řezané pivo

P5260020.JPG

Czy żeby zrobić řezané pivo trzeba być mistrzem sztuki barmańskiej? Nie wiem. Wiem na pewno, że efekt jest powalający i spodoba się każdemu piwoszowi.

rezane.jpg

Barman w Czeskiej Piwnicy w Lublinie opanował sztukę lania rżniętego piwa do perfekcji. Mieliśmy niezłą zabawę czekając kiedy w końcu skończy się jasna barwa i przebijemy się do ciemnego piwa. Za żadne skarby piwo nie chciało się wymieszać, a jasna warstwa „tańczyła” na tej ciemnej.

#!

blog-rezak.jpg

Euforia minęła, gdy zacząłem zastanawiać się kto wymyślił polską nazwę tego specjału.

A na deser Modra Luna – piwo jagodowe! :)

modra.jpg

Dlaczego Czechosłowacja się rozpadła?

W 1990 r nikt nie podejrzewał, że w przeciągu dwóch lat państwo czechosłowackie, którego tradycje sięgały początków XX wieku, zniknie z mapy Europy, robiąc miejsce dla Czech i Słowacji.
O co poszło?
O ambicje dwóch polityków i… myślnik w nazwie.

Czesi i Słowacy z entuzjazmem obalili komunizm, a w pierwszych wolnych wyborach do wspólnego parlamentu (Zgromadzenia Federalnego) zwyciężyły partie byłych dysydentów.  Początkowo nikt nie myślał o problemach narodowych – były ważniejsze problemy do rozwiązania, niż nie do końca uczciwie ułożone relacje pomiędzy Czechami i Słowakami. Temat ten niespodziewanie wysunął się na pierwszy plan 30 marca 1990 roku.

Myślniki…

Wtedy to w parlamencie rozpoczęła się debata nad nową nazwą państwa. O dziwo przedstawiciele dwóch narodów nie byli w stanie dojść do porozumienia w tej zupełnie
podstawowej sprawie.

Słowacy opowiadali się za Czecho-Słowacką Republiką Federacyjną. Myślnik miał podkreślać równorzędność obu republik i narodów.

Czechom takie nowatorstwo się nie podobało, jako wydumane i przeczące tradycji. Zawsze żyli w Czechosłowacji i chcieli, by tak zostało!

Efekt?

Czechosłowacja została chyba jedynym w dziejach najnowszym państwem posiadającym dwie oficjalne nazwy.

Dla Czechów była to odtąd Czechosłowacka Republika Federacyjna.

Dla Słowaków: Czecho-Słowacka Republika Federacyjna.

To absurdalne rozwiązanie obowiązywało tylko przez kilka miesięcy, ale wystarczyło, by burza rozszalała się na dobre.

…i ambicje

Przede wszystkim w obu republikach dominującą pozycję uzyskali niezwykle ambitni politycy, którzy z nikim nie chcieli dzielić się władzą. Po stronie słowackiej był to odwołujący się do nacjonalistycznej retoryki Vladimír Mečiar. W Czechach podobnymi ambicjami wykazał się Václav Klaus.

Obaj byli rozłamowcami – rozsadzili od wewnątrz swoje partie, by przy wykorzystaniu radykalnych haseł ugrać więcej głosów w kolejnych wyborach. Obaj też uwierzyli, że najłatwiej osiągną ten cel poprzez odwoływanie się do tematu konfliktu czesko-słowackiego. Na Słowacji rzeczywiście nie brakowało głosów, że Czesi celowo spychają Słowaków na margines w polityce i gospodarce. Z kolei wielu Czechów miało dość „dopłacania” do biedniejszych sąsiadów ze wschodu.

Artykuł powstał między innymi w oparciu o „Historię powszechną 1989-2011” Andrzeja Chwalby (Wydawnictwo Naukowe PWN, 2011).

Jak pisze Lech Kościelak w książce „Historia Słowacji”
kolejne wybory do wspólnego parlamentu – 5/6 czerwca 1992 r – wygrały partie  niewykazujące determinacji w obronie Czecho-Słowacji lub wręcz niezainteresowane jej utrzymaniem. Na Słowacji zwyciężył Ruch na Rzecz Demokratycznej Słowacji (HZDS) z Vladimírem Mečiarem na czele.
W Czechach – Obywatelska Partia Demokratyczna (ODS) Václava Klausa. Zarówno Mečiar, jak i Klaus chcieli rządzić,a to w pojedynczym państwie nie było możliwe. Póki co Klaus i Mečiar zostali premierami republik wchodzących w skład Czechosłowacji i rozpoczęli… krótkie, niepubliczne negocjacje.

Rozmowy toczyły się w pewnym sensie na gruncie neutralnym – pisze Lech Kościelniak – bo w słynnej modernistycznej willi Tugendhat w Brnie na Morawach. Po kilku rundach rozmów V. Mečiar i V. Klaus zadecydowali o szczegółach podziału wspólnego organizmu i powołaniu dwóch państw narodowych.

A ludzi nikt nie zapytał o zdanie

O północy z 31 grudnia 1992 roku na 1 stycznia 1993 Czechosłowacja przestała istnieć, a jej majątek został podzielony pomiędzy Czechy i Słowację w stosunku 2:1.
Pomimo nawoływań prezydenta Czechosłowacji Václava Havla,dwaj premierzy nie zgodzili się na zorganizowa-
nie referendum w sprawie podziału państwa. Zresztą, Havel stracił w lipcu 1992 roku stanowisko ze względu na sprzeciw Słowaków wobec jego kandydatury. Żadnego kolejnego, wspólnego prezydenta już nie wybrano.

A dlaczego Klaus i Mečiar sprzeciwili się referendum w tak ważnej sprawie? Bo w wolnym głosowaniu pomysł podzielenia państwa upadłby z kretesem. Jak słusznie zauważa Andrzej Chwalba w książce „Historia powszechna
1989-2011” relacje między obu narodami były w kolejnych latach dobre, a nawet bardzo dobre. Czeska skoda równie dobrze sprzedawała się w Czechach, jak i na Słowacji. (…) Czesi chętnie studiowali w Bratysławie, a Słowacy jeszcze chętniej w Pradze (…). W rankingach popularności narodów (…) Czesi wygrywali na Słowacji, a Słowacy w Czechach.

