U Szwejka, Warszawa

*Wizyta 8 stycznia 2011*

Miejsce to zdoła opisać tylko i wyłącznie jedno określenie…

*hledat jehlu v kupce sena → szukać igły w stogu siana*

Jak opisać coś, czego nie ma? Spróbuję…

Pierwsze wrażenie – wizualne – krzykliwe neony, wielki ogródek i gwar. Wchodzimy dalej. Już na progu obsługa krzyczy, że nie ma wolnych miejsce, trzeba czekać w długiej kolejce albo udowodnić, że się ma rezerwację. Okazało się, że obsługa kłamie – miejsc wolnych na trzech poziomach tego lokalu jest pod dostatkiem, a rezerwacji praktycznie nie ma. Mimo to, kolejka ogromna. Wydaje mi się, że ludzie byli zatrzymywani, bo obsługa nie nadążała z realizacją zamówień.

A co, jeśli już udało się wejść i dostać wolny stolik?

Dostajemy menu, piękne, duże, twarde i co najważniejsze, zupełnie pozbawione dań z kuchni czeskiej!!! Łosoś norweski, żurek, krewetki to zdecydowanie nie są specjały naszych południowych sąsiadów. Spędziłem kilka minut w znalezieniu w tym gąszczu dań czegokolwiek chociaż czechopodobnego. Chyba zauważyłem coś z „bułkowym kendlem” ale nie mogłem być pewien co rzeczywiście wyjdzie na talerzu od kucharza. Kuchnia jest przeszklona – klient widzi kucharza podczas pracy, ale co z tego, jeśli kelner podchodzi i brudnymi łapami klepie mięso, które przyrządza szef kuchni?

Zdruzgotany postanowiłem pocieszyć się chociaż czeskim piwem. Okazuje się, że w restauracji, która robi się na czeską nie podaje się ani jednego czeskiego piwa!!! Dostępne są tylko dwa rodzaje: Tyskie oraz Pilsner Urquell (ten podrobiony, produkowany w Poznaniu). Skandal!!!

Chwila czekania i przychodzi kelnerka. Zupełnie zdezorientowana i zaskoczona moimi pytaniami odnośnie menu. Postanowiłem być łagodny i nie pouczałem jej, że brakuje chociażby kulajdy czy vepro-knedlo-zelo. W karcie nie było nawet tego…

Nie rezygnując z ciężko wywalczonego stolika, zamówiłem jakąś kiełbasę i frytki. Obeszło się bez piwa.

Zdawało się, że nikt z klientów nie był koneserem kuchni czeskiej ani czeskiego piwa – ludzie przychodzą tu tłumami tylko ze względu na ogromne porcje i dobrą, jak na taką ilość jedzenia, cenę.

Czeskie tabliczki i plakaty na ścianach są tylko dodatkiem, małą groteską w tym teatrze fałszu. Boże, ale sformułowanie… Wolę taką kurtuazję niż napisanie wprost, że jest to beznadziejny lokal. Jednak amatorzy dużego żarcia i litrowego piwa będą zadowoleni. Czechofile nie mają czego tam szukać.

Zdecydowanie nie polecam. Ocena 3/5 tylko ze względu na wystrój lokalu i jego dużą powierzchnię.

PS: Jeszcze tego samego dnia na Krakowskim Przedmieściu spotkałem czworo Czechów – prawdziwych, rodowitych, z pięknym „Ř”. Jak się okazało pracują w Warszawie i tutaj mieszkają. Dwóch z nich to panowie po 40-stce lekko pijani i czerwoni od alkoholu a pozostali to młoda para snująca plany ślubu, ale tylko w Czechach.

To chyba, oprócz ambasady, jedyne czeskie ślady w stolicy.

DSC01334.JPGDSC01336.JPGDSC01335.JPGDSC01337.JPGDSC01338.JPGDSC01339.JPGDSC01341.JPGDSC01342.JPGDSC01344.JPGDSC01343.JPG

Na pograniczu

Pamiętacie jak pokazywałem Wam granice między naszymi dwoma bratnimi krajami? Zapomniałem o tej najbardziej kuriozalnej.

