Czy o Czechach pisze się dobrze albo wcale? Spotkanie z Michałem Zabłockim

Główna Księgarnia Naukowa im. B. Prusa zorganizowała pod koniec października Tydzień Czeski, dzięki któremu udało mi się wreszcie być na spotkaniu z autorem książki „To nie jest raj”, panem Michałem Zabłockim.

Od czasu przeczytania tej krótkiej książki, która miała ambicje być przeciwwagą dla zachwytów Mariusza Szczygła nad Czechami, bardzo chciałam poznać osobę, która ją napisała. Zastanawiałam się jak wygląda i jakie poglądy ma Polak, który próbuje podważyć mit dotyczący Czech, jako raju na Ziemi.

Może od razu wyjaśnię- jestem Czechofilem, a nawet Czechofilką, kocham Czechy, ale jak to bywa z prawdziwą miłością- kocham, wiedząc że ma swoje wady. Zauważam je, ale w obliczu ilości zalet nie są dla mnie tak istotne.

Pan Zabłocki w swojej książce, o czym już pisałam w recenzji,  wypowiadał się na temat zjawiska czechofilii i zachwytu Polaków nad Czechami w sposób dalece niesprawiedliwy („Polska czechofilia jest potwornie powierzchowna, bazuje na weekendowych wypadach na piwo do Pragi i dla mnie nie różni się niczym od brytyjskich „stag parties” na rynku w Krakowie, Wrocławiu czy w Warszawie”). Nie inaczej było na spotkaniu autorskim, które prowadził pan Michał Rozenberg (słowacysta, znawca literatury i historii Słowacji, zdeklarowany nie-czechofil), chociaż na końcu nastąpił ciekawy zwrot akcji, o czym poniżej.

Przyznam więc, że na spotkanie wybierałam się z określonym poglądem na temat pana Zabłockiego, a jedyne co mnie naprawdę interesowało, to powód jego antyczechofilii, a może nawet czechofobii. Wiedziałam, że bohemistą stał się głównie ze względu na chęć zostania tłumaczem przysięgłym języka czeskiego, a jego pierwsze spotkanie z Czechami nastąpiło na górze Śnieżnik, kiedy to jako dziecko symbolicznie przekroczył polsko-czechosłowacką granicę. Studiując w rodzinnym Wrocławiu, zaczął poznawać Czechy od trochę innej niż strony. Między innymi opowiedział o tym, że jego wykładowca był Czechem ale też gorliwym katolikiem, a sami Czesi, których poznał nie są tak zadowoleni ze swojego kraju jak się Polakom wydaje, a w Czechach panuje ogromna korupcja.

Prowadzący spotkanie zapytał skąd zdaniem autora tak wielu Polaków jest czechofilami. Ten odpowiedział, że dlatego, że zwracamy uwagę tylko na fasadę, nie wchodzą do środka, tego czym jest Czeska Republika, więc skupiamy się na piwie, knedlikach i języku, którzy brzmi dla nas zabawnie i sympatycznie. Kolejnym nośnikiem czechofilstwa w Polsce jest według niego kinematografia. Polacy do tego stopnia uwielbiają czeskie komedie, że trudno im przyjąć do wiadomości, że Czesi produkują również filmy w innych gatunkach. To z kolei powoduje że czasem poważne filmy i tak w Polsce są reklamowane jako „czeskie komedie”. Według p. Zabłockiego dość powierzchowne są również fakty na temat Czech, które docierają do Polski. Poskarżył się, że pracując w Czechach jako dziennikarz PAP, czasem dostawał uwagi od polskiej redakcji, że treść jego artykułu nie spodoba się czytelnikom, bo zaburza stereotyp myślenia o Czechach.

Sporo czasu na spotkaniu zajął temat historii i poczucia tożsamości zarówno Czechów, Polaków i ze względu na osobę prowadzącego Słowaków. Oczywisty jest fakt, że te trzy narody mają podobną historię najnowszą, a w wielu miejscach nawet wspólną (choć na pewno różnimy się w jej interpretacji).