Dzisiaj według sondaży tylko 1/3 Czechów i Słowaków jest zadowolona z rozpadu Czechosłowacji. Także w 1992 roku wyraźna, ale jednak mniejszość opowiadała się za usamodzielnieniem Czech i Słowacji. No ale politycy nie zapytali ludzi o zdanie. I obaj dobrze na tym wyszli: Mečiar przez cztery lata rządził Słowacją. Z kolei Klaus przez pięć lat był premierem Czech, przez cztery przewodniczącym parlamentu, a od 2003 roku piastuje urząd prezydenta republiki.

Źródła:
Andrzej Chwalba, Historia powszechna 1989-2011, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2011.

Lecz Kościelniak, Historia Słowacji, Ossolineum, 2010.

Autor: Kamil Janicki

ciekawostkihistoryczne.pl/(…)dlaczego-czechoslowacj…

Karlovy Vary

*Oprócz pięknej Pragi, czekały też nas inne miasta Republiki Czeskiej. Wszak jest to bardzo atrakcyjny kraj. Tym razem wsiedliśmy w autobus by za godzinę podziwiać Karlovy Vary*

P5010902.JPG

Dużo się naczytałem o tym miejscu w internecie, wiele opinii słyszałem i wiele zdjęć obejrzałem. Ale nie ma to jak zwiedzanie na żywo. Podobno miasto w połowie jest czeskie, a w połowie rosyjskie. Coś w tym jest, bo Rosjanie zrobili istny nalot na ten kurort. Było ich słychać niemal wszędzie, każda sklepowa witryna miała rosyjski napis.

Wprost nie mogę w to uwierzyć, że są tak piękne miejsca na ziemi, jak na przykład Karlovy Vary. Bogactwo architektury powala, każda kamienica jest starannie odrestaurowana, chodniki równe, trawka przystrzyżona. Wirtyny sklepowe uginają się pod ciężarem kryształów, biżuterii i pamiątek. O dziwo nie Krecików, ale matrioszek! Na każdym kroku widzimy ujęcia gorącej (55 stopni C.) wody pitnej, skąd turyści ją czerpią specjalnymi kubeczkami (za 189 koron). Ceny w restauracjach powalają na kolana zwykłego śmiertelnika, a na domiar złego, w tym upale nie mogliśmy znaleźć żadnego sklepu spożywczego, żeby sobie kupić chociaż butelkę karlovarskiej wody Mattoni. Na szczęście trafiliśmy na stoisko, gdzie sprzedawano zielone piwo! Rzeczywiście jest bardzo zielone i pyszne!

DSC03510.JPG

Gdy obeszliśmy część reprezentacyjną, nadszedł czas na wjazd kolejką na szczyt wieży widokowej. Kolejna wieża i kolejne zachwyty. Głód spowodował, że długo tam nie siedzieliśmy. W pośpiechu szukaliśmy taniej restauracji z czeską kuchnią. Trafiliśmy na taką na przeciwko dworca PKS w budynku marketu Albert. Dania były tanie, smaczne, a panie obsługujące bardzo miłe. Pochwaliły moje umiejętności językowe, co po takiej przerwie w mówieniu, uważam za ogromny komplement. Z radości zamówiłem sobie aż dwa obiady. Po obiedzie relaks pod chmurką na trawie i powrót do Pragi.

P5010996.JPG
P5010987.JPG

Kilka faktów o Karlowych Warach:

Karlowe Wary znane są także z:
– Likieru „Becherovka”
Dwieście lat temu przyjechał do Karlowych Warów hrabia Pletennberg-Mietingen wraz z osobistym lekarzem Anglikiem Frobrigiem. Zatrzymał się w należącym do Becherów domu „Pod trzema srokami”. Była tu także apteka prowadzona przez Josefa, głowę rodziny. Doktor Frobrig, który nudził się w miasteczku, zaczął ją odwiedzać coraz częściej. Obydwu panów interesowały bowiem zioła, olejki aromatyczne i alkohol. A dokładniej – sposoby ich mieszania. Wyjeżdżając z Karlowych Warów, Frobrig pozostawił Becherowi pomiętą kartkę papieru z kilkunastoma słowami. Ten jeszcze przez dwa lata doskonalił recepturę. W 1807 roku zaczęto sprzedawać Carlsbad (niemiecki odpowiednik nazwy uzdrowiska) English Biters – „krople” znane dziś jako becherovka.
MUZEUM BEHEROVKI

P5011013.JPG

– Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach odbywającego się od 1946 roku, którego główną nagrodą jest Kryształowy Glob.
– Przemysłu szklanego (huta szkła Moser)
– Rękodzieła artystycznego (koronczarstwo)
– W Karlowych Warach znajduje się najstarsze pole golfowe w Czechach z osiemnastoma dołkami.

P5010923.JPG
P5010924.JPG
P5010925.JPG
P5010927.JPG
P5010931.JPG
P5010948.JPG
P5010955.JPG
P5010964.JPG
P5010903.JPGP5010907.JPGP5010909.JPGP5010910.JPGP5010913.JPGP5010914.JPGP5010916.JPGP5010919.JPGP5010921.JPGP5010922.JPG

Liberec

P5021155.JPG

Podczas naszej czeskiej majówki mieliśmy do wyboru dwie wycieczki poza Pragę. Zamiast Czeskiego Krumlova (gdzie już byłem) wybraliśmy się do Liberca.

W sumie nie byłem przekonany do tego kierunku. Zmieniłem zdanie, gdy okazało się, że Student Agency wprowadza na ten kierunek promocyjne ceny. Później przypomniało mi się, że to właśnie w Libercu dzieje się akcja filmu oraz książki Jaroslava Rudisa „Grandhotel”. Od teraz nie mogłem doczekać się wejścia na szczyt góry Ještěd.

