Polski Film

„W czeskiej branży mówi się, że są filmy dobre, złe i z Brna. Natomiast w Polsce wyrażenie ‚czeski film’ takie samo znaczenie jak u nas ‚hiszpańska wioska’: coś, w czym się gubicie. Z połącznia obu powiedzeń możecie sobie mniej więcej wyobrazić, jak wygląda Polski film.”

Tak zaczyna się recenzja najnowszego filmu Marka Najbrta na portalu iDnes.

Dwa lata temu, na krakowskiej OFF Camerze, Marek Najbrt otrzymał nagrodę od Polskiego Instytut Sztuki Filmowej za genialnego „Protektora” (który, bóg jeden raczy wiedzieć czemu, nie trafił do tej pory do polskich kin). Nagrodą był milion złotych dotacji na następny film. Warunek był jeden – musi to być polsko-czeska koprodukcja.

Nie wiem, czego spodziewał się PISF przyznając Najbrtowi te pieniądze. Możliwe, że zachwyceni „Protektorem” liczyli, że reżyser stworzy kolejne dzieło, w dodatku promujące Polskę. No toście się państwo przeliczyli…

Polski film to film o filmie. Czwórka brnieńskich aktorów wpada na pomysł nakręcenia filmu o sobie samych sprzed 20 lat. Tomáš Matonoha, znany z sitcomu Comeback, Pavel Liška, w Polsce kojarzony dzięki Powrotowi Idioty, Marek Daniel – Szczęście, Horem padem, Protektor i Josef Polášek. Reżyseruje Jan Budař, kolejny absolwent brnieńskiej filmówki, a producentką zostaje Jana Plodková, która uważa się za „całkiem popularną aktorkę”…

Ciężko napisać o tym filmie coś, żeby zachęcić, ale za wiele nie zdradzić. Mistyfikacja ściga mistyfikację, aktorzy grają samych siebie, grających siebie w młodości, jednocześnie mówiąc, że to, że grasz w filmie samego siebie, nie znaczy, że jesteś to ty… Trochę gubiące? No właśnie. Do tego wszystkiego dochodzi polski producent, który zgadza się dać kasę pod warunkiem, że będą kręcić w Polsce, nawet jeśli to zupełnie bez sensu, bo cała akcja według scenariusza toczy się w Brnie. Ale przecież Kraków może zagrać Brno, a Wawel brnieński zamek Špilberk…

Autorzy Polskiego filmu pojechali po bandzie, czasem są już na granicach dobrego smaku. Aktorzy nabijają się w najlepsze z samych siebie i siebie nawzajem. Autorzy naśmiewają się ze sposobu przyznawania dotacji na filmy oraz z różnorakich ekspertów pracujących przy filmie (polski ekspert od czeskiego humoru – jeżu, jakie to piękne!!!). Jest miłość polsko-czeska i są też polsko-czeskie gierki językowe. Żarty z religijności mogą się niektórym wydać przesadzone. Nie, nie, nie, nikt się nie nabija z tego że jesteśmy katolickimi talibami (ale pomnik Jana Pawła II występuje w filmie). Atak poszedł w religijnych Morawiaków.

Kilka komentarzy z ČSFD:
„Inland Empire po czesku.”
„Polski film jest zdecydownie najlepszą fikcją Zelenki bez Zelenki! ”
„O ‚Protektorze’ napisałem, że jest to wyjątkowy film w czeskiej kinematografii. Tutaj to idzie jeszcze dalej. To jak film się bawi z widzem da się przyrównać do braci Coenów.”
„Albo jestem kretyn i ignorant a ten film jest genialny, albo jest to zupełnie odwrotnie.”

Tyle powiem, bo za dużo zdradzę. Wszystkim rozumiejącym po czesku i będącym w najbliższym czasie w Republice polecam pójście. Proszę tylko zabrać duży dystans do siebie i dużo czeskiego humoru. Takiego wiecie, jak w filmach Zelenki…

Dla tych co aktualnie są w Pradze – Polski film do obejrzenia w najlepszym kinie na Pradze 7, czyli w Oku, w niedzielę, 22.07, o 20:30 i we wtorek, 31.07, o 20.45. Ale uwaga, jak byłam przedwczoraj to sala była wyprzedana. I pękała ze śmiechu!

Z Pragi Anna Militz

http://mojeholesovice.blogspot.com/

Czesi chaluparskou potęgą

Podczas gdy w latach dziewięćdziesiątych wydawało się, że era mieszkania na działkach w domkach letniskowych (czes. Chalupaření) w Czechach nieodwołalnie się  kończy, tak się nie stało. Wręcz przeciwnie, liczba domków i domów używanych wyłącznie do rekreacji rośnie, a Czesi w ich liczbie na mieszkańca zajmują drugie miejsce na świecie, tuż za Szwedami.

W 1970 roku w Czechach było 25 000 domków letniskowych, dziś Szacuje się, że jest ich ponad 166 000. Oprócz tego są domy wakacyjne – ich liczba wynosi około 400 tys.

Powody, dla których obiekty rekreacyjne są tak popularne wśród Czechów, jest kilka. Domek letniskowy, jeżeli jest własnością rodziny, jest jednym z najtańszych sposobów na spędzenie weekendów i świąt.

Chalupaření  jest również jednym z najlepszych sposobów na relaks i odpoczynek. Ale również zarobek. Czechów koszą zwłaszcza sklepy z asortymentem działkowym. Kosiarki, nasiona, narzędzia budowalne – ktoś za to musi słono zapłacić. Badania wykazały, że Czesi w dobie kryzysu wolą sprzedać swój majątek, biżuterię, samochody niż oddać działkę, w którą włożyli tyle pracy.

Niesłychaną karierę robią wszelkiego rodzaju programy telewizyjne dla działkowiczów. Wydawane są różne książki o tematyce grillowo-ogrodowej.