Czesi ponadto od czasu śmierci Havla nie mają autorytetów moralnych a według ostatniego spisu powszechnego tylko 63% osób zadeklarowało, że jest Czechami. W tym przypadku według p. Zabłockiego trudno jednoznacznie odpowiedzieć czy był to wynik żartu z tego rodzaju pytania czy faktycznie Czesi nie mają poczucia identyfikacji z własnym państwem. Autor wraz z prowadzącym doszli do wniosku, że Czechy nigdy nie były państwem narodowym. Częściej są dumni, że byli częścią imperium Austro-Węgierskiego niż tego, że ostatecznie są niezależnym narodem.

Brak poczucia przynależności narodowej kompensują jednak przynależnością do regionu lub miasta. Autor podkreślił, że on sam czuje się Polakiem i Europejczykiem mimo tego, że dla wielu Polaków stoi ze sobą w sprzeczności.

Pan Zabłocki twierdzi, że Czesi sami do siebie mają skomplikowany stosunek. Generalnie panuje obojętność. Gospoda wg autora książki „To nie jest raj” jest bardzo smutnym miejscem. Dużo się pije i narzeka, a samo narzekanie nie przekuwa się na działanie. Według autora Czesi dużo rzadziej od Polaków zakładają organizacje pozarządowe. Kiedy to usłyszałam, to trochę mnie to zdziwiło, bo jednak mimo tego, co sądzi pan autor, moje czechofilstwo nie ogranicza się tylko do chlania tańszego piwa na czeskich ulicach, ale też znam co nieco sytuację społeczno-polityczną u naszych południowych sąsiadów. Sprawdziłam jakie są fakty. Opierając się na raporcie Marty Gumkowskiej z Zespołu badawczego Stowarzyszenia Klon/Jawor z 2017 roku w Czechach nie dość, że było więcej organizacji pozarządowych (128 720 do 123 975, które były w Polsce), to jeszcze w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców Czesi biją nas pod tym względem na głowę (125 w porównaniu do 32 organizacji w Polsce).

Innych „faktów” ze spotkania i książki już nie sprawdzałam, ale jeśli Wy wiecie, że coś na pewno się nie zgadza ze stanem faktycznym, to proszę napiszcie do mnie, uzupełnię ten artykuł o Wasze znaleziska.

Kolejny zarzut wobec Czech to, że życie na ulicach mniejszych miast popołudniami zamiera, bo jeśli już Czesi wychodzą to do tych osławionych hospód. Z tym się mogę nieco zgodzić, ale nie upatrywałabym w tym nic złego. Przynajmniej mają gdzie wyjść i wiedzą po co. Polacy co prawda do późnych godzin nocnych potrafią się szwendać po ulicach większych i mniejszych miast, ale w przypadku tych ostatnich czasem tylko po to, żeby szukać „rozrywki”, czyli znaleźć kogoś, kogo można zaczepić i zapytać czy ma w czymś problem.

Wracając do książki, jako że spotkanie odbywało się jednak w księgarni. Podobno w Czechach „To nie jest raj” została przyjęta dużo lepiej niż w Polsce. Pan Zabłocki powiedział, że często Czesi piszą do niego, że to niestety wszystko prawda. W Polsce faktycznie spotkał się z różnymi zarzutami (w końcu sama byłam jedną z osób, która je miała), ale podobno np. Mariusz Szczygieł podziękował mu za tę książkę, ponieważ do tej pory na polskim rynku nie było takich pozycji, które pokazywałyby te trochę mniej znane Czechy.

Poruszono również kwestię tego, jak Czesi nas postrzegają. Vaclav Klaus podobno kiedyś powiedział „Jesteśmy narodami bliskimi ale niezbyt się znamy”, co p. Zabłocki podsumował mówiąc, że my Czechów postrzegamy powierzchownie a oni nas jako cwaniaczków, kombinatorów.