Koniec roku to zawsze czas podsumowań. Na te przyjdzie jeszcze czas, ale dla mnie ten rok był wspaniały jeśli chodzi o czeskie przeżycia. Jednym z nim na pewno było zamieszkanie na pograniczu i obserwowanie wszystkiego z bliska. Teraz jedna z tych obserwacji.

Przed wejściem Polski i Czech do UE (to jest przed 2004 r.), właściciel działki gruntu,
przedzielonej granicą państwa musiał korzystać z przejścia małego ruchu granicznego,
żeby nie skończyć w sądzie.
Zmieniło sie to po wejściu do UE ale problem zniknął dopiero po wejściu PL i CZ do strefy Schengen, to jest po 27 grudnia 2007 r.

Wcześniej sprawę zgłaszał gdzie się dało, była interpelacja w sejmie. Teraz właściciel felernego gruntu płaci większą część podatku za ziemię Polsce, a resztę Czechom. Ciekawe w jakiej walucie się rozlicza i jaki ma kurs wymiany walut?

Rok 2010

     Rok 2010 był dla mnie wyjątkowy – spełniło się moje marzenie i zamieszkałem w Czechach. A raczej na pograniczu Moraw i Śląska. To właśnie położenie sprawiało mi najwięcej radości i wrażeń. Bliskość granicy, otwarte granice, łatwość podróżowania. Nowi czescy znajomi, jedni lepsi, drudzy obojętni. Język i nowa kultura, jak bardzo frapująca, rajcująca – jak mówią Czesi. Nie wiem.. Jest tyle rzeczy o których można by było napisać, ale po co? Lepiej to pokazać…

rek1.jpg

Rok 2010 to Ostrava – ta ładna jej część, te dziesiątki placów, rynków, zakamarków.

rek2.jpg

Rok 2010 to też Ostrava – jej ta brzydka strona, pełna kopalni, brudu i przemysłu. To wizyta w Muzeum Górnictwa i wdychanie smogu.

rek3.jpg

Rok 2010 to ciągłe podróże – małe i duże. Przez całą Republikę, jak też tylko po Morawach. Czechy to kraj tyle razy mniejszy od Polski, a nie uda mi się go zwiedzić choćbym miał podróżować 5 lat

rek4.jpg

Rok 2010 to współczucie Czechów nad tą durną tragedią. Co by nie mówić, ale jeśli w Czechach się dzieje coś ważnego nikt się tym nie podnieca, ale nad polską sprawą Czesi pokłonili się szczerze i głęboko.

rek5.jpg

Rok 2010 to upływający czas na mym osiedlu Poruba. Zmieniały się pory roku i zmieniali się znajomi. Zmieniało się moje podejście do Czech.

rek6.jpg

Rok 2010 to miłość do pogranicza. A najlepszą opcją na dosłownie każdy weekend był wyjazd do Cieszyna. Kocham to miasto bardziej niż jakiekolwiek inne w Polsce czy Czechach.

rek7.jpg

Rok 2010 to ciągłe bycie rozdartym między ojczyzną a Czechami. Tęsknić za Polską czy śnić swój czeski sen?

V8cZONFRmy46IBUTAB.jpg

Rok 2010 to najlepsze chwile z mymi przyjaciółmi – polskofilem Káją i Refaelem oraz nasze wspólne wyjazdy do Polski na imprezy właśnie tą drogą, przez ten gęsty las, na skróty i po nowym schengeńskim asfalcie. Tam, gdzie kończy się las, zaczyna się Polska.

czech_rep_flag_h.jpg

Czesi i Wietnamczycy

Lubosz Palata

Wiadomości o nielegalnych zakładach tytoniowych, uprawach marihuany, rozlewniach wódki, burdelach tylko dla Wietnamczyków czy psich rzeźniach utwierdzają Czechów w przekonaniu, że za sukcesem wietnamskiej społeczności nie stoi tylko ciężka praca, lecz także wszechmocna mafia

Patrol czeskiej policji w Brnie przyjechał na wezwanie w sprawie zakłócenia ciszy nocnej. W trakcie interwencji 43-letni Wietnamczyk Hoang Son Lam został pobity. W celi stracił przytomność, a po przewiezieniu do szpitala zmarł. Przyczyną śmierci było złamanie żeber i rozerwana śledziona.