„Weź urlop i wynajmij domek” – brzmią hasła z reklam dla czeskich rodzin. Jak się okazuje w dobie bankrutujących biur podróży i niepokojów społecznych (zwłaszcza w Północnej Afryce) Czesi wybierają spokój (Klid a Pohoda) na działce.

Ci, którym pozwalają na to warunki wynajmują swoje domki letnikom. Ceny wynoszą ok 1000 koron za rodzinę w zależności od warunków.

Ponadto wśród młodych żyjących nad Wełtawą zapanowała moda całorocznego mieszkania w odciętej od cywilizacji chałupie. Warunkiem jest jej odległość od pracy nie większa niż 100 km. Ci najbardziej nowoczesni prąd pozyskują z paneli słonecznych. Solarna gorączka opanowała zresztą całą Republikę. Zainteresowanie tego typu energią wzrosło ponad pietnastokrotnie! Mała elektrownia na dachu chałupy kosztuje od 100 do 200 tysięcy koron, inwestycja zwraca się po 10 latach. Myślę, że Czech zrobi wiele dla zachowania piękna swej osławionej hymnem przyrody.

Źródło 1 Źródło 2

Czeskie potraviny

Mianem české potraviny określamy wszelkiego rodzaju produkty spożywcze, które znajdziemy w czeskich sklepach. Różnica między Polską a Czechami jest taka, że na czeskich półkach znajdziemy więcej rodzajów produktów niż w kraju nad Wisłą. 

Bolesnym, dla wszystkich czechofilów, przykładem jest brak Kofoli w polskich sklepach. Przenosząc tutaj wpisy ze starego bloga trafiłem na wpis informujący o tym, iż specjał ten w najbliższej przyszłości będzie dostępny w Polsce. Zapewniał o tym nasz prezydent Komorowski. Minęło tyle czasu od wyboru Bronka na głowę państwa, a nic w tej materii nie drgnęło. Producent Hoop Coli wykupionej przez Czechów z Krnova również milczy na ten temat. Pozostaje nam tylko przestać wierzyć w rządowe obietnice i zamawiać Kofolę z Czeskiego Marketu.

Kolega z Pragi Tomasz, który przybył do mnie w odwiedziny był zaskoczony brakiem  pewnych produktów w Polsce. Mówił przede wszystkim o różnego rodzaju limitowanych edycjach znanych napojów, które świetnie przyjęły się w Czechach a u nas nikt czasem o nich nie słyszał (choćby Fanta Mango albo Mandarynkowa). Coca-Cola waniliowa dostępna jest u nas tylko importowana w zaporowej cenie. A kto z Was wie co to jest MezzoMix, w którym zakochało się wielu Czechów? No właśnie… Mam wrażenie, że niektóre wytwory globalizacji i kapitalizmu do Polski nigdy nie dotrą.

Wczoraj ktoś zapytał mnie, gdzie w Warszawie dostanie knedlik. O dziwo ten czeski specjał kupimy w Realu i czasem w Lidlu. Tylko zastanawiam się z czego składa się taki knedlik, skoro jego data przydatności do spożycia wypada na moje przyszłoroczne urodziny.  Knedlik kupiony w Czechach ma datę trwałości góra tydzień. Niemniej jednak, zagorzali Czechofile kupią realowski knedlik i zaleją go sviczkowym sosem.

Ktoś powie: „Cudze chwali, swego nie zna”. Zna i poleca! Zwłaszcza swoim czeskim braciom. Tomasz z Pragi jest fanem naszego sosu grzybowego w proszku (sam nie wiem skąd on go wytrzasnął, jak mógł coś takiego znaleźć). Tak jak na mnie Kofola działa pobudzająco, tak na Tomasza działa Prince Polo, zwany przez niego Polo Princ. Cały wyjazd był podporządkowany wizytom w kioskach, sklepach osiedlowych i hipermarketach i zakupie każdego rodzaju tego wafelka. Dziwiło mnie to, gdyż Czesi Prince Polo jedzą w postaci wafelka Siesta (robi go ta sama Olza z Cieszyna). Tomasz mówił, że nie ma to jak jeść oryginał.

Podczas penetracji sklepowych półek Tomasz znalazł niemieckie banany w czekoladzie (pycha!) oraz słowackie Horalki, zwane od niedawna Góralkami. Zapytał zdziwiony dlaczego sprowadzamy to od Słowaków i Niemców a nie od Czechów. Przecież Czesi mają najlepsze potraviny. (notabene dało się zauważyć odwieczną niechęć Czechów do Słowaków… Ale to tak na marginesie. Może kiedyś powstanie o tym osoby wpis).

Podczas ostrej wymiany zdań z Tomaszem dowiedziałem się, że nie dość, że mamy słabo zaopatrzone sklepy, to jeszcze mniej zarabiamy. Kolejny raz słyszę od Czecha, że nam się biedniej żyje. 1 PLN = 6 koron. Za 6 koron w Czechach nie kupisz prawie nic a u nas masz za to Prince Polo, bananka w czekoladzie i połowę chleba. Żeby załagodzić sytuację prażak dodał, że oni zarabiają więcej, ale mają też wyższe ceny. Wyższy jest też VAT na potraviny (przy okazji warto wspomnieć, że Polska ma jeden z najniższych podatków na żywność w UE i na przykład Litwini przy granicy kupują co tydzień jedzenie głównie w Polsce z względu na różnicę VAT).

Podsumować można to stwierdzeniem, że gdyby w Polsce byłoby tak samo jak w Republice, nie miało by nas Czechofilów co tam tak ciągnąć.

Dla chętnych jeszcze artykuł po czesku.

Warszawa oczami Czecha

Z kartką z imieniem Tomáš oraz aparatami udaliśmy się na halę przylotów warszawskiego lotniska. Długo oczekiwany gość z Prahy został powitany na lotnisku niczym gwiazda. 