P5021095.JPG

Na początku buszowaliśmy po centrum handlowym, a stamtąd przeszliśmy na rynek, by podziwiać niesamowicie piękną budowlę Ratusza. Właściwie Liberec kojarzy się tylko z górą Ještěd oraz właśnie ze wspomnianym ratuszem. Powstał on w 1893 roku i został zaprojektowany na wzór wiedeński przez Franza Neumanna. Neorenesansowa budowla wprost powala na kolana. Z balkonu Ratusza przez dziesiątki lat przemawiało wielu władców i decydentów (m.in.: oprócz cesarza Franciszka Józefa także prezydenci Edvard Beneš oraz Vaclav Havel). 50 procent zdjęć z Liberca to właśnie zdjęcia ratusza. Rynek na którym się ten ratusz znajduje, też jest całkiem przyjemny.

P5021102.JPG
P5021113.JPG

W centrum informacji turystycznej dostaliśmy foldery po polsku. Pracownica poleciła nam zobaczyć stare DOMKI WALDSZTEJNSKIE (VALDŠTEJNSKÉ DOMKY). Znajdują się w uliczce Wietrnej i są najstarszymi zachowanymi domami w Libercu. – Pochodzą z lat 1678-81 i są dzisiaj jedyną pamiątką klasycznych mieszczańskich domów, które kiedyś zdobiły całe Nowe Miasto.

P5021128.JPG

Po tej małej wycieczce po mieście, nadszedł czas na Ještěd. Do góry prowadzi linia tramwajowa numer 3, która wiedzie wśród osiedli mieszkaniowych, a później także wśród pagórków, by zatrzymać się niedaleko góry.

P5021134.JPG

Im bliżej celu, tym więcej turystów, praktycznie samych Polaków, którzy bilet na wjazd kupują w ten sposób, że drą się ile im tylko natura siły dała do biednej pani w kasie, że „chcą tam i z powrotem!!!” Postanowiliśmy wjechać kolejką na sam szczyt. W kabinie sami Polacy oraz jeden Czech – pan motorniczy.

P5021139.JPG

Było strasznie wysoko, toteż jedna pani prawie wymiotowała w kabinie. Na szczęście obyło się bez rewelacji i wysiedliśmy na szczycie na wysokości 1012 m n.p.m. Niesamowite widoki i rewelacyjna widoczność. Dopiero jak wjechałem na szczyt przypomniało mi się, że to właśnie TU kręcono film Grandhotel. Ta sama recepcja, ta sama restauracja, ta sama wieża!

P5021171.JPG

Usiadłem nawet przy tym samym restauracyjnym stoliku co Fleischmann, główny bohater wspomnianego filmu. Niestety młoda kelnerka była bardzo nieuprzejma.

P5021141.JPG

Na szczycie spędziliśmy ponad godzinę. Najbardziej podobało mi się, że tak wysoko docierał zasięg wszystkich polskich sieci komórkowych i mogłem sobie zadzwonić do rodziny i przyjaciół. Oprócz tego odbierały wszystkie polskie i niemieckie stacje radiowe, które na dole pod góra już znikły. Gdy zeszliśmy piechotą na dół, byliśmy tak zmęczeni, że kufel Čapovanej Kofoli w pobliskiej restauracji smakował tak dobrze, jak nigdy wcześniej.

P5021150.JPG

Liberec to bardzo fajne miejsce, w sam raz na jednodniową wycieczkę.

P5021116.JPG
P5021179.JPG
P5021181.JPG
P5021124.JPG
P5021097.JPG

Majówka w Pradze

Tym razem obiecałem sobie, że na majówkę do Pragi pojadę nie sam, ale ze znajomymi. Planowanie i załatwianie wszystkiego zaczęło się już od stycznia. Wiedziałem, że najtrudniej będzie ogarnąć ludzi, dlatego już od stycznia suszyłem im głowę. Zarezerwowanie hostelu i biletów pozostawiłem na sobie. Niesamowite jak dłużył się czas od stycznia do maja i smutne, że tak szybko minęło te sześć dni…

P4280683.JPG

Plan był taki, że całe trzy dni (i noce) intensywnie zwiedzamy Pragę – wszak z całej sześcioosobowej grupy tylko ja kiedykolwiek byłem w tym pięknym mieście. Program zwiedzania to były typowo przewodnikowe trasy, takie praskie standardy. Od Prasznej Brany przez Orloja do Mostu Karola, na Hradczanach kończąc. Nie będę się tu rozpisywać nad pięknem kamienic i architektury, bo każdy kto tam był wie o czym mówię. Napiszę może, że moi przyjaciele byli wielce zadowoleni z faktu, że przy tak pięknej pogodzie można się w spokoju napić Czarnego Kozelka pod gołym niebem. Oczywiście dla smaku i lepszego trawienia po obfitym typowo czeskim obiedzie. Kumpli zaskoczył ogrom turystów ze wszystkich stron świata, zaczęły się porównywania do prowincjonalnej w tej kwestii Warszawy. Nagle, tak obcy dla nich kraj stał się tym ulubionym, gdzie Polak może się czuć jak w raju, bez mandatów za picie w miejscu publicznym, bez kup na trawnikach, ze smaczną kuchnią no i przede wszystkim z nowościami na sklepowych półkach.

P4280691.JPG

Dziwne, że my Polacy tak nie lubimy nowości. To u nas nie przyjęła się Kofola ani żadne smakowe napoje, od których aż roi się w Czechach. Mowa tu oczywiście o wszystkich egzotycznych smakach Fanty (np.: truskawkowa i kiwi). Nie mamy też tylu smaków czekolady. Teraz wyszła limitowana edycja gruszkowej i malinowej Studenckiej. A gdzie u nas Milka z nadzieniem o smaku znanego alkoholu? Gdzie u nas Coca-Cola wiśniowo-waniliowa? Gdzie w Polscę dostanę 2-litrową CherryCoke? Jednak największym hitem wyjazdu okazał się Ketchup Curry, który był dodawany wraz z Vaclavskou Kloubasou na Vaclavskim Namesti. W hipermarkecie ostała się tylko jedna butelka, niestety muszę obejść się smakiem albo zrobić sobie samemu ten specjał.

P4280698.JPG
P4280717.JPG

Od samego przyjazdu informowałem znajomych, że w Republice obiady jada się bardzo wcześnie, dla Polaka zdecydowanie za wcześnie. Była wrzawa, że „o 13:00 to ja jeszcze nie będę głodna”, jednak cena 79 koron za obiad właśnie w tych wczesnych porach zrobiła swoje i każdy był głodny już o 12:00. A obiady wybieraliśmy zawsze te kojarzone z Republiką: Svićkovou, Knedliky i róznego rodzaju gulasze. Wszystkim smakowało.

