w Cieszyńskiej Wenecji*. Żeby wspólna sielanka trwała nawet po zamknięciu lokali, w 3 Bros’ Hostel urządzono wspólną kuchnię, w której można pić piwo kontynuując biesiadowanie. Górna półka lodówki hostelowej mieści lokalne piwa, a nawet wina. W czasie mojej obecności Hostel odwiedzili goście z Kanady, a nawet Australii. Niesłychane, że goście z tak daleka odwiedzają Cieszyn. Wynajmują oni zwykle pokoje wieloosobowe, dlatego czują się swobodnie wśród swoich znajomych. O dziwo, nawet podczas pełnego obłożenia, w hostelu jest cicho i da się wypocząć po podróżniczych wojażach.

A tych było sporo. Po trzech dniach zwiedzania stopy odmówiły mi niestety posłuszeństwa. Pewnie dlatego, że pokusiłem się o chodzenie po szczytach Beskidów. Strome cieszyńskie uliczki też zrobiły swoje. Szczytem mojej głupoty okazała się próba zdobycia polskiego brzegu Olzy – nieosiągalnego, jak się okazało, dla zwykłych śmiertelników. Zachciało mi się iść wzdłuż brzegu aż do momentu, jak Olza przestaje być rzeką graniczną a granica wcina się w ląd w okolicach Trzyńca. To był najgłupszy pomysł, na jaki mogłem wpaść. Zarośnięte chaszczami i niezwykle nieprzyjazne brzegi nie dopuszczą nikogo. Zastanawiam się czy w czasie zamkniętych granic ktokolwiek próbował przejść granicę w takich warunkach.

Štramberk

Spacer wzdłuż Olzy to był dopiero przedsmak tego, co mnie czekało następnego dnia. Wyprawa do Štramberku to był główny punkt tegorocznego urlopu. Nie było mnie tam już ponad cztery lata. I oczywiście nic się nie zmieniło: zadbane kamieniczki, zimne piwo i niezwykle sympatyczni Czesi. W  Štramberku można zjeść smacznie i tanio. Ponadto można też skosztować lokalnego piwa. Ważnym punktem programu jest również zaopatrzenie się w korzenny przysmak jakim są Štramberskie Uszy*.

Ale żeby dostać się do tego ukrytego między beskidzkimi szczytami miasteczka, trzeba pokonać kilkadziesiąt kilometrów pociągiem. Z Czeskiego Cieszyna wystarczy pojechać pociągiem do miasta Studenka, a tam przesiąść się w wagon motorowy serii 810 – produkowane od 1975 roku w fabryce Vagonka Studénka jeżdżą do dziś i stanowią nie lada lokalną atrakcję. Czułem się jak bohater filmu „Slunce, seno, jahody”. Naprawdę warto wybrać się w podróż trasą Studenka – Veřovice i przenieść się w czasie. Po drodze widziałem ładne miasteczko Příbor oraz obleśne komunistyczne Kopřivnice, które słyną z fabryki Tatry. Widać ją jednak z pociągu, nie warto więc nawet wysiadać.

Ostrawa

Przy okazji okazało się, że w modzie są wciąż fryzury na czeskiego piłkarza. W 2014 roku tego typu fryzurę miał na sobie kierownik pociągu, ale również rzesza taksówkarzy i obywateli Czeskiego Cieszyna i Ostrawy.

20140522_164343

Jeśli chodzi zaś o Ostrawę, jest to idealne miejsce, aby zobaczyć cały przekrój czeskiego społeczeństwa. Nie wspominam tutaj o ogromie Romów, którzy wręcz zalewają to przygraniczne miasto. Dla nowych przybyszów jest to widok na pewno przerażający i powodujący bezwarunkowy odruch przyciskania do siebie torebki. Wydaje mi się, że z każdym rokiem Cyganów w Ostrawie widzę coraz więcej. Są bardzo hałaśliwi i wiecznie się uśmiechają – aż tak dobrze się im powodzi? Oprócz dziesiątek tysięcy Romów zauważymy też kilku Czechów. Moda w mieście Ostrawa zatrzymała się na epoce warszawskiego Stadionu X-lecia. Kolorowe i pasiaste bluzki z poliestru (ten zapach) oraz sandały ze skarpetami. Wizerunek Czechów z Ostrawy różni się diametralnie od tych widzianych w Pradze. Kobiety z dwukolorowymi włosami (miks mlecznobiałego i kruczoczarnego) a mężczyźni otyli i szczerbaci. Młodzież rozmaita: jedni modni i schludni, pozostali tandetni i wyglądający jakby zatrzymali się w czasie. Warto przyjechać i zobaczyć ten lokalny folklor (patrz zdjęcie). Choć przeżyjemy szok, nie trzeba bać się o swoje zdrowie – Ostrawa jest dość bezpiecznym miastem. Warunek: nie wychodź na miasto po 22:00. Zresztą i tak nie ma po co – oprócz imprezowej ulicy Stodolni, nic się tu nie dzieje. W trakcie weekendu ulice są wymarłe, a tramwaje jeżdżą puste. Jedyny ratunek na nudę to centrum Handlowe Nową Karoliną nazwane, w gruncie rzeczy bardzo fajne.

Czeski Cieszyn

Wieczory spędzałem po obu stronach Cieszyna. W tym Czeskim można (ale nie trzeba) wybrać się do Restauracji u Huberta. To kultowe miejsce w przypadku początkujących czechofilów odwiedza się na własną odpowiedzialność. To, co urzeka starych czechofilów (ten klimat starej hospody, pianka na piwie) może bardzo wystraszyć nowicjuszy. Obskurne ściany i wygląd speluny – tak to miejsce jest określane, przez tych, którzy nie przywykli to wyglądu tradycyjnych czeskich hospudek. To samo tyczy się knajpy w budynku dworca w Czeskim Cieszynie czy też restauracji  Hotelu Piast. Ta ostatnia zresztą to relikt poprzedniej epoki – choć czysto i schludnie, to jednak martwo, cicho i tak nijak. Na pierwszy raz znajomych można zabrać do Da Capo (pizzeria oraz czeska kuchnia) czy też pobliskiej Siódemki. Tradycyjna czeska kuchnia do spróbowania jeszcze w Restauracji U Dzika czy tez w Restauracji na Brandyse. Najsympatyczniejsza według mnie jest Restauracja Sikorák w Parku Adama Sikory po czeskiej stronie Olzy. Do Colors na Hlavní tříde nie chodźcie – barmani tam oszukują i są strasznie irytujący.

Gdy pozostało Ci jeszcze kilka dni urlopu w zapasie, możesz wybrać się jeszcze do pobliskiej Opawy. Mieszkając rok na Śląsku Cieszyńskim udało mi się zwiedzić wszystkie te okoliczne miejsca, dlatego teraz pozwolę sobie wkleić jedynie linki.

Štramberk / Cieszyn / Cieszyn 2 / 

Ostrawa / Opawa / Hradec nad Moravicí

 

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