Jakiś rok temu miałem już przyjemność gościć Tomasza w Polsce. Wtedy wspólnie zwiedzaliśmy Kraków oraz były obóz zagłady w Oświęcimiu. Teraz przyszedł czas na naszą stolicę.

Na zwiedzanie wszystkich atrakcji przeznaczyłem cztery dni. Postanowiłem sobie, że jedyne co mój praski gość zobaczy w Warszawie to będą wszelkiego rodzaju parki i zielone tereny. Wszak podobno Warszawa jest jedynym europejskim miastem, które można przejść z północy na południe nie wychodząc z parku. Komunistyczny beton poszedł w odstawkę.

Na pierwszy rzut Wilanów i Łazienki. To co najładniejsze w stolicy nie zachwyciło prażaka – wszak piękniejsze budowle ma na co dzień w Pradze. Strzałem w dziesiątkę okazał się Stadion Narodowy dumnie prężący się nad brudną Wisłą. Nie dość, że rzeka brudna, to jej niezagospodarowany praski brzeg skutecznie odstrasza turystów. Tomasz potwierdził to, co wielu Czechów powtarza o Warszawie: nasza stolica wyglądem przypomina Moskwę. Szerokie ulice, wielkie przestrzenie no i ten PKiN.

Kolejne punkty programu to Saska Kępa wraz z ulicą Czeską, ogrody na BUW, Pole Mokotowskie. Na sam koniec klasyk czyli Krakowskie Przedmieście i Stare Miasto. O żadnych muzeach nie było mowy, Tomasza interesowało tylko chodzenie po mieście i chłonięcie Warszawy.

Nie mogło się obejść bez degustacji polskiej kuchni. Po nieudanych próbach gotowania żurku odpuściłem go sobie, nie ryzykowałem też zakupu zupy w proszku. Pozostały pierogi. Na ruskie ciężko było Czecha namówić (nazwa mówi sama za siebie), ale smażone pierogi z kapustą i grzybami podane z barszczem czerwonym zrobiły furorę! Po tak obfitym obiedzie nie mogło zabraknąć polskiej wódki. Czech wódce niechętny uparł się, że wypije jabłkowego browara. Zaproponował za to, żebym spróbował Wyborowej limonkowej z Mountain Dew. Drink smakował jak nalewka Squash o smaku marihuany, którą po praz pierwszy w życiu spróbowałem w Pradze.  Po solidnej dawce marihuanowego trunku udaliśmy się do klubu.

Nic w Warszawie nie podobało się Czechowi jak nasze kluby. Zakaz palenia, uśmiechnięci ludzie, świetni didżeje („My w Pradze to chyba przez następne 30 lat będziemy tańczyć do remiksowanej Vondraczkovej, a wy tutaj macie jak w Londynie!”). Nawet browar za 8 zł smakował tak dobrze jak nigdy dotąd.

Nocny spacer po „czystych i bezpiecznych” warszawskich ulicach to była dla Tomasza sama przyjemność. Spora liczba zagranicznych turystów tylko utwierdziła Czecha w przekonaniu, że Warszawa to już nie tylko „socjalistyczna betonowa pustynia” ale przede wszystkich nowoczesne i dynamiczne europejskie miasto.

Starą prawobrzeżną Pragę sobie odpuściliśmy. Wszyscy dookoła zgodnie twierdzili, że pokazując prażakowi to miejsce zniszczę mu obraz tej nowoczesnej stolicy. Pragę czeską i warszawską łączyć zawsze będzie tylko nazwa.

Trwają poszukiwania uprowadzonej dziewczynki

Poszukująca porwanej w środę 3-tygodniowej Michaly Janovej czeska policja ponownie dokonała w piątek przeglądu autostrady z Usti na Łabą do granicy Niemiec, starając się znaleźć ślady lub porzucone auto, ale nie przyniosło to rezultatu.

„Nic mi nie wiadomo o tym, aby czeska policja poprosiła o pomoc (w poszukiwaniach) polskich partnerów i inne kraje europejskie, z wyjątkiem naszych kolegów z Niemiec” – powiedziała PAP rzeczniczka policji północnych Czech Petra Trypesova.

Rzeczniczka przyznała, że porywacze, którzy najprawdopodobniej uciekli przez granicę czesko-niemiecką, mogli przedostać się do Polski. Obecne śledztwo w sprawie uprowadzenia koncentruje się jednak na „niemieckim wątku”. Przeglądane są dziesiątki minut nagrań z drogowych kamer wideo na terenie Czech i Niemiec.

„Pracujemy nie tylko w terenie, ale i w lokalnych biurach policji, badając każdy ślad. Mamy wielu naocznych świadków wydarzenia, ale na razie nic konkretnego z ich wypowiedzi nie wynika” – stwierdziła Trypesova.

Rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji insp. Mariusz Sokołowski, pytany o informacje, jakoby czescy funkcjonariusze wcale nie zwracali się o pomoc do Polaków, podkreślił swoje zdziwienie, gdyż informacja z Czech do Polski trafiła za pośrednictwem biura SIRENE, czyli organu odpowiedzialnego za wymianę informacji między krajowymi służbami w ramach systemu informacyjnego strefy Schengen.

„Kanałem międzynarodowym przez biuro SIRENE przyszła do nas notatka z prośbą o rozpowszechnienie tej informacji w mediach. Widziałem faks i zdjęcia od nich, które zamieściliśmy na stronie internetowej. Mogę się tylko i wyłącznie zdziwić takim informacjom” – powiedział Sokołowski.

„Wciąż jesteśmy w kontakcie z czeską policją, bo to od nich otrzymaliśmy w nocy kolejną informację, że o wiele bardziej niż polski jest prawdopodobny trop niemiecki” – dodał rzecznik KGP.