P4280727.JPG
P4280745.JPG

W ciągu trzech dni w Pradze udało się nam jeszcze wjechać na Petřín, Žižkovskou televizní věž, zobaczyć zachód słońca na Wzgórzu Vyšehrad i przejść się nocą po Moście Karola. Nocna Praga oszałamia pięknością. Niestety liczba Polaków na metr kwadratowy mostu przekracza chyba gęstość zaludnienia w Bangkoku. Głośne ich śmiechy i przekleństwa ( przecież Czesi to rozumieją) skutecznie przypinały nam odpowiednią łatkę… Grupa piętnastu Polaków rozsiadła się w kółku pod pomnikiem Jana Husa na Staromestkim Namesti, postawili przed sobą ruskie szampany, morze piwa i rycząc  wniebogłosy dawali wszystkim o sobie znać. Polak przecież musi się wszędzie pokazać. Brakowało biedakom tylko ogniska i kiełbasek.

P4280749.JPG
P4290784.JPG

Tak samo było w hostelu. Międzynarodowa ekipa: Włosi, Hiszpanie, Niemcy no i Polacy. Nie dość, że od rana krzyczą, śmieją się w głos to jeszcze podczas śniadania wyjęli swoje pasztety, zupki chińskie, serki topione, paprykarze i tym wszystkim smarowali sobie czeskie rohliki. Czy w Czechach jest aż tak drogo by przywozić ze sobą cały plecak wałówy? Nie… Po co wydawać pieniądze na jedzenie jak można je wydać na alkohol.

P4290795.JPG
P4300804.JPG
P4300825.JPG

Tym oto optymistycznym akcentem kończę relacje z Pragi. Możecie sobie jeszcze poniżej obejrzeć kolejne zdjęcia.

P4300829.JPGP4300832.JPGP4280672.JPGP4280673.JPGP4280689.JPGP4280739.JPGP4300889.JPG

V Zlot Czechofilów, Poznań

P3310295.JPG

Bardzo się cieszę, że w końcu ktoś przejął pałeczkę, wziął sprawy w swoje ręce i zorganizował spotkanie Czechofilów w mieście innym niż Warszawa. Tym dobrym człowiekiem jest Łukasz Kaminzki. Zanim przejdę do relacji z imprezy chciałbym z tego miejsca podziękować Łukaszowi za jego pracę i pomysły, które włożył w przygotowanie Zlotu.

Po raz pierwszy byłem w Poznaniu. Taki Zlot to była świetna okazja do połączenia obu rzeczy na raz – zwiedzania oraz poznawania nowych ludzi. Zachwycony urokami stolicy Wielkopolski odnalazłem pub U Honzika, który użyczył swoich wnętrz Czechofilom. Gdy wszedłem, spotkanie już się rozpoczęło. Na początek wykład o czeskiej kulturze, podobieństwach i różnicach przedstawił profesor Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy Maciej Gloger. Zgromadzeni słuchali profesora z zapartym tchem. Nie przypuszczałem, że frekwencja tak dopisze. Czeski Pub u Honzika pękał w szwach.

P3310278.JPG

Nastąpiła chwila przerwy. Tłumy ruszyły po różne rodzaje czeskiego piwa. Nie zabrakło też mojego ulubionego Kozelka czy Gambrinusa. Wszyscy podziwialiśmy wystrój wnętrza pubu. Prawdziwy czeski raj w sercu Poznania.

P3310274.JPG
P3310275.JPG

Za chwilę do akcji przystąpiła pani mgr Urszula Kowalska z UAM w Poznaniu. Zaprezentowała nam życiorys oraz dorobek najsłynniejszego czeskiego pisarza Bohumila Hrabala, wszak spotkaliśmy się w Poznaniu żeby świętować rocznicę 98. urodzin artysty. Czechofile w każdym wieku słuchali zapatrzeni. Zdziwiło mnie, że znalazły się osoby, które notowały „wykłady” do zeszytu formatu A4. Niesamowite.

P3310286.JPG

Na sam koniec nastąpiło uroczyste odczytanie fragmentów dzieł Hrabala przez aktorkę Teatru Polskiego w Poznaniu panią Teresę Kwiatkowską. Można było oczywiście przerywać i wchodzić w słowo pani Teresie – wszak odbywał się konkurs! Trzeba było odgadnąć z jakiej książki Hrabala pochodzi czytany fragment. Już po pierwszych wersach zgłosiło się kilku chętnych. Pierwszy z nich podając prawidłową odpowiedź wygrywał piwo. Rywalizacja była zacięta, gdyż oprócz piwa do zdobycia były też książki od Księgarni Czuły Barbarzyńca.

P3310276.JPG

Gdy skończyła się oficjalna cześć spotkania, Czechofile mogli poznać się bliżej. Przy kuflu wyśmienitego piwa rozmawia się wszak najlepiej!

P3310279.JPG

Dyskusje o wspólnej pasji trwały do nocy. Udało mi się pogadać chwilę z Czeszką mieszkającą w Poznaniu, jednak speszona zainteresowaniem, niepostrzeżenie opuściła lokal ;)

Podziwiam właścicieli lokalu i zazdroszczę im tego miejsca. Widać było, że jara ich to co robią. Znają się na rzeczy, interesują się gościem. Na barze leżały ulotki promujące Republikę Czeską a na ścianach wisiały flagi czeskie oraz koszulki czeskiej hokejowej reprezentacji. Czułem się jak w raju.

P3310290.JPG
P3310294.JPG
P3310297.JPG

*I nawet pogoda dopisała* ;)

P4010363.JPG

Wielkanoc w Czechach

*Všem přeji krásné Velikonoce!*

kdjsj.jpg

Kraslice – pisanki

Przez długie lata ustroju socjalistycznego tradycja Wielkiejnocy częściowo zanikła. Wraz z nowym ustrojem, powoli wracają tradycyjne święta. Czeska Wielkanoc to przede wszystkim pisanki, judasze, rózgi, drewniane figurki, drewniane kołatki i kolęda. Według sondy ( agencji Sofres-Factum) zamieszczonej w Mladá fronta Dnes z piątku 29 marca (strona 6) wynika, że 96 procent Czechów obchodzi święta Wielkiejnocy. Prawie 80 % nie ma zamiaru iść do kościoła, 75% oczekuje odwiedzin kolędników, 66% maluje jajka, a niecała jedna trzecia kolęduje.