W naszych wzajemnych stosunkach nie pomagają nam takie afery jak np. z solą drogową albo z zatrutym mięsem. Przykładem tego, jak Czesi  nas widzą jest chociażby reklama t mobile, gdzie Polak jest naciągaczem. Dla przypomnienia:

Od siebie dołożyłabym również serial „Kosmo”, ale tam się obrywa wszystkim, a Czechom chyba przede wszystkim.

Kiedy nastał czas na pytania od publiczności, wywiązała się ciekawa dyskusja z autorem na temat obiektywizmu w opisie Czech. Autorowi zarzucono jego brak i bardzo wybiórcze potraktowanie tematyki, wyciągnięcie kilku wydarzeń i spraw, które miały pokazać Czechy w złym świetle. Autor odpowiedział, że miał do tego takie samo prawo jak Mariusz Szczygieł, który z kolei w swoich książkach idealizuje obraz kraju nad Wełtawą. 

Próbując nieco załagodzić dyskusję pan Zabłocki w końcu przyznał, że też jest Czechofilem i mimo wszystko Czechy wciąż kocha, tylko chce je pokazać z nieco innej strony.

Autor: Dorota Chmielewska

Broumov o(d)kryty jesienią

Na dobry początek umilająca lekturę jesienna piosenka oraz podtrzymujące napięcie zdjęcie (powyżej).

Pan Leopold ma marzenie. Jest nauczycielem geografii w dolnośląskiej Bielawie, który nigdy nie był za granicą. Czasy są takie, że nawet do bratniego kraju nie sposób wyjechać ot tak. Można spróbować nielegalnie. Pan Poldek obmyśla więc plan, jak dostać się do miejsca, które jest tak bliskie a tak niedostępne. To Broumov. Wszystko, co wie o tym północno-czeskim miasteczku, obwarowanym skałami Broumowskich Ścian, wypatrzył na zdjęciach w starej niemieckiej książce. „Przy okazji dowiedziałem się, że Broumov to bardzo stare miasteczko. Jest tam opactwo benedyktyńskie, pochyły rynek z rzeźbą Matki Boskiej ustawioną na spiralnej kolumnie, wiele starych kościołów i cmentarz z najstarszym w Czechach drewnianym kościółkiem żałobnym. Jest tam stary browar, który od setek lat warzy dobrego Opata.” Streściłem fabułę opowiadania „Marzenia” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego z tomu „Wariat”. Nie zamierzam zdradzać, czy panu Poldkowi udało się zobaczyć miasto swoich snów. Z ochotą za to przyznam, że sam miałem niedawno przyjemność je odwiedzić, jako wysłannik Czechofila. W Broumovie zobaczyłem to, o czym czytał pan Poldek, i dużo więcej. O części odkryć piszę poniżej, temat jednak zdecydowanie nie jest wyczerpany. Warto do Broumova zaglądać, dla kultury, historii, natury (o tym kiedy indziej) i po piwo, korzystając z faktu, że już nie musimy się tam dostawać rogalem[1].

Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł

Co łączy tegoroczną noblistkę i laureata nagrody Nike? Kilka rzeczy, ale wśród nich wspólne spotkanie autorskie w ramach festiwalu Góry Literatury, które odbyło się 7 lipca 2015 r. w klasztorze w Broumovie w Sali Kreslírna – historycznej sali kreślarni gimnazjum klasztornego. Obecność obojga autorów nie dziwi, (Olga Tokarczuk ma dom w nieodległym Krajanowie), ale samo miejsce spotkania trochę może. Wiekowy budynek to obecnie nie tylko dostojny (a jesienna aura jeszcze to wrażenie wzmaga), zabytek, ale i ośrodek kultury i edukacji. Można tam, poza spotykaniem polskich pisarzy, zorganizować ślub z weselem, wysłać pociechy np. na lekcje pisania piórem, wziąć udział w koncertach, które odbywają się także w nowej sali Drzewnik (dawna drewutnia) w ładnym przyklasztornym ogrodzie. Przy kolejnej wizycie chętnie skorzystam z okazji przenocowania w klasztornym Domu Gości. To tam, na 3 piętrze, na ścianach wiszą zdjęcia pokazujące, jak źle wnętrza klasztorne wyglądały jeszcze kilka lat temu (część klasztoru ciągle nie jest dostępna dla zwiedzających, za możliwość jej zobaczenia dziękuję p. Libuše Růčkovej). W latach 50. XX w. były wszak miejscem internowania zakonników i zakonnic, potem służyły jako magazyny, a w takich miejscach remonty to jednak rzadkość. Nowe życie zabytkowego budynku po prostu cieszy, ale już to, co w nim stare, szczerze zachwyca.