Rodzina uprowadzonej prowadzi śledztwo na własną rękę. 40 samochodów przeczesuje całe czesko-niemieckie pogranicze. Wyznaczono również nagrodę za odnalezienie dziewczynki. Na przystankach autobusowych rozwieszono jej fotografie.

Michala Janova została uprowadzona w środę o godzinie 14.30 na skwerze nieopodal przystanku autobusowego w miejscowości Trmice koło Usti nad Łabą. Mężczyzna zabrał dziecko z wózka na oczach przerażonej matki, która nie zdążyła zareagować, ponieważ trzymała za rączkę starsze dziecko, i wraz ze swoją partnerką uciekł w kierunku Niemiec czarnym samochodem VW Touran na ukradzionych białoruskich numerach rejestracyjnych. Najprawdopodobniej porywacze zdążyli już zmienić samochód i swój wygląd. Auta dotąd nie odnaleziono.

Andrzej Niewiadowski

Źródło: wyborcza.pl

 

Czesi na wakacjach

Dość długo mnie tu nie było, a to za sprawą urlopu, na który musiałem się wyrwać, gdyż miałem już dość wszystkiego. Dałem przekonać się swoim znajomym, żeby zamiast czeskich gór wybrać polskie morze. Było warto.

Słoneczna i piaszczysta plaża w Karwi oszołomiła mnie zupełnie. Nie sądziłem, że polskie wybrzeże może zaoferować tak fajne warunki do plażowania. Słońca było co niemiara, nie straszna była nawet chłodnawa bałtycka woda. Po dwóch dniach przewalania się z boku na bok zaczęło mi się nudzić. Ciągle zastanawiałem się nad tym, że powinienem się cieszyć, że tu jestem, bo Czesi dostępu do morza nie mają. Pamiętamy te słynne strony facebookowe, gdzie Czesi nawołują do rozparcelowania Polski, żeby mieć dla siebie morze.

I wtem nadjechał do Karwi…czeski samochód z przyczepą typu camper. Cała czeska rodzinka radośnie wytoczyła się z samochodu i pobiegła w stronę morza. Wtedy sobie pomyślałem: „Biedaki, tyle przejechali po tych okropnych polskich drogach, żeby nacieszyć się zimnym polskim morzem…” No tak, urlop w Polsce na pewno wyjdzie ich taniej niż w Chorwacji czy Włoszech. Czy urlop się im udał? Tego nie wiem, bo pewnie jeszcze leżakują na piaszczystej plaży.

W drodze powrotnej do Warszawy widziałem jeszcze z samochodu dwa auta na ostrawskich numerach rejestracyjnych. Jechali za sobą na wspólny urlop. Zacząłem za nimi krzyczeć: „Aaaaa! Czesi!” W myśli powiedziałem sobie: „To fajnie, że Czesi chcą do nas przyjeżdzać…”

Szybki powrót do Warszawy i już w czwartek, 5 lipca odbieram Prażaka z lotniska. Trzeba tak pokazać mu Warszawę, żeby chciał tu wrócić. Właśnie jesteśmy po pierwszym dniu zwiedzania (ale o tym później na blogu), a Czechowi zostały jeszcze trzy dni wolnego. Pozwolił sobie tu przylecieć, bo w Republice zaczął się długi weekend.

Dziś 5 lipca Święto Cyryla i Metodego. Opis tego dnia w tym wpisie. Jutro (6lipca) rocznica Spalenia Jana Husa. Później sobota i niedziala. Z moich informacji wynika, że Praga zupełnie opustoszała. Czesi udali się na wakacje. Najczęściej wybierane kierunki to Chorwacja, Włochy, Hiszpania, Egipt, Grecja, Turcja i…Dominikana.

Mój kolega Czech, który akurat najbardziej upodobał sobie Włochy, a Polskę postrzegał jako dziki kraj, po dzisiejszym zwiedzaniu inaczej zaczyna postrzegać nasz kraj.

Milada Horáková

27 lipca – Dzień Ofiar Komunizmu

Tekst: Mariusz Surosz

O ułaskawienie Milady Horákovej zaapelował do komunistycznego prezydenta Czechosłowacji Albert Einstein i światowej sławy filozof Bertrand Russel, prośbę o łaskę wystosował sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych Norweg Trygve Lie. Z całego świata napływały do Pragi podobne apele. Wszystko na nic. Rządzący Czechosłowacją komuniści postanowili, że Milada Horáková musi umrzeć.

Sekcja zwłok wykonana po egzekucji nie pozostawia wątpliwości. Kat w ten sposób wieszał skazanych, by nie doszło do przerwania rdzenia kręgowego. Agonia trwała kilka minut. Skazańcy zmarli w skutek uduszenia. Sir Winston Churchill nazwał te wydarzenia „okrutnym sądowym morderstwem”. Nie miał wątpliwości, że powieszeni byli niewinni.

Milada Horáková miała twardy charakter. – Nie często poddawała się swoim uczuciom – mówił o niej jej maż. Ale 15 marca 1939 roku, kiedy dowiedziała się, że Niemcy przekroczyli granice i za kilka godzin będą w Pradze rozpłakała się.

Tego dnia z mapy Europy zniknęła Czechosłowacja. W jego miejsce powstał dziwny twór: Protektorat Czech i Moraw podporządkowany III Rzeszy. Horákovą ukształtowała demokratyczna Czechosłowacja. Miała 17 lat, kiedy w 1918 roku powstało państwo Czechów i Słowaków. Skończyła studia prawnicze, zaczęła pracować w praskim magistracie, działała w partii narodowo-socjalistycznej, walczyła o faktyczne równouprawnienie kobiet. Kiedy jesienią 1938 roku w Pradze pojawili się uchodźcy z zajętych przez Niemców Sudetów Horáková zaangażowała się w pomoc dla nich.