*Zamiast palmy*

W Palmową Niedzielę powszechnym zwyczajem polskim jest święcenie palm, w Czechach natomiast święci się, o ile ktoś to robi, bazie. Niektórzy robią nawet z nich wianki. Oczywiście po czesku w nazwie niedzieli rozpoczynającej Wielki Tydzień nie będzie przymiotnika palmowa, ale kwiatowa, Kvetná Nedele) Minęły czasy kiedy przestrzegano ludowych obyczajów. Kiedyś po przyjściu z kościoła Czesi wkładali bazie za święty obrazek lub krzyż, gdzie stały przez cały rok. W niektórych miejscowościach łykano bazie, żeby ustrzec się od bólu gardła. Przestrzegano też zakazu pieczenia, żeby „nie zapiec kwiatu na drzewach.”

*Wielki Tydzień – tydzień barw*

Czeskie nazwy dni w Wielkim Tygodniu różnią się od polskich. U nas dominuje przymiotnik wielki (np. Wielki Czwartek, Wielki Piątek). Po czesku wielki jest tylko piątek, reszta dni ma w nazwie odpowiedni kolor i tak, poniedziałek jest niebieski (Modré pondelí), wtorek żółty (Žluté úterý), środa czarna (Cerná streda, rzadko używane), czwartek zielony (Zelený ctvrtek), sobota biała (Bílá sobota)

*Jarmark*

Do tradycji należy organizowanie świątecznych jarmarków, gdzie można zaopatrzyć się w świąteczne produkty: pisanki, słodycze, ozdoby takie jak: drewniane figurki, kołatki, i tak zwaną pomlázka czyli splecioną z wierzbowych witek rózgę na Poniedziałek Wielkanocny.

*Środa (Škaredá streda)*

Na Wielką środę Czesi mają najwięcej nazw. Najczęstsze z nich to škaredá i sazometná, rzadziej smetná lub cerná. Ze względu na to, że škaredit se oznacza dąsać się, wierzenia ludowe zabraniają się tego dnia dąsać. Kto nie posłucha tej dobrej rady będzie dąsał się co środę przez cały rok.
Druga nazwa wskazuje na stary zwyczaj czeski; w ten dzień Czesi wymiatali sadzę z komina.

*Czwartek (Zelený ctvrtek)*

Kolor zielony w nazwie czwartku według etymologii ludowej pochodzi od tego, że Pan Jezus modlił się na zielonej łące. W rzeczywistości nazwa ta związana jest z katolicką liturgią. Tego dnia milkną też dzwony, które zabrzmią dopiero w Wielką Sobotę. Dla zapewnienia sobie dostatku dobrze jest wraz z ostatnim biciem dzwonów zabrzęczeć monetami.
Kiedyś w Wielki Czwartek gospodynie wstawały rano, żeby mieć zamiecione jeszcze przed wschodem słońca. Aby w domu nie było pcheł, śmieci należało wynieść na skrzyżowanie lub za klepisko.
Z tej bogatej tradycji wielkoczwartkowej do dzisiaj przetrwały przede wszystkim tzw. judasze. Są to ciastka z drożdżowego ciasta, przypominające biblijnego Judasza. Podaje się je z miodem.

*Piątek (Veliký pátek)*

Starym zwyczajem było przed wschodem słońca umyć się w potoku, co miało chronić przed chorobami. Niektórzy musieli się porządnie natrudzić, żeby uchronić się przed bólem zębów. Młodzi mężczyźni wyciągali ustami z potoku kamień, a następnie lewą ręką przerzucali go za głowę.

*Wielkanoc (Velikonoce)*

Kiedyś chodzono do kościoła święcić jedzenie, a następnie spożywano je w gronie rodzinnym. Dzisiaj, ze względu na laicyzację tych Świąt, oprócz wystroju domowego, raczej nic specjalnego się nie dzieje. Jest to dzień wolny od pracy. Większość Czechów wyjeżdża na działki, gdzie odpoczywają na świeżym powietrzu. Do tradycyjnego jedzenia należą przeróżne ciasta często w kształcie baranka. No i oczywiście judasze, ciastka zrobione z drożdżowego ciasta, przypominające biblijnego Judasza. Podaje się je z miodem. W niektórych domach można znaleźć typowy dla tych Świąt wystrój: pisanki, figurki z drewna w kształcie gołąbków i baranków oraz drewniane kołatki.
W miejscowościach gdzie tradycja nie zginęła lub tam gdzie powoli wraca od rana chodzą kolędnicy z kołatkami i piszczałkami. Za pieśni dostają jedzenie a nieraz nawet pieniądze.

*Poniedziałek Wielkanocny*

pomlazka22.jpg

Tego dnia w zwyczaju jest pomlázka. Chłopcy z rózgami ganiają dziewczyny i smagają je po nogach. W zamian dostaną pisanki, kolorowe wstążki lub coś do jedzenia.

Czeska pani domu

*67,6% małżeństw w Republice Czeskiej przyznaje, że pieczę nad ich dochodami trzyma kobieta*

Czeski Urząd Statystyczny podaje, że im dłużej para ze sobą żyje, tym częściej partnerzy uznają swój dochód jako wspólny. Przyznaje tak 43% par ze stażem do jednego roku oraz 63% par ze stażem większym niż 10 lat.

Jednak aż 69% Czechów przyznaje, że mimo iż mają wspólne pieniądze, mogą sobie kupić co chcą, nie pytając partnera o zgodę. O większych wydatkach typu kredyt czy kupno auta małżonkowie decydują wspólnie (90%).

65,9 % partnerów wspólnie także decyduje o zakupie wyprawki (śpioszki czy też później ubrania) dla swego dziecka, jednak to właśnie żony/panie trzymają wspólne oszczędności. Panowie przyznają, że partnerki lepiej orientują się, gdzie robić zakupy, orientują się ile muszą zapłacić za rachunki itp.