Krzysztof Dientzenhofer i Ignacy Kilian Dientzenhofer

Dwóch architektów, ojciec i syn, odpowiada za osiemnastowieczną rekonstrukcję opactwa benedyktyńskiego w Broumovie, która nadała budynkowi obecny imponujący, barokowy wygląd. Użyczyli także nazwiska dla funkcjonującej dziś na terenie obiektu kawiarni. Początki klasztoru to jednak już wiek XIV, a oszałamiający przepychem zdobień kościół św. Wojciecha był początkowo kościołem gotyckim. Z tego okresu zachował się w wieżyczce nad zakrystią fresk „Pokłon Trzech Króli“. W 1999 r. w świątyni doszło do fascynującego odkrycia. Stojąc przed ołtarzem odwróćmy się w prawo. Zobaczymy kaplicę św. Krzyża. Unieśmy wzrok żeby dostrzec złocony wieniec z napisem Sancta Sindon. Właśnie tam znaleziono drewnianą skrzynię, a w niej kopię Całunu Turyńskiego z 1651 r. Ten wyjątkowy przedmiot, jeden z 40 istniejących na świecie, ale jedyny w naszej części Europy można zobaczyć podczas zwiedzania klasztoru, (okazjonalnie także nocą) w dawnym refektarzu. A także w pewnym filmie.

Ivan Trojan i diabeł

Prawda czasu, prawda ekranu. W miniserialu czeskiej telewizji „Ďáblova lest” grany przez Ivana Trojana religioznawca przyjeżdża do klasztoru w Broumovie, żeby razem z miejscowymi zakonnikami ustalić, jak… muszę wziąć głęboki oddech… zwyciężyć szatana, który chce przejąć władzę nad światem. Spotkanie odbywa się w bibliotece klasztoru, która na żywo robi jeszcze większe wrażenie. To około 17 tys. woluminów, manuskrypty i pierwodruki w wielu językach i dotyczące różnych gałęzi wiedzy. Niezwykła kolekcja. Prawda jest jednak taka, że w klasztorze od dłuższego czasu żadnych zakonników już nie ma. A co z szatanem? Nic nie zdradzę stwierdzając, że w starciu z Ivanem Trojanem był bez szans. Tak to wygląda, chociaż nigdzie nie raczej nie napiszę, że to „dzieło” czeskiej kinematografii polecam.

Opat Zinke i Maryja

Krótka uliczka i już jesteśmy na rynku, swego czasu, jakżeby inaczej, Adolf Hitler Platz. Jeśli akurat przypadkiem mamy rok 1706 to staraniami opata Otmara Zinke na środku placu staje słup z rzeźbą Maryi Panny z Jezuskiem. Mieszczanie nie są zachwyceni. Maryja zwrócona jest twarzą w stronę klasztoru, ale plecami do reszty miasteczka. Opat każe więc rzeźbę wymienić i od 1728 r. Matka Boska patrzy już na dwie strony rynku, na ratusz, teatr i bibliotekę z jednej, oraz na Obchodni Centrum z reklamą piątkowo-sobotniego disco z drugiej strony. Niech żyje opat! Opat dla opata! Spacerując klimatycznymi uliczkami miasteczka warto zajrzeć do barokowego kościoła św. Wacława oraz na Plac Kościelny z kościołem św. Piotra i Pawła, zwracając uwagę na… krasnala z siekierą na wieży i wmurowane w ściany kościoła płyty nagrobne z XVI i XVII w. Tablica informacyjna donosi, że plac po przebudowie został jedną z 35 najpiękniejszych budowli w Czechach 2007-2008 r. To chyba nie była najistotniejsza informacja tego tekstu.