Po wejściu Niemców została zwolniona z pracy, ale nie zamierzała być bezczynna. Działała w ruchu oporu. Uaktywniła setki kobiet, które znała z przedwojennej działalności. A one zyskiwały cenne informacje wywiadowcze, ukrywały poszukiwanych przez Gestapo, pomagały tym, którzy uciekali na zachód do czechosłowackiej armii.

Niemcy aresztowali Horakovą latem 1940 roku. Początkowo gestapowcy nie mieli dowodów jej działalności konspiracyjnej, ale uznali, że jest osobą, która stanowi dla nich zagrożenie. Jej nazwisko pojawiało się w zeznaniach innych aresztowanych, Gestapo nabrało pewności, że ma do czynienia z aktywną przeciwniczką niemieckich rządów. Poddano ją brutalnemu śledztwu. Trafiła do obozu koncentracyjnego. W 1944 roku stanęła przed sądem. Oskarżyciel żądał kary śmierci za zdradę. Broniła się sama. Wyrok można było uznać za łagodny: osiem lat więzienia. Niemcy wywieźli ją do więzienia pod Monachium. Doczekała wyzwolenia przez Amerykanów i najszybciej jak mogła wróciła do Pragi. – Mogłam zginąć. 27 przyjaciół padło pod katowskim toporem, a ja wróciłam między was – napisała później w liście do rodziny.

Czytaj dalej: onet.pl

Jako hrom z čistého nebe

Wyjazd na Mazury i Podlasie miał być odskocznią od warszawskiego pędu i pośpiechu. Przecież na wschodzie życie płynie wolniej a obcowanie z przyrodą daje odpoczynek.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie wymyślił, na coś nie trafił. Tym razem, jak grom z jasnego nieba (Jako hrom z čistého nebe) w samym centrum Białegostoku pojawił się Czech. Niewiele myśląc poszliśmy na piwo i smażeny syr. Zaczęła się rozmowa i wymiana uprzejmości: jak to fajnie mówię po czesku, jak wiele wiem. Następnie opowieści jak to ciężko jest Czechowi w Polsce bez pracy, że Polacy mają problemy z poprawnym zapisaniem czeskich nazwisk. Jedno trzeba stwierdzić: każdemu obcokrajowcowi jest trudno w obcym kraju. Przeżywałem to samo, gdy mieszkałem w Czechach.

Później się okazało, że moja obsesja jest większa niż przypuszczałem. Swoją wiedzą na temat czeskiej kultury, czeskich świąt narodowych i czeskiej kuchni przyćmiłem rodowitego Czecha.  Uświadomiłem go co to jest Kulajda i jakie święto obchodzi się w Czechach 5 lipca. Poza tym kolega w końcu dowiedział się ode mnie, gdzie w Białymstoku może kupić Kofolę i markowe czeskie piwo.  Moja wiedza zaskoczyła samego Czecha jak i ludzi dookoła. Zacząłem się zastanawiać czy to ja jestem aż tak postrzelony na tym punkcie czy po prostu niektórzy Czesi nie przywiązują do pewnych spraw takiej wagi.

Jednak wisienką na torcie okazało się wyznanie naszego Czecha, że nie lubi pić piwa. Jakże to, Czech i nie pije piwa? Jest on drugim moim czeskim znajomym, który łamie stereotyp Czecha-piwosza. Potwierdziło się natomiast jedno: Czesi rzeczywiście nie jedzą surówek.

Zapytacie co ściągnęło Czecha aż na koniec Polski? Ano, láska odpowiadam. Tak samo láska jest czynnikiem, który ściąga czechofilów do Republiki.

Czeskiego potopu nie było

Długo oczekiwany mecz Czechy-Portugalia miał zaprowadzić naszych braci do półfinału. Jak się okazało Czesi nie mieli jednak szczęścia…

Czwartek, godzina 19:30. Garstka czechofilów zebrała się pod Strefą Kibica, żeby wspólnie kibicować Czechom. Ku mojej uciesze w kilku miejscach można było wypatrzeć Czechów. Niewielu ich niestety było. Jak się później okazało reszta spędzała czas na Krakowskim Przedmieściu bądź przy Stadionie Narodowym. W centrum poszczególni Czesi z wymalowanymi na twarzy flagami i w koszulkach reprezentacji wesoło przemieszczali się z miejsca na miejsce. Nie można ich było ani złapać ani się z nimi zbratać. Na okrzyk „Ahoj” reagowali uśmiechem i machaniem ręką. To wszystko.

W samej strefie kibica Czesi stali z tyłu. Było ich niewielu. Za żadną cenę nie można było ich wyciągnąć do zabawy. Ciekawą sytuacją było to, że wielu Polaków przebrało się za Czechów, poznać Czecha można było jedynie po mowie. Im bardziej zawzięta była drużyna Portugalii, tym głośniej Czechów dopingowali…Polacy.

Nauczyć Polaków czeskich przyśpiewek zajęło mi chyba z minutę. Tylko na moment dołączyły do nas Czeszki, żeby zaprezentować nową piosenkę, której jeszcze nie znałem. Gdy przekonały się jak nachalni potrafią być pijani Polacy szybko się ulotniły. Zawodniczka Portugalii, niejaka Krystyna R., ciągle atakowała czeską bramkę. Emocje sięgnęły zenitu. Polacy śpiewali „Czesi chcemy gola” a rozczuleni Czesi nagrywali polski doping komórkami.

Po przegranym meczu sprawdził się czarny scenariusz przepowiedziany przez korespondentów czeskich mediów: Czesi szybko i niespostrzeżenie ulotnili się do hoteli. Wsiedli w auta i odjechali. Kwadrans po meczu nie widzieliśmy w strefie już żadnych Czechów. Może wybrali się na Nowy Świat na piwo?  Tego nie wiem, musiałem wracać do domu.  Według mnie liczniejsi byli portugalscy kibice.