Niestety, jak wszędzie, zdarza się, że zadłużone kobiety trafiają na ulicę lub do ośrodków pomocy społecznej. Na szczęście jest to zjawisko marginalne.

opr. własne na podst. danych ČSÚ.

wykres.jpg

Zrób sobie raj – sztuka

Środowa prapremiera sztuki „Zrób sobie raj” Kasi Adamik i Olgi Chajdas odbyła się w uroczystej atmosferze. Pełna sala czekających na to wydarzenie osób, świadczy o dużym zainteresowaniu. Każdy miał nadzieję, że sztuka spełni ich oczekiwania. Czy spełniła? Czytajcie dalej…

Nie wiem co kierowało twórcami przedstawienia, żeby tak poprowadzić akcję sztuki. Albo ja w ogóle nie pamiętam książki albo sztuka była tylko luźnym nawiązaniem do książki Mariusza Szczygła. Akcja toczyła się w świecie zmarłych, gdzie bohaterowie wspominają swoją śmierć, swoje życie i zastanawiają się nad tym, dlaczego ich urn z popiołem nie odebrała rodzina. Bohaterowie byli barwni i różnorodni. Każdy miał swoją historię, jednak narracja była chaotyczna, niespójna. Większości bohaterów w ogóle nie kojarzę, wypowiadali jedynie kwestie wyciągnięte z kart książki Szczygła. Sam Szczygieł powiedział, że był na 40 minutach próby i w tym czasie nie padło ani jedno zdanie z jego dzieła.

Czesi przedstawieni w spektaklu byli rozpustni, palili skręty. Jeden bohater wciąż powtarzał, że chce mu się piwa albo że nie może się wysrać. Temat defekacji powtarzał się jak mantra przez całą sztukę. Wysrać się i napić piwa to sens życia Czecha. Całość przeplatana wykonaniem hymnu Republiki Czeskiej w różnych aranżacjach: od „pijackiej” po kabaretową. Jeszcze żeby aktorzy naprawdę nauczyli się wysławiać poprawnie czeskie słowa… Głośne śpiewanie, tańce towarzyskie i tarzanie się po ziemi – jakoś mało kojarzy mi to się z czeską „pohodą”. Ale może za bardzo się czepiam. Jedyne do czego nie mogę się przyczepić to gra aktorska. Największe brawa dla Katarzyny Herman.

Całość skupiła się wokół śmierci, krematoriów i urn. Nie było ani słowa o innych zabawnych momentach książki. Na prapremierę przybyło dużo osób, które przeczytały książkę Szczygła i wiele z nich nie kryło swego rozczarowania z tego co zobaczyli po pierwszym akcie. Głośno dyskutowali o tym co ich zdziwiło. Kilka miejsc po rozpoczęciu drugiego aktu pozostała pusta. Akcja zakończyła się bardzo niespodziewanie, zgasło światło i aktorzy wybiegli kłaniając się publiczności. Ta odwdzięczyła się odtwórcom ról średnio intensywnymi brawami. Zanim brawa ucichły, część osób z widowni w pośpiechu gnała do szatni.

Miał być Raj, a wyszedł Sraj… Szkoda mi tylko, że może zdarzyć się taka sytuacja, że ktoś nie sięgnie po świetną książkę Mariusza Szczygła ze względu na kiepską, według mnie sztukę. Oczywiście mogę nie znać się na sztuce, na teatrze, opisuję tylko swoje odczucia. Jednak ostrzegam Was, szkoda kasy na bilety!

Zdjęcia od teatrstudio.pl/spektakl/zrob-sobie-raj/

raj1.JPGraj2.JPGraj3.JPG

Česky Film Łódź

wejscie.jpg

*wizyta 18 lutego 2012*

Korzystając z okazji i biletów po złotówkę, wybrałem się do Łodzi w poszukiwaniu śladów czeskości. Nie wiem czy wiecie, ale w Zelowie, w woj. łódzkim żyje największe skupisko mniejszości czeskiej w Polsce.

Czytając w internecie bardzo pozytywne opinie, postanowiłem zawitać do Pubu&restauracji Česky Film reklamującej się jako prawdziwie czeskie miejsce w centrum fabrycznej Łodzi.

Dotarcie do restauracji jest nie lada wyczynem. Przejezdni z dworca Łódź Kaliska muszą pokonać dwie przesiadki, po czym dojść piechotą spory kawałek. Lepiej, gdy ma się samochód i osobistego kierowcę – wszak po wypiciu czeskiego piwa nie możemy prowadzić. Gdy już dotrzemy, przywitają nas odrestaurowane fabryczne zabudowania, w których oprócz naszej knajpy ulokowały się również inne usługi oraz mieszkalne lofty.

Wchodzimy do środka, jest gwarno. Niestety tego dnia Restauracja szykowała się na imprezę pożegnalną karnawału i do dyspozycji gości był mały fragment sali tuż przy wejściu. Zasiedliśmy i od razu podano nam menu. Hitem lokalu jest już piwo jagodowe, więc bez chwili namysłu zamówiłem ów specjał. Jedzenia niestety nie zamawialiśmy, więc w tej kwestii wypowiadać się nie będę. Poza tym, żaden z gości nie zamawiał nic typowo czeskiego, toteż nie mogę ocenić nawet wyglądu tych najważniejszych dla nas czeskich dań.

menu.jpg

Zanim podano nam piwo, rozejrzałem się po lokalu. Bar od samego wejścia robi ogromne wrażenie, jednak sala w świetle dziennym nie powala na kolana. Jest czysto, jasno, przestronnie wręcz sterylnie. Wielką tego zasługą jest oczywiście fakt, że knajpa zaczęła działać w świeżo wyremontowanym pomieszczeniu i wszystko jest nowiutkie. Kadry z czeskich filmów w formie zdjęć powieszonych na ścianach nadają sali bardziej swojskiego klimatu.

bar.jpg
saLA1.jpg

Gdy zakończyłem swój rekonesans, zabrałem się za mój gwóźdź programu czyli *piwo jagodowe* Tak naprawdę nie wiedziałem czego mam się spodziewać – czy ma być słodkie, cierpkie, mętne, z sokiem, z aromatem tej jagody? Piwo jak piwo. Ale jakby mniej chmielowe, smak prawdziwy, nie taki sztuczny jak w innych piwach smakowych. Smak jagody był dyskretnie zanurzony w otchłani złotego nektaru. Niezaprzeczalnie smaczny.