Policjant, który wyżył się na drobnym, ważącym ledwie 45 kilogramów Wietnamczyku, został oskarżony o spowodowanie śmierci i grozi mu 15 lat więzienia. Na razie jest na wolności.

To szczytowa faza napięć między społeczeństwem czeskim a wietnamską mniejszością narodową, która w ostatnich tygodniach przybrała kilka form. Pierwszą z nich jest trzymiesięczny zakaz udzielania czeskich wiz Wietnamczykom. Kolejna to wyrzucanie, jako pierwszych, wietnamskich robotników z fabryk – co w przypadku jednego z nich skończyło się samobójstwem. Ostatnia to brutalne policyjne obławy na wietnamskich targowiskach, przeciwko którym zaprotestował prezydent Vaclav Klaus.

W sklepiku państwa Thi

Na praskim osiedlu Bohnice wszyscy już zamknęli sklepy, a wśród uśpionych wieżowców pali się tylko jedno światło. Mały sklep z produktami spożywczymi, gazetami, owocami, papierosami i proszkami do prania jest otwarty całą dobę. Pracuje w nim, tak jak w wielu innych miejscach w Pradze i innych miastach, wietnamska rodzina. Przy ladzie, gdzie stale idzie program wietnamskiej telewizji satelitarnej, wymienia się małżeństwo w średnim wieku – pan i pani Thi.

Nie mówią dobrze po czesku, a braki językowe nadrabiają uśmiechem. Ich mała córka, która chodzi do czeskiej szkoły, po czesku mówi bez akcentu. Kiedy zapytacie się pani Thi, która – co w wietnamskich rodzinach jest zasadą – zna czeski lepiej niż jej mąż, jak się wiedzie, odpowie bez uśmiechu: – Teraz źle, bardzo źle. Wciąż kontrole, potem ten pożar, a teraz wiza. Okropne, my się bać, co dalej.

Wietnamska społeczność wraz z 50 tysiącami oficjalnie zarejestrowanych imigrantów (i co najmniej drugie tyle nielegalnych) jest trzecią co do wielkości mniejszością narodową w Czechach, zaraz po Słowakach i Ukraińcach, a przed Polakami. Początki emigracji to czasy socjalizmu, kiedy Wietnamczycy przyjeżdżali do Czechosłowacji studiować (w większości na kierunkach technicznych) i pracować w mało popularnych zawodach.

– W Wietnamie jest dziś ponad 200 tys. ludzi, którzy znają czeski – mówi przewodniczący Towarzystwa Czesko-Wietnamskiego Marcel Winter.

Po upadku komunizmu większość Wietnamczyków pozostała, a z czasem ta mniejszość zaczęła rosnąć. Co roku o kolejne tysiące ludzi. Z robotników, tokarzy i szwaczek stali się sprzedawcami na targowiskach w całych Czechach; od wielkich miast aż po większe wsie. Słynne stały się ich targowiska przy granicy z Niemcami, na których sprzedawali Niemcom tani czeski alkohol, papierosy i gipsowe krasnale. Te targowiska wkurzały wielu Czechów, ale sumy, które Wietnamczycy są w stanie zapłacić za wynajem powierzchni targowej, zazwyczaj przekonywały władze. – Tak wysokiego czynszu nie są w stanie płacić czescy przedsiębiorcy – przyznaje anonimowa urzędniczka ratusza w Chebie.

A zdaniem czeskich przedsiębiorców nie mogą oni sprostać wietnamskiej konkurencji, ponieważ płacą podatki, przestrzegają przepisów i nie sprzedają podrabianego i szmuglowanego towaru. Ceny na wietnamskich targowiskach były i są o połowę lub jedną trzecią niższe w porównaniu do sklepów, ale o jakości i dwuletniej gwarancji na głównie chiński produkt możemy zapomnieć.