Mecz był piękny, Czesi walczyli do końca. Jednak ten wieczór był dla mnie wyjątkowy również z innego powodu:  mogłem zobaczyć jak pięknie Polacy kibicują Czechom. Widzę, że Polacy coraz więcej interesują się naszymi południowymi sąsiadami. A przecież właśnie o to nam czechofilom chodzi!

Dziś po południu drużyna Czech opuściła Wrocław.

„Nie mamy Ronaldo, ale gramy na luzie”

Karol z Brna: – Wywróżyłem z piwa, że wygrają Czechy. Może nie mamy Ronaldo, ale gramy na luzie. Miguel z Bregi: – Nowa fryzura Ronaldo wszystkich rozniesie. Pięć do zera. Stawiam na to piwny żeton!

Mariusz przyszedł do strefy kibica z czeską flagą i czekoladą.

Czekoladę wygrał w konkursie. Postawił na wygraną Czechów z Polakami. Czekolada – czeska, oryginalna Studentska – przyszła pocztą. Flagę kupił jeszcze przed Euro. Na co dzień prowadzi bloga dla czechofilów. Wczoraj do strefy przyszedł z przyjaciółmi: Justyną, Joanną, Kasią, Danem i Sylwią. – Zaraził nas tym czechofilstwem. Jesteśmy już Czechom zupełnie oddani. A on to już ma zupełnego świra. Nawet w internecie podpisuje się jako Zdenek Novotny – opowiadali wymalowani w czeskie barwy z czeskimi opaskami i czeskimi flagami. Dziewczyny miały nawet kolczyki z Krecikiem.

– Ahoj! – zatrzymał się przy nich mężczyzna przekonany, że rozmawia z prawdziwymi Czechami. – Mam nadzieję, że, bracia Słowianie, dziś wygracie!

– Będzie 1:0 dla Czechów, Ronaldo nie pomoże – obstawiał wynik Mariusz.

Godzina do meczu. W strefie kibica jeszcze pustki. Choć Polska dziś nie gra, z piwem w ręku krąży tu co najmniej kilku „Lewandowskich”. Portugalczycy ćwiczą doping. Czesi tańczą pod sceną, bo z głośnika leci „Malowany dzbanek” Heleny Vondraczkowej. Kilku ma na policzkach wymalowane polskie flagi. Podobno panu, który je malował, skończyła się niebieska farba. Inni podejrzewają polski sabotaż.

Karol z Brna: – Wywróżyłem dzisiaj z piwa, że wygrają Czechy. Może nie mamy Ronaldo, ale za to gramy na luzie.

Na scenie przeciąganie liny. Portugalczycy wygrywają z Czechami 2:0.

Anna Romanowska, która na jednym policzku wymalowała flagę czeską, a na drugim portugalską, tłumaczy: – Jakoś nie mogłam się zdecydować. Podczas meczu zobaczę, za kim mi będzie bliżej.

Obok Miguel z Bregi otula się portugalską flagą: – Żonę zostawiłem w domu. I dobrze. Jakby zobaczyła te wasze ładne dziewczyny, toby była zazdrosna i byśmy chyba musieli wracać. Ale będzie mecz, zobaczysz, człowieku! Nowa fryzura Ronaldo wszystkich rozniesie. Pięć do zera. Stawiam na to piwny żeton!

Mariusz Bujnowski uczy czeskich piłkarskich przyśpiewek: „Ole, ole! Wyhrajme, wyhrajme”.

– A podczas meczu z Polską komu kibicowałeś?

– Przyszedłem z dwiema flagami. Dla kogo była akcja, to taką machałem. Ale jak Czesi zdobyli bramkę i zacząłem wrzeszczeć z radości, ludzie dziwnie się na mnie patrzyli.

Na telebimie stoją już drużyny obu państw. Jest Cristiano Ronaldo. Kilka dziewczyn piszczy. Kilku chłopaków prycha: „O, patrz. Jest Krystyna!”.

Hymn Portugalii. Miguel śpiewa o „Heróis do mar, nobre povo…”, czyli o „bohaterach mórz, plemieniu szlachetnym”. Potem Czesi. Mariusz dobrze zna słowa: „V sadě skví se jara květ, zemský ráj to na pohled! („W sadzie wiosenny kwiat, widać, że to ziemski raj”).
Gdy zaczyna się mecz, strefa jest już całkiem dobrze wypchana.

Miguel obgryza paznokcie: – Coś fryzura dziś nie pomaga!

– Czy to jest właśnie ta chwila, gdy Portugalia strzeli bramkę? – stopniuje napięcie z telebimu Dariusz Szpakowski.

– Nieee! To nie ta! – wrzeszczy Mariusz. A piłka jakby krzykiem odbita mija o centymetry czeską bramkę.

Jakieś dziecko w tłumie: – Tato, dlaczego ten bramkarz Czech nazywa się Czech?

Koniec pierwszej połowy. Wszyscy biorą głęboki oddech. Mariusz i przyjaciele czechofile – jak prawdziwi Czesi – idą na piwo. – Naprawdę wszyscy myślą, że jesteśmy Czechami. Udzielaliśmy już wywiadu Al-Dżazirze – chwalą się. – Z telewizją polską też mieliśmy wywiad po angielsku.

Miguel ściera pot z czoła i wcina kiełbaskę: – Myślałem, że będzie łatwiej.

Druga połowa. Wskazówki coraz dalej, a strefa piszczy i łapie się za głowę częściej. Gol! Miguel woła, że naprawdę „grande”, Czesi ze stresu wychylają piwo do dna. Nerwy.

Anna Romanowska: – Już się zdecydowałam. Kibicuję Portugalii, bo grają ładniej!