piwo.jpg

W skupieniu obserwowałem przygotowania do imprezy. Rozkładano beczki z piwem, drewniane stoły. Jednak największą dla mnie niespodzianką były snopki siana, które pachniały niesamowicie i przynosiły zapach mijającego lata w środku mroźnej zimy.

siano.jpg

Właściciele i pracownicy ciągle doglądali gości i pytali czy jedzenie smakowało. Otwarci i z poczuciem humoru. Widocznie takie zachowanie przyciąga klientów, bo tych było całkiem sporo. Niektórzy nawet, skuszeni zapewne smakiem piwa, dzwonili po resztę swoich znajomych.

sala2.jpg

Po krótkiej degustacji udałem się do tyłu. Drzwi męskiej toalety zdobi Rumcajs a damskiej Haneczka. Jest to niewątpliwie bardzo fajny pomysł.

Podsumowując restaurację Česky Film wspominam bardzo mile. Polecam ją na wypad większą grupą wszystkim Czechofilom. Znajdziecie tam przede wszystkim wyborne piwo i super atmosferę. Minusem jest to, że ciężko do niej trafić i gdyby nie moja determinacja i upór, nie chciałoby mi się do niej fatygować. Żałuję, że nie mogłem zostać na imprezie karnawałowej z muzyką na żywo…

Dla wszystkich ciekawych smaku jagodowego piwa polecam polubienie na Facebooku strony restauracji. Gdy Česky Film uzbiera 200 fanów, spośród nich wylosuje dwóch szczęśliwców, którzy będą mogli napić się jednego, dowolnego, dużego piwa za darmo.

www.facebook.com/(…)275497979156380…

Restauracja&pub Česky Film,
Tymienieckiego 25, 90-350 Łódź.

ceskk.jpg

Cieszyn

Wprost nie mogłem się doczekać wycieczki do mego ukochanego Cieszyna! Przez rok mogłem tylko myśleć i wspominać to miasto, ale w końcu myśli się urzeczywistniły i przeniosłem się w to magiczne miejsce.

DSC02831.JPG


Wyjechałem w piątek wcześnie rano z Warszawy, by po południu móc zobaczyć most graniczny i Cieszyn w oddali. Boguszowice. Stało się, chłonę to powietrze, czuję ten klimat. Wycieczka miała na celu przede wszystkim pokazanie Republiki nowo zwerbowanemu Czechofilowi, który udał się wraz ze mną. Zakwaterowaliśmy się w polskiej części miasta i od razu ruszyliśmy w miasto.

DSC02794.JPG


Najpierw standardy czyli Rynek, Wzgórze Zamkowe, Studnia Trzech Braci, Park Pokoju, Teatr. Dla mnie to żadna nowość (zresztą nie raz pisałem o tych miejscach), ale jestem bardzo ciekawy jak podobały się one osobie, która widzi je po raz pierwszy. Mnie oczarowały dlatego z taką przyjemnością tam wracam. Najlepszą częścią wycieczki była typowa szwędaczka po Cieszynie. Urokliwe wymarłe uliczki, zupełnie jakbyśmy byli w XIV w. Cieszyńska Wenecja oraz spacer wzdłuż Olzy. Kolejny raz napiszę, że niezwykle mnie podnieca to uczucie, gdy spacerujesz wzdłuż granicy państwa. Ciągle myślę sobie, jak to było za Czechosłowacji, jak była zamknięta i szczelna granica i nie umiem sobie tego wyobrazić.

DSC02914.JPG


Największą chyba atrakcją Cieszyna jest właśnie wrośnięta w miasto granica. Niebieski pasek na Moście Przyjaźni robi furorę nawet wśród Czechów zapuszczających się w miasto teraz tylko po tańsze zakupy. Widok tablic granicznych Republiki Czeskiej kolejny raz przysporzył mi palpitacji serca. Setne zdjęcie w tym miejscu, które chyba mi się nigdy nie znudzi.

Udajemy się do Czeskiego Cieszyna. Czy można tutaj zobaczyć coś ciekawego oprócz Rynku, dworca i liceum Ewy Farnej? Ano można. Browaro-restaurację, gdzie piwo jest robione i od razu podawane gościom pobliskiej restauracji. Niestety tam nie poszliśmy. Zamiast tego wybraliśmy restaurację na rynku, gdzie podają w miarę przyzwoitą svickovą oraz sklepy Wietnamców, gdzie zawsze kupisz alkohol i Studentską za grosze. Tym razem nie chciałem ryzykować wizyty w pubach na Hlavní Třidě, gdzie nie dość, że obsługa oszukuje Polaków na i tak drogie korony, to jeszcze jest nieuprzejma. Do kawiarni NOIVA (dawniej AVION) też nie ma po co iść – niby dosłownie na samiutkiej granicy a w ogóle nie rozumieją polskiego. Kelnerki nie wiedzą po co tam pracują i nie znają karty napojów, którą tam mają. Dochodzi do takich sytuacji, że kelnerka przynosi pudełko z herbatami i czyta Ci smaki herbat, które tam ma. Myślę, że ten punkt programu należy sobie odpuścić.

DSC02839.JPG


Zamiast się kulturalnie uduchawiać lepiej wybrać się do przydworcowej Billi na zakupy. Ogrom czeskich piw po prostu powala. Niejeden Czechofil umarłby z radości. Margotka, Horalky, Banány v čokoladě, Kofola i po prostu chcę się żyć!

Jeśli ktoś z Was by chciał przekonać się jak żyją prawdziwi, żywi Czesi z krwi i kości polecam wybrać się do przydworcowej Hospody, w której znajduje się również Herna. Kłęby dymu tytoniowego (od którego odwykliśmy w Polsce) o godzinie 13:00 oraz litry piwa przelanego od rana mogą niektórych zaskoczyć. Ile koron połknęły od rana automaty? Tego nie wie nawet obsługa. Miałem wrażenie, że Czesi siedzą i piją tam od poprzedniego wieczora.