Jednak emeryci i najsłabsze grupy społeczne, którzy obok Niemców są głównymi klientami Wietnamczyków, patrzą tylko na cenę. Natomiast pytanie: „Masz to od Wietnamczyków?”, jest dla uczniów obrazą, które łatwo może stać się powodem bójki.

Wraz z przystąpieniem Czech do UE dla wietnamskich sprzedawców nastały ciężkie czasy. Bruksela naciska, aby Praga ostro zwalczała podróbki światowych marek i towary niespełniające norm unijnych. W ostatnich dwóch latach policyjne obławy na wietnamskich targach stały się bardzo częste.

Kiedy pojawiają się policjanci i urzędnicy Izby Gospodarczej, wietnamscy sprzedawcy uciekają ze stoisk. Schwytani odpowiadają do kamery zawsze tak: „Nie mówię po czesku”. Policjanci pakują podrabiany towar, inspekcja nakłada kary, a na drugi dzień targowisko znów jest otwarte. Z nowym towarem i ewentualnie z nowymi sprzedawcami, gdyż większość Wietnamczyków nie jest właścicielami stoisk, lecz pracuje dla bogatszych wietnamskich bossów.

Małe Hanoi

Wielu Wietnamczyków na targowiskach zarobiło już wystarczająco dużo i chce zalegalizować swój pobyt w Czechach. To dlatego w ciągu ostatnich trzech lat powstały setki murowanych wietnamskich sklepów z artykułami spożywczymi i owocami. Od czeskich nie różnią się cenami, ale tym, że są otwarte non stop i nawet o północy mają świeże pieczywo.

Centrum wietnamskiej społeczności jest w Libusie na peryferiach Pragi, gdzie przed laty Wietnamczycy kupili olbrzymi teren należący do zbankrutowanych zakładów mięsnych.

To „Małe Hanoi”. Oprócz olbrzymich magazynów i sieci dużych hurtowni, z których dystrybuuje się towar dla całej wietnamskiej społeczności w Czechach, są tam restauracje, wietnamska szkoła, oddziały banków, biuro podróży, redakcje gazet i buddyjska świątynia. Tysiące Wietnamczyków pracuje tu i mieszka.

Niedawny pożar, podczas którego spłonęła część największej hali i towary za 100 mln koron (około 13 mln zł), był pierwszą po długim czasie okazją dla policji do wkroczenia na teren, gdzie spotyka się tylko wietnamskie napisy. – Nawet nie wiemy, ilu ich tam jest. Ale z pewnością tysiące – mówi burmistrz dzielnicy Praha-Libus.

Zamknięcie wietnamskiej społeczności (nie dotyczy młodszej generacji, która chodzi do czeskich szkół) wpływa na rozwój przestępczości. Zakłady produkujące papierosy, uprawy marihuany, rozlewnie nielegalnego alkoholu, burdele (tylko dla Wietnamczyków) i psie rzeźnie utwierdzają Czechów w przekonaniu, że za sukcesem wietnamskiej społeczności nie stoi tylko ciężka praca, lecz także wszechmocna mafia.

Pogarszająca się sytuacja gospodarcza Czechach, w której wyniku tysiące zadłużonych Wietnamczyków po wyrzuceniu z fabryk zostanie bez środków do życia, i frustracja wielu Czechów, którzy po latach prosperity wpadną w problemy, może przyczynić się do powstania nowych napięć, nowego rasizmu.

Pani Thi ze sklepiku w praskich Bohnicach mówi: – Wszystko źle. My chcieć tu żyć uczciwie. Co my sobie teraz zrobić? A co wy, Czesi, sobie tu zrobić bez nas, Wietnamczyków?

Czesi w Polsce i za granicą

Jak wcześniej podałem, Czesi niechętnie wyjeżdżają za granicę. Jeśli już jadą to na krótszy okres czasu. Ci, którzy są na emigracji, zwykle pozostają na obcej ziemi od wielu lat. Takie emigracje najczęściej spowodowane były nastaniem ery komunizmu.