90. minuta, w stronę portugalskiej bramki biegnie nawet bramkarz Petr Czech.

– Petra, Petra! – skanduje czeski tłum.

Ale to już koniec. Gwizdek. Brawa.

Mariusz Bujnowski: – Szacunek dla jednych i drugich. Świetna walka. Niestety, Ronaldo jednak pomógł.

– Ahoj! Nie wyszło! – woła ktoś z tłumu.

Grzegorz Szymanik

Czy Warszawa urzeknie Czechów?

W myśleniu o Polsce brakowało nam pokory. Czesi podczas Euro odkrywają, że Polska jest barwnym krajem i są tym odkryciem zdumieni – mówi czeski dziennikarz Petr Vavrouška

Wojciech Tymowski: Czy spodziewać się mamy w czwartek małej czeskiej inwazji na Warszawę?

Petr Vavrouška, korespondent Czeskiego Radia: – Nie sądzę. Tysiące Czechów przyjechało do Wrocławia, ale tam mieli blisko. Do Warszawy jest znacznie dalej.

Nie tak aż znowu daleko. 

– Ale jednak wysiłek dla podróżnych większy. A chodzi tylko o jeden mecz. We Wrocławiu Czesi grali trzy.

Pan był w ostatnich dniach we Wrocławiu. Co pana rodacy mówili o przyjęciu w Polsce?

– Że im się podoba. Na ulicach we Wrocławiu panowała świetna atmosfera. Widziałem, że i Czesi, i Polacy byli zachwyceni. Razem pili piwo, robili sobie zdjęcia. Żadnego napięcia tak jak w Warszawieprzed meczem z Rosją nie było. Czesi zapowiadali, że wrócą zwiedzić miasto po Euro, na spokojnie.

To chyba jakaś zmiana wśród Czechów?

– Tak, uważam, że dzięki Euro zmienia się nastawienie Czechów do Polski. Nie tylko tych, którzy byli we Wrocławiu. W mediach jest teraz mnóstwo pozytywnych materiałów z waszego kraju. Czesi są tym zaskoczeni, bo oni na ogół myślą o Polsce stereotypowo – szary kraj z dziurawymi drogami. A teraz w relacjach z Euro odkrywają barwną Polskę. To nam, Czechom, bardzo się przyda. Bo nam w myśleniu o Polsce brakowało pokory. Gdy ja mówiłem, że od Polaków możemy się uczyć, nikt mnie nie chciał słuchać. A teraz tak mówią nie tylko pojedynczy dziennikarze, ale w zasadzie wszyscy. I Czesi już myślą, że może warto do Polski przyjechać.

To może jednak w czwartek odkryją Warszawę jak wcześniej Wrocław?

– Myślę, że tak licznie nie przyjadą. Szczyt czeskiej fiesty mamy za sobą. Był we Wrocławiu, tu się nie powtórzy. Do Warszawy jedzie się znacznie dłużej i – jak mówiłem – tylko na jeden mecz.

Ale stawka teraz jest większa. To przecież ćwierćfinał.

– To prawda, ale my tego wszystkiego nie przeżywamy tak mocno, jak to ma miejsce w Polsce. Wielu ludzi pomyśli, dlaczego nie zostać w Pradze. Do domu blisko, a tam też na rynku jest strefa kibica.

Ale sama wyprawa na taki ważny mecz…

-…nie, nie. U nas nie ma takiej mobilizacji, mimo że ludzie interesują się Euro. Ale wiedzą też, że od tego meczu znowu tak wiele nie zależy. Bo co się zmieni w ich życiu? To w Polsce przed meczem z Rosją było takie napięcie jak przed wielką walką polityczną, bitwą jakąś, po której wszystko miałoby być już inne. Przed sobotnim meczem z Czechami też było ogromne nerwowe napięcie. Po porażce Polacy byli mocno rozczarowani i przygnębieni. U nas generalnie raczej nie ma aż takiego masowego napięcia. My zwykle oczekujemy mało, potem mamy najwyżej miłą niespodziankę.

To jeśli ona się zdarzy, będzie okazja do nocnego świętowania w Warszawie.

– Naprawdę nie wiem. Po wygranej z Polską we Wrocławiu godzinę po meczu już prawie nie było Czechów w mieście. Od razu szli na pociągi albo wsiedli do samochodów i wracali do domu.

Powinniśmy w czwartek kibicować Czechom?

– Niech Polacy kibicują, komu wolą. Ja oczywiście życzę powodzenia Czechom.

wyborcza.pl

To ilu się dzisiaj nas Czechofilów pojawi przy Strefie Kibica o 19:30?

5 powodów, dlaczego warto kibicować Czechom

Agitacja na rzecz czechofilstwa nie ustaje. Oprócz dzisiejszego nawoływania do czwartkowego spotkania w TVN24, mój apel pojawi się również dziś wieczorem w Czeskiej Telewizji.

Tym czasem na Krakowskim Przedmieściu rozstawiła się „Czeska Fanambasada”, w której rodowici Czesi rozdają ulotki, flagi i oprócz nawoływania do kibicowania, zapraszają do Republiki Czeskiej.

Dlaczego warto kibicować Czechom?

1. Przede wszystkim dlatego, że Polacy odpadli już z rozgrywek, a Czesi są naszymi najbliższymi sąsiadami, zarówno pod względem kulturowym, jak też językowym.

2. Żeby pokazać Czechom, jak fajnie potrafi być w Warszawie/Polsce. Wielu Czechów będzie tutaj po raz pierwszy,trzeba im pokazać, że oprócz sympatycznych ludzi, mamy fajne miasto/kraj.
3. Za to, że Czesi nas wspierali w eliminacjach do ćwierćfinału, że zamiast przeciwników widzieli w nas braci.
4. Czesi to wesoły naród. Kibicując z nimi nie dość że zarażą nas swym podejściem do życia, to jeszcze lepiej się nawzajem poznamy.
5. Czesi nie są faworytami tych mistrzostw, ale potrafią zaskakiwać. Może gdy będziemy im kibicować jeszcze nie raz nas czymś w tym turnieju zaskoczą?