Heimat i vlast

Różowy budynek prawie naprzeciwko Lidla był kiedyś domem niemieckiego fabrykanta, potem siedzibą gestapo, dziś funkcjonuje jako ośrodek zdrowia. Złożoność tutejszej, i każdej innej, historii najlepiej widać na starym cmentarzu. Heimatdank i In memoriam padlým za vlast. Dwa napisy na dwóch sąsiadujących ze sobą pomnikach postawionych ku pamięci ofiar I i II wojny światowej. Która wojna była czyja – nietrudno przyporządkować. Stoją obok nekropolii, na której dziewiętnastowieczne nagrobki niemieckich obywateli Braunau sąsiadują z nowszymi, czeskimi. Nad cmentarzem góruje drugi najważniejszy zabytek Broumova – kościół Maryi Panny z 1450 r. Ta pięknie zdobiona budowla, do powstania której nie użyto ani jednego gwoździa, jest uznawana za najstarszy drewniany kościół Czech. Kościelna dzwonnica miłosiernie rzuca swój cień na wszystkie groby.

Uwaga (!), wnętrze kościoła jest otwarte dla zwiedzających od czerwca do września.

Olivětínský Opat jasny i ciemny

Małe sprostowanie. Pan Poldek nie mógł w przedwojennej niemieckiej książce czytać o piwie Opat. O Brauerei Ölberg już jak najbardziej. Ale to, że piwo warzy się w mieście już kilkaset lat to czysta, jak svetlý ležák, prawda. Benedyktyni zaczęli produkcję na wzgórzu klasztornym (cała starówka leży na skale) w 1348 r., ale po serii pożarów w XVIII w. przenieśli browar do wsi Olivětín (niem. Ölberg), dziś już części Broumova. Obecni właściciele szczycą się stosowaniem starych receptur i niezależnością od piwowarskich potentatów. Są dumni z kilkudziesięciu rodzajów piwa, w tym konopnego, z dostępności trunku w okolicznych lokalach oraz niekorzystania przy odnowie browaru z pieniędzy unijnych. Te, albo jakiekolwiek inne, są pilnie potrzebne na rekonstrukcję budynku byłego browaru miejskiego. W mieście funkcjonował bowiem swego czasu, tuż przy klasztorze, drugi pivovar. Produkcję ukończono już w roku 1943 r. Ciemny, pusty budynek jest teraz co prawda obiektem fotogenicznym, obiektywy mają słabość do upadku i zniszczenia, ale wypiję niejednego Opata za jego drugą szansę.

Schrollowie i afrykański brokat

Jest coraz chłodniej, może by się tak przenieść do jakiegoś Lagos albo Bamako. Ach, te wzorzyste, błyszczące tkaniny na ciałach tubylców. Że niby skąd są? Mechaniczną tkalnię we wspomnianym powyżej Olivětínie założył w 1856 r. Josef Edler von Schroll, syn lokalnego tekstylnego przedsiębiorcy Benedykta. To właśnie Josefowi miasteczko zawdzięcza także budynek, w którym obecnie mieści się Urząd Miasta. Zakłady Veba produkujące tkaniny bawełniane, obrusy i ręczniki funkcjonują w tym samym miejscu do dziś. To ważny fragment teraźniejszości Broumova; odwiedzając jakieś miejsce nie warto tylko cofać się kilkaset lat wstecz. Firma ma się dobrze eksportując swój flagowy produkt „afrykański brokat” m.in. do Mali i Nigerii. Miejska część zakładów niczym jakiś gród okazale rozłożyła się nad Ścinawką. To rzeka, która chociaż zaczyna i kończy swój bieg w Polsce postanowiła zajrzeć do Czech, do Broumova. W pełni to pochwalam i rozumiem. Bierzmy przykład z rzeki.

 

Autor: Piotr Klijewski

Zdjęcia autora poza:

  • zdjęciem Olgi Tokarczuk i Mariusza Szczygła by Tomasz Leśniowski – Praca własna, CC BY-SA
  • zdjęciem modelki Veby ze strony firmy.