DSC02810.JPG


Niestety wypite przeze mnie czeskie piwo, choć było smaczne, zamiast zakręcić mi w głowie, zamuliło mnie i poszedłem szybko spać ;)

Następnego dnia, korzystając z niesamowitej pogody, odwiedziliśmy jeszcze Wzgórze Zamkowe. Weszliśmy na szczyt Wieży Piastowskiej oraz do środka Rotundy Romańskiej z XI w. To było na prawdę NIESAMOWITE zobaczyć wnętrze 1000-letniej budowli. Magiczny Cieszyn nigdy nie przestanie mnie uwodzić. Szkoda tylko, że wyjazd nie odbył się w czasie, gdy kwitną cieszyńskie magnolie. Będzie okazja, by ponownie przyjechać tu za jakiś czas.

DSC02814.JPGDSC02817.JPGDSC02818.JPGDSC02822.JPGDSC02832.JPGDSC02841.JPGDSC02924.JPGDSC02937.JPGDSC02933.JPGDSC02939.JPG

Ostrava (2)

DSC02849.JPG

Sobota zaczęła się komfortowo, bo podróże Czeskimi Kolejami do komfortowych zdecydowanie należą. Elefant dowiózł nas szybko i sprawnie do Ostrawy. Dla jednych inspiracja:

dla drugich przeklęte miasto.

Dla mnie Ostrava była drugim domem. Długie miesiące tam przeżyte i przepracowane oraz setki wspomnień. Byłem bardzo ciekawy jak zareaguje na nie osoba, która nigdy nie widziała tak specyficznego miasta. Więc uważnie obserwowałem reakcję towarzysza.

Zaczęliśmy oczywiście od wysprzątanego po nocnych imprezach Stodolni. Ulica była pusta i lśniąca. Następnie Rynek, Most Milosza Sikory, Śląska Ostrava no i wszystkie inne mniej lub bardziej brzydkie zakątki. Pięknych kamienic nie starczy na cały dzień więc wybraliśmy się tramwajem do Avionu na zakupy. Nie obyło się bez zaczepiania o fajka lub 20 koron przez jakiegoś a la Roma. Może gdybym nie znał czeskiego i nie wdał się w gadkę z tym kilkunastolatkiem szybciej by się od nas odczepił?

DSC02878.JPG

Opowiadał o tym, że lubi Polaków i Polskę. Mówił, że mamy dobre jedzenie i piękne dziewczyny. Zapytany czy w Czechach nie ma pięknych dziewczyn odpowiedział, że są tu tylko „černé huby” („czarne cygańskie ryje – przyp. red.) W porę nadjechał tramwaj. A w nim całą plejada czeskich charakterów oraz niestety tylko jeden styl – styl robola z lat 90-tych często bez zębów. Niektóre kobiety były bardzo zaniedbane, ordynarnie się wysławiały, siedziały rozwalone na krzesłach. Pozostałe szare, bez wyrazu. Jakby wszyscy pasażerowie zlali się w jedną klarowną masę. Według mnie taki jest urok tego miasta. Nie widać w Ostrawie modnej młodzieży, ulice są smutne i szare.

DSC02886.JPG

Pozytywnie zaskoczyła mnie budowa Nowej Karoliny. Nie sądziłem, że tak szybko robotnicy wykonają tyle pracy. Nie przypuszczałem, że ta inwestycja może być tak ogromna i nowoczesna. Już nie mogę doczekać się efektu końcowego!

DSC02899.JPG

Zupełnie inaczej świat wygląda w Avion Shopping Parku. Tutaj wszystko jest „na poziomie”. Ludzie kolorowi i weseli. Weseli, bo mają pracę. W Ostrawie bezrobocie jest dość duże. Sklepy te same, ale przeceny większe. Udało się nam upolować kurtkę za 129 koron!! Gdzie w Polsce kupisz nową kurtkę za 21 zł?

Przy tak słonecznej pogodzie grzechem by było nie pójść na szczyt najwyższej w Republice wieży ratuszowej. Wjazd na 73 metry zajął tylko chwilkę. Widoki były niesamowite. Historyczne centrum, komunistyczne peryferia, dymiące kominy fabryk oraz moje kochane Beskidy. Niezła mieszanka i ogromna dawka wrażeń wzrokowych jak na jeden raz. Myślę, że jest to największa turystyczna atrakcja, jaką oprócz pieców (Vysoké pece) może zaoferować Ostrava.

DSC02852.JPG
DSC02859.JPG

Tak nam zleciał cały dzień. Być w Ostrawie i nie bawić się w rytmach Stodolni to grzech zaniedbania. Nie zjeść parka v rohliku albo smażaka w bułce – to się w głowie nie mieści. Czekaliśmy więc aż impreza się rozkręci. A zrobiło się naprawdę grubo, co ilustrują zdjęcia poniżej.

Tyle wspomnień, tyle miejsc. Do Ostrawy zawsze będę wracać jak do własnego domu.

DSC02872.JPG
DSC02878.JPG
DSC02882.JPG
DSC02870.JPGDSC02873.JPGDSC02875.JPGDSC02877.JPGDSC02884.JPGDSC02896.JPGDSC02907.JPGDSC02909.JPG

Podróże konika morskiego

WYDAWNICTWO AFERA PREZENTUJE:

*Podróże konika morskiego* Petr Šabach

Konik morski to jedyny przedstawiciel fauny, u którego samiec, nie samica, wydaje na świat młode. Bohater tej książki to jedyny (a przynajmniej jedyny, którego sam zna) mężczyzna w Pradze, który w końcu betonowych lat osiemdziesiątych nie chce stać żonie na drodze do kariery naukowej i nie bardzo wiedząc, w co się pakuje, bierze na siebie opiekę nad trzyletnim synkiem.

Podróże konika morskiego to wielokrotnie wznawiany w Czechach pamiętnik młodego ojca na urlopie tacierzyńskim. Czy kiedy w roli taty występuje czołowy czeski humorysta Petr Šabach, możemy się spodziewać tylko tego, że założy pieluchę na lewą stronę, przypali mleko i zgubi dziecko w monopolowym? Jak się okazuje – niekoniecznie. Ta niezwykle ciepła, zabawna i, co ciekawe, bardzo autobiograficzna książka to lektura obowiązkowa dla każdego rodzica i miłośnika czeskiej (lub po prostu dobrej) prozy.

kroniki.jpg

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