Ukazane dane są jedynie orientacyjne (Czesi często nie rejestrują swych krótkich pobytów na obczyźnie) i pochodzą z czeskich ambasad i konsulatów w danych krajach. Dane 2008 rok.

zagr.jpg

*CZESI W POLSCE*

Podczas narodowego spisu powszechnego ludności w 2002 r., jako Czesi zadeklarowało się 386 obywateli Polski w tym:
w województwie łódzkim – 111
województwie śląskim – 61
województwie dolnośląskim – 47
województwie mazowieckim – 37

1.226 osób zadeklarowało używanie w domu języka czeskiego.

Ogólna charakterystyka mniejszości czeskiej:

Płeć:
mężczyźni – 42,23 %

kobiety – 57,77%

Polska i Czechy

Zadaję sobie pytanie, czy Czechy i Polska mają w Europie jakieś wspólne interesy. I natychmiast nasuwa się odpowiedź: tak – i w sprawach dwustronnych, i w ramach Unii Europejskiej, i w NATO.

Kiedy jednak trochę bliżej przyjrzeć się sprawie, okaże się, że tych interesów wcale nie jest aż tak wiele. Pomiędzy Czechami i Polską jest natomiast wiele różnic, które determinują ich cele w polityce międzynarodowej. Po pierwsze – inaczej układała się nasza historia przed upadkiem komunizmu. Liczne są różnice wyniesione z tamtego okresu. Po drugie – Czechy i Polska różnią się wielkością, sytuacją geopolityczną, strukturą gospodarki, a także rolą, jaką odgrywa w społeczeństwie religia. To wszystko sprawia, że inaczej patrzymy na rolę, jaką mamy do odegrania w Europie i czego innego się po samej Europie spodziewamy.

*Czesi – naród prowincjonalny*

Korzenie Czech sięgają głęboko w niemiecką przestrzeń kulturową, a później w mocarstwo habsburskie. Polska natomiast to kraj kilku tożsamości. Częściowo należy do Europy Środkowej, częściowo do regionu nadbałtyckiego, a po trosze do Europy Wschodniej, gdzie graniczy z Rosją.

Czechów w relacjach z niemieckojęzyczną częścią Europy interesuje głównie Wiedeń, Bawaria i Saksonia, dla Polski zaś głównym partnerem jest Berlin. Czesi nigdy nie mieli wyraźnych ambicji mocarstwowych. Nasze cele polityczne ograniczały się do przetrwania w przestrzeni, o którą rywalizowały duże mocarstwa europejskie, a nasza tożsamość narodowa formowała się defensywnie, głównie w relacjach z innymi.

Geopolitycznie Polacy bywali w porównywalnej sytuacji, ale ich podejście było zawsze inne. Nawet gdy byli zależni od dużych mocarstw, zawsze przejawiały się ich ambicje mocarstwowe. Polska tożsamość narodowa, w przeciwieństwie do czeskiej, w mniejszym stopniu tworzyła się jako odbicie tożsamości innych, zwłaszcza Niemców.

Czesi ze względu na swoją historię są właściwie narodem prowincjonalnym, któremu brak ambicji globalnych. W pewnym sensie boją się nawet „wielkiego świata”. Przeciętnego Czecha mało zajmuje to, co dzieje się poza obszarem czeskiej kotliny. Polacy natomiast są bardziej globalni. Uważają się – zapewne z racji swej liczebności oraz wielkości terytorium – za jednego z głównych rozgrywających w Europie.

Te różnice mają zasadnicze znaczenie. Cele polskiej polityki są i będą – i wobec Europy, i wobec Stanów Zjednoczonych – naturalnie bardziej ambitne. Polska właściwie nie potrzebuje współpracy regionalnej tak bardzo jak Czechy.

*Poznajmy się od nowa*

Wydaje się, że wejście Polski do UE zmieniło podejście Warszawy do współpracy w regionie. Polska jest dziś bardziej pewna siebie i zachowuje się tak, jakby nie potrzebowała już wsparcia ze strony pozostałych krajów wyszehradzkich.