Za umożliwienie powstania tekstu dziękuję SDMB Broumovsko, p. Libie, Katerinie, Zuzannie i Rafałowi.

Pozdrawiam: Andreę, Wiolę, Kasię, Maćka, Marka, Sebastiana i Darka.

[1] Uwaga, spoiler! Rogalo to po czesku lotnia.

 

Łazienka z dykty

W ostatni piątek (17.05.2019 r.) brałam udział w ciekawym wykładzie dr Weroniki Parfianowicz pt. Jak mieszkać w Europie Środkowej, który dotyczył historii mieszkalnictwa w Polsce i Czechach. Wykład potwierdzał tezę, że bloki z wielkiej płyty były początkowo zbawieniem dla społeczeństw obu narodów a teraz bywają przekleństwem tak samo dla nas, jak i dla ludzi zza południowej granicy. Czytaj dalej „Łazienka z dykty”

PO MOŚCIE!

Alegoria Czech. Proromska i progenderowa agitka. Wypełnia misję telewizji publicznej. Oburza dosadnością języka i scenami seksu przed godziną 22. Wiarygodnie pokazuje socjalne problemy w mieście na północy Czech. Ośmiesza prowincję ku uciesze Prażan. Podważa stereotypy. Utwierdza stereotypy. Pokazuje Czechów jako rasistów i homofobów. Propaguje tolerancję. Czytaj dalej „PO MOŚCIE!”

„Pusta ziemia” Jiřho Sádla – recenzja

„Pusta ziemia” Jiřho Sádla, to swoisty dziennik spostrzeżeń autora o otaczającym go świecie. Pisany jest prozą, jednak nie można nie mieć wrażenia, że niektóre zdania to gotowe wiersze, np. „Przejście od lata do jesieni, od malarstwa do grafiki”.

Okładka niestety nie zachęca do czytania, przypominając siermiężne wydania akademickich prac, których z reguły nikt nie czyta.

Jeśli jednak zajrzymy do środka, to znajdziemy się w świecie osobistych doznań zmysłowych autora, który opisuje z dużą dokładnością krajobrazy za oknem, które wraz ze zmianą pór roku ulegają metamorfozie.

Z punktu widzenia Czechofila, książkę czyta się szukając odnośników do mniej lub bardziej znanych miejsc z Czech. Nie opis atrakcji turystycznych jest tutaj ważny, ale patrzenie na przyrodę oczami Czecha. Jednak w tej książce występują liczne odwołania do typowych dla Czechów form spędzania wolnego czasu, takich jak siedzenie w hospodzie.

Wygląd książeczki jest dużym minusem, ale jeśli przyjąć, że książki nie ocenia się po okładce, to myślę, że warto sięgnąć po tę pozycję.

Książka do kupienia m.in. w księgarni Exlibris

Święto Niepodległości przy kieliszku morawskiego wina

Poranek 11 listopada. W Warszawie za kilka godzin narodowcy chwycą za flagi, bluzy z symbolami Polski Walczącej, z motywem wilków i żołnierzy wyklętych. Przejdą ulicami stolicy głośno krzycząc i puszczając race. W wieczornym serwisie informacyjnym pewnie znów będzie o zamieszkach z policją… Nuda, co roku jest tak samo…
A może by tak przy okazji Święta Odzyskania Niepodległości przez Polskę poświętować trochę radośniej? Przecież mimo wszystko, jest co świętować.

Jest ku temu okazja, bo 11 listopada w Czechach świętuje się Dzień Świętego Marcina, patrona winiarzy. Chciałam napisać, że Czechofile z Warszawy mają wybór miejsc, w których mogliby posmakować tradycyjnej czeskiej gęsiny i młodego morawskiego wina, ale… żadna z tutejszych restauracji nie wykorzystała okazji, żeby wykazać się znajomością czeskiej tradycji. Jedynie Czeska Piviarnia obiecała na tę okoliczność otworzyć beczkę svatomartinského piva, więc mamy coś na pocieszenie.