Najazd Czechów na Warszawę?

Czechofile! Pisze o nas dzisiejsza Gazeta Wyborcza!  Oto artykuł:

Przed nami ćwierćfinałowy mecz Euro 2012 na Stadionie Narodowym. Zagrają piłkarze Czech i Portugalii. Do Warszawy przyjadą z tych krajów tysiące kibiców. Jak ich przywitamy?

„Jak już wiecie, Czesi będą grać w ćwierćfinale EURO z Portugalią w Warszawie 21 czerwca! Wpadłem na pomysł, że skoro czechofilów w Warszawie jest tak wielu, moglibyśmy spotkać się w strefie kibica, by kibicować naszym braciom. Mam nadzieję, że na ten mecz przyjedzie choć garstka Czechów i łącząc się z nimi, pokażemy siłę biało-niebiesko-czerwonych!” – napisał Mariusz Bujnowski na swoim blogu „Czechofil.wordpress.com„.

Flagi i bojowe okrzyki

Namawia, by spotkać się o godz. 19.30 przy wejściu do strefy od stacji metra Centrum. – Bierzemy flagi, szaliki, koszulki, co kto ma. I kibicujemy tak jak Polakom z tym, że tym razem nasze krzyki mają wspomóc braci Czechów – zachęca bloger.

Chodzi o bojowe hasła, które podobno zna każdy czechofil: „Kdo neskáče není Čech, Hop Hop Hop!” (Kto nie skacze, ten nie Czech), „ČEŠI, DO TOHO!” (Czesi do boju!), albo nie wymagające tłumaczenia: „Ole, ole, ole, ole vyhrajeme, vyhrajeme!”.

Ilu Czechów przyjedzie do Warszawy, jeszcze nie wiadomo. Dominika Prejdová z Czeskiego Centrum twierdzi, że najazdu nie będzie. – Oni cenią sobie prywatność. Wolą kibicować w domach lub pubach – mówi.

Z kolei koordynująca przebieg mistrzostw w Polsce spółka PL2012 szacuje, że będziemy gościć ok. 20 tys. Czechów. Tomasz Maćkowiak, przed laty korespondent „Gazety Wyborczej” w Pradze, zwraca uwagę, że warszawiacy, myśląc stereotypowo, spodziewają się przyjazdu przyjaznych wesołków. Tymczasem wśród czeskich kibiców są agresywni skini, którzy nie mają poczucia humoru na swoim punkcie. Ale do Wrocławia, gdzie dotąd grali Czesi, rozrabiacy z ich kraju nie przyjechali. Nasz wrocławski dziennikarz Jacek Harłukowicz zapewnia, że Czesi wprowadzali radosną atmosferę i znakomicie się bawili.

– Ja się cieszę, że przyjadą do Warszawy! – mówi Mariusz Surosz autor piszący o Czechach. W dniu meczu będzie w Pradze. Transmisje obejrzy w gospodzie, kibicując Czechom. – Ostatnio z powodu Euro w czeskich mediach było pełno Wrocławia – opowiada. – Mnóstwo artykułów. Chciałbym teraz, aby Czesi zobaczyli Warszawę, bo z mojego doświadczenia wiem, że ona robi na nich wrażenie.

(…)

Piwo na radość i smutek

Do przyjęcia kibiców gotuje się też pub Czeska Baszta na szlaku prowadzącym na stadion, w jednej z wieżyc mostu Poniatowskiego. – Jak mawiają Czesi: żeby się napić, są zawsze dwa powody – radość albo smutek. Zatem wygrają, czy przegrają, Czesi przyjdą na piwko – przewiduje Karol, współwłaściciel pubu. – Mamy piwa z rodzinnych czeskich browarów: Konieek Vojkovice, Valašek Vestin, Qasek Ostrava, Kocour Varnsporf, Kout na šumave – wylicza drugi współwłaściciel pubu, też Karol. A do piwa zakąski: utopenec (po polsku topielec, czyli kiełbasa w marynacie), nakládany hermel~n – marynowany ser pleśniowy, to Czechom się podoba.

W czasie Euro po meczach właściciele wychodzą na most i zapraszają kibiców. – W sobotę i u Rosjan, i u Polaków nastroje były niemrawe. Ciężko było namówić na piwko – wspominają. – W czwartek nie będzie problemu. Czesi nie odmówią – cieszą się dwaj panowie Karolowie. Zapraszać będą po czesku.

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,11965202,W_czwartek_cwiercfinal_na_Narodowym__Kogo_wesprzemy_.html

Dwa dodatkowe pociągi wyślą Czesi na czwartkowy mecz Euro 2012 w Warszawie. Spodziewane są też dodatkowe samoloty.

Według Mikołaja Piotrowskiego ze spółki PL.2012 na ćwierćfinał Czechy – Portugalia ma przyjechać ponad 20 tys. kibiców zza naszej południowej granicy – głównie pociągami, autokarami i samochodami. Koleje Czeskie reklamują już specjalne pociągi z atrakcjami dla kibiców. Jeden wyjedzie z Pragi, drugi – z Brna. W każdym będzie blisko 700 miejsc. Oprócz tego z Pragi do Warszawy kursują dwa zwykłe pociągi (dzienny i nocny) oraz składy z Wiednia przez wschodnie Czechy.

Dla podróżujących w grupach najtańszy może się okazać dojazd samochodem. Dlatego Mikołaj Piotrowski spodziewa się, że w czwartek szczególnie przydadzą się parkingi przesiadkowe na obrzeżach Warszawy. Dotychczas auta zostawiało tam niewiele osób.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