Dla Polski partnerami w europejskiej grze są Hiszpania, Włochy, Francja lub Niemcy. Republika Czeska kieruje swoją uwagę na mniejsze kraje Europy Środkowej, takie jak Słowacja, Austria, Węgry lub Słowenia. Dlatego jest całkiem możliwe, że w przyszłości środkowoeuropejska współpraca będzie dotyczyła właśnie tych krajów, podczas gdy Polska – która ma więcej mieszkańców niż wszystkie te państwa razem wzięte – pozostanie na zewnątrz takiej regionalnej grupy.

Inna asymetria dotyczy struktury gospodarczej. Republika Czeska jest małym, przemysłowym krajem z dość efektywnym rolnictwem. W rolnictwie pracuje jedynie około pięciu procent ludności, podczas gdy w Polsce – aż 20 procent. Jest więc oczywiste, że interesy ekonomiczne Czech są inne od interesów Polski. Poza tym Republika Czeska jest w dużo większym stopniu krajem nastawionym na eksport.

W odróżnieniu od Polski Czechy nie mają dostępu do morza, choć to akurat może się okazać czynnikiem zbliżającym interesy obu krajów.

W przyszłości Polska mogłaby się stać dla Czech ważniejszym „morskim” partnerem, natomiast Republika Czeska – typowy kraj tranzytowy – partnerem Polski, ułatwiającym dostęp do środkowo- i południowoeuropejskich rynków.

A przecież są i inne pola potencjalnego współdziałania. W pewnych sytuacjach Polska mogłaby użyczyć całemu regionowi swej silnej międzynarodowej pozycji. Do tego byłaby jednak potrzebna aktywna koordynacja polityki zagranicznej. Wiele dałoby się też zrobić w sferze bezpieczeństwa.

Lecz aby bliższa współpraca w tych dziedzinach stała się możliwa, należałoby najpierw pokonać niektóre bariery powstałe po upadku komunizmu. Przed 1989 rokiem wielu Czechów śledziło wydarzenia w Polsce i na odwrót. Wiedza o sobie nawzajem – a zwłaszcza o życiu toczącym się w drugim obiegu – była częścią pasywnego oporu wobec reżimu komunistycznego.

Dziś przeciętny młody Czech jest lepiej poinformowany o wydarzeniach kulturalnych w USA lub Wielkiej Brytanii niż w Polsce. Podobnie młodzi Polacy mało wiedzą o tym, co się dzieje w Czechach. Żelazna kurtyna oddzielająca nas od Zachodu zniknęła, ale jej upadek stłumił zainteresowanie Czechów sytuacją w Polsce i na odwrót. A przecież lepsze wzajemne poznanie jest podstawowym warunkiem poważnej współpracy politycznej.

Przyglądajmy się uważnie, co teraz będzie się działo w naszej części kontynentu, bo następnych kilka lat zdecyduje o tym, czy Czechom do Polski będzie równie blisko jak do Austrii i Niemiec.

pehe.cz

Czeska hospoda

*wyszperane w sieci*

Kochani.
Z racji tego, że wielu z Was deklaruje chęć spędzenia okresu noworocznego właśnie w Czechach (szkoda, że wybieracie Pragę i tylko Pragę), przyda się Wam kilka rad jak zachować się w czeskiej gospodzie. Bo nie wyobrażam sobie być w Czechach i nie zajść na przynajmniej jednego z obfitą pianką….

EGALITARYZM

Ludzie dzielą się różnorako. Na wysokich i niskich. Grubych i chudych. Biednych i urzędników walczących z biedą itp.

W praskiej gospodzie podział jest znacznie prostszy – tu ludzie dzielą się na bogatych turystów i… wszystkich pozostałych. I tylko tak „sformatowane” są tutejsze knajpki. Zdarza się, co prawda, iz te bardziej bogobojne piwiarnie zostają czasami zaanektowane przez hordy pogan w postaci amerykańsko-rosyjsko-niemieckiego tłumu, wówczas przez chwilę panuje tam swoista schizofrenia, potem jednak górę zawsze biorą turyści. Przypadków odwrotnych (odbicie gospody z rąk turystów) nie zaobserwowaliśmy ale na szczęście owych Knajp Prawdziwych jest jeszcze w Pradze sporo.