Może w przyszłym roku restauratorzy coś nam zaproponują, a jeśli nie, to pozostaje tylko wycieczka za czeską granicę, bo naprawdę warto!

O tradycji
Według legendy Święty Marcin przybywa co roku na białym koniu, co oznacza, że rozpoczynają się opady śniegu (co widać za oknem). Na szczęście Czesi przykry moment nadejścia zimy potrafią sobie umilić przy młodym winie i pieczonej gęsi.

Tradycja świętomarcińska pojawiła się w XVIII wieku, kiedy to za panowania cesarza Józefa II, 11 listopada właściciele winnic chodzili do swoich winiarzy aby spróbować nowego wina i zdecydować, czy przedłużać z nimi umowę na kolejny rok.

Dokładnie o godzinie 11:00 w całych Czechach, otwarte zostaną pierwsze butelki tegorocznego wina. Potem rozpocznie się tradycyjne biesiadowanie. Koncerty, wydarzenia, atrakcje kulinarne i degustacyjne na św. Marcina przygotowywane są w całych Czechach.
gesina-na-swietego-marcinaA skąd gęsina? Legenda mówi, że święty Marcin był rzymskim żołnierzem. Po przyjęciu wiary chrześcijańskiej został misjonarzem, a następnie biskupem. Podczas wygłaszania kazania biskupowi Marcinowi przeszkadzały gęsi, dlatego nakazał je zabić. Szkoda, żeby tak dobre mięso się zmarnowało, więc swoją karę odbyły piekąc się w brytfannach. Dziś to tradycyjne sezonowe danie oferuje każda dobra restauracja. Zazwyczaj gęś podawana jest z czerwoną duszoną kapustą, jesiennymi jabłkami oraz knedlikiem czy delikatnymi ziemniaczanymi kluseczkami.

Więcej o czeskiej tradycji na stronie Czech tourism

Lekka komedia na lato: „ŚWIĘTA CZWÓRCA” 8 czerwca, godz. 20.30 w kinie Wisła

Dwaj elektrycy, Ondra i Vitek, otrzymują pracę na jednej z karaibskich wysp, gdzie huragan zniszczył linie wysokiego napięcia. Są przyjaciółmi i sąsiadami. Ich żony lubią się, a nastoletni synowie Ondry chodzą z córkami Vitka. Krótko mówiąc, żyją w nieustającej idylli, na której cieniem kładzie się jedna, jedyna rzecz – nudne życie seksualne. Gdy przeznaczenie rzuca im rękawicę w postaci propozycji pracy za granicą, mężczyźni podejmują wyzwanie i zabierają na Karaiby swoje żony. I to właśnie w owym egzotycznym raju wymyślają plan, który na zawsze odmieni ich życie seksualne.

MEDIA O FILMIE:

Najnowszy film Jana Hrebejka to kino czeskie w pigułce – niezobowiązujące, letnie, ale jednocześnie wsparte odpowiednim ciężarem. (Piotr Pluciński, „Zwierciadło”)

Siłą Hrebejka zawsze było to, że nawet absurdalne, odjechane fabularne pomysły miały u niego mocny realistyczny rys. I tak jest w „Świętej czwórcy”: „swingową” receptę na związek reżyser rozwija tak sprawnie, że konsekwentnie zagłusza istotny detal – oglądamy bajkę. Tyle że uroczą i przewrotną.
(Paweł T. Felis, „Gazeta Wyborcza”)

Prelekcję przed filmem wygłosi Jacek Dziduszko, filmoznawca, animator kultury.

bilety 14 zł.

Po spotkaniu zapraszamy na piwo w zniżkowych cenach za okazaniem biletu do Czeskiej Piviarni na Marymoncie
(ul. Popiełuszki 19/21, piętro 1, pawilon 21)

Partnerzy cyklu: Ach jo kulturo! Czeskie Centrum w Warszawie, Czeskie Centrum W Warszawie,Jestem Czechofilem, Czeska Piviarnia

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