W Polsce trudno byłoby znaleźć pub, który za swój uznaliby zarówno codzienni piwosze w starych swetrach, robotnicy wracający z pracy w swych kombinezonach, jaki i lokalni politycy w eleganckich garniturach czy lekarze w kitl… Nie, nie, też w garniturach. W Czechach, nie tylko, że wszyscy oni wejdą do tej samej knajpki, to jeszcze usiądą przy jednym stoliku zamawiając piwo i marynowaną kiełbaskę. Czeska gospoda jest przestrzenią równie publiczną, co ulica czy metro. Tutaj każdy może wstąpić i poczuć, że jest u siebie. Gdy brak wolnych stolików, nie krępujmy się do kogoś dosiąść, nie ma w tym nic niestosownego.

W „mentalności” czeskiej gospody nie istnieją też podziały na grupy wiekowe. 60-letni dziadkowie toczą tu żwawe rozmowy z 30-letnimi młokosami, a młody, początkujący kelner śmialo dosiada się na chwilę do stolika 40-letnich sztamgastów.

Egalitaryzm czeskiej knajpy polega też na tym, że przychodzą tu całe rodziny z małymi dziećmi i z… psami. Ale cóż to za psy! Sama łagodność i radość istnienia. Ot, siedzą sobie spokojnie przy stolikach i cieszą się widokiem przechodzących ludzi. Zawołane przeciągną sie leniwie, podbiegną i przywitają się opierając się na tobie przednimi łapami. Właściciel nie zareaguje bo wie, że ani pies ani gość gospody nie stanowią żadnego zagrożenia. Nie chce nam się wierzyć, by takie psy można bylo wychować nie podając im codziennie szklaneczki Velkopopovickiego Kozelka…

W czeskiej knajpie na pewno nie pogryzie was pies ale i – w przeciwieństwie do polskich lokali – nie spotkamy się tu z agresją ze strony współbiesiadników. Ludzie często tu dyskutują, spierają się czy wyzywają łagodnie per „ty vole”. Ale nigdy nie spotkaliśmy się z objawami agresji. Bo też, jak tu być agresywnym pijąc Budvara czy Svijanskie?

Będąc w czeskiej gospodzie, to również my tworzymy ów swoisty, naturalny ład. Ład nie zmieniany od pokoleń. Nie przynośmy zatem do piwnych świątyń naszych nawyków z dżungli polskiej knajpy. Oto krótki…

….BON TON DLA POCZĄTKUJĄCYCH I ŚREDNIOZAAWANSOWANYCH

1. Zaakceptujmy fakt, że w świątyniach piwa to kelnerowi – jako tutejszemu kapłanowi – przysługuje prawo do kaprysów i idiosynkrazji. Czescy kelnerzy stanowią szanowaną grupę społeczną i w większości knajp tworzą barwną galerię postaci. Osobiście, uwielbiamy obserwować ich pracę i największą radość sprawiają nam Kelnerzy Ekstremalni: kapryśni i apodyktyczni bądź nieśmiali i zahukani. Jednej i drugiej grupie należy się bezwzględny szacunek i posłuszeństwo.

2. Zamówmy piwo (lub, ostatecznie, inny napój) przed studiowaniem jidelnego listka. Inne zachowanie wprowadzi kelnera w niekłamany szok – jest bowiem zupełnie niespotykane.

3. Pamiętajmy, że w wielu Knajpach Wybitnych funkcjonuje nasze ukochane zjawisko – Ręka Boga. Nie czyńmy więc foch i awantur gdy piwo zostanie nam podane bez zamówienia. Układ ten funkcjonuje dla naszej wygody, nie zaś – by zedrzeć z nas pieniądze. Wszak czeskie piwo jest naprawdę tanie.

4. Zaakceptujmy każde towarzystwo, które pragnie się do nas dosiąść. Również to, zaopatrzone w dzieci i/lub psy. I korzystajmy z tego prawa – w wielu doskonałych knajpach jedyną szansą na pobyt i jest to, że możemy dosiąść się do każdego niezarezerwowanego stolika. Z radością zrobią nam trochę wolnego miejsca. Jak widać, korzyści z tego systemu są znacznie większe niż chwilowe niedogodności. Uwaga, jest rzeczą zupełnie naturalną by zamówić jedzenie nawet gdy tłok przy stoliku przypomina ten, w – za przeproszeniem – urzędzie skarbowym 30-ego kwietnia…

5. Dostosujmy się do godzin zamykania lokalu. Jeśli jest on zamykany o 22, to zapewne już o 21.57 nie będzie tu gości.

pivo.jpg

Polska oczami Czeszki

*NIEZMIERNIE CIEKAWY WYWIAD Z CZESZKĄ O POLAKACH – POLECAM*

Łukasz Grzesiczak: *Polska jest fajna?*

Lucie Kněžourková: Jak najbardziej. Przede wszystkim podoba mi się, że jesteście tak blisko, ale kultura jest zupełnie inna od naszej. Podziwiam polską dumę narodową i to, że interesuje was wasza historia, kultura.

Wydaję mi się, że Czesi więcej krytykują własną politykę czy kulturę, ale nic z tym nie robią. Żyją bardziej spokojnie – dla siebie i swojej rodziny. Natomiast Polacy, jak im się coś nie podoba, szykują się do czynu. I tutaj nie chodzi tylko o rewolucje, ale o codzienne sprawy.

Z drugie strony czuję w Polsce też coś wschodniego…

*Wschodniego?*

Wystarczy wybrać się w podróż po Polsce – już te same odległości są takie zaskakujące. Z okna pociągu widać niekiedy pole i parę domów. To wszystko.

Drugą rzeczą – może trochę śmieszną, ale dla mnie ważną – jest sposób picia: wódka jest wschodnia, wino i piwo zachodnie. Na ulicach miast w nocy człowiek czuje, czy jest pijany wódką, czy winem.

W Polsce czuję pewną atmosferę, której nie ma w Czechach, czy też miastach niemieckich i francuskich.

*Wiele osób uważa, ze Czesi i Polacy są bardzo podobni do siebie. To prawda?*

Przeciwnie. Czesi są bardziej spokojni, tolerancyjni wobec innych wyznań. Dużo Czechów traktuje Polskę jako ziemie pełną radykalnych katolików. W czeskich mediach w kontekście Polski mówi się o zakazie aborcji lub negatywnym stosunku do homoseksualistów.

Czesi nie chcą opuszczać swojego kraju na dłuższy czas. Polacy natomiast masowo wyjeżdżają za pracą i często zostają tam na zawsze.

*Na temat naszych narodów panują wzajemne stereotypy, które wydają się najbardziej szkodliwe?*

Czesi często traktują Polskę jakby ciągle panował w niej komunizm, nie interesuje ich zmiana kraju po ‘89 roku. Dziś dużo Polaków pracuje w Czechach i stereotypy związane z Ukraińcami łączą się teraz z Polakami. Ludzie widzą w Polakach konkurencję, ponieważ często robią za mało pieniędzy to, czego Czesi robić nie chcą.

W kręgach intelektualnych panowało i panuje zainteresowanie Polską – pisarzami i waszą kulturą. Trzeba zdawać sobie sprawę, że przeciętny Czech zna Polskę z czeskich gazet, w których piszą przede wszystkim o antysemickich wypowiedziach ks. Rydzyka.

*W Polsce panuje stereotyp Czecha jako ateisty, tchórza i Szwejka*

Czesi dobrze o tym wiedzą  –  Szwejkami nazywa nas połowa Europy. Z tym jest znów związany nasz stosunek do własnej historii – kompleks braku czynu. O tych, którzy się bronili (i nie było ich mało) się zapomina.

*Powszechnie uważa się, że język polski i język czeski są do siebie bardzo podobne. Czy to podobieństwo nie potrafi być czasem zgubne?*

Większość Polaków i Czechów te podobieństwa często śmieszą. Dla polonisty są oczywiście pewne problemy z gramatyką i słownictwem – jest dużo tzw. fałszywych przyjaciół, słów, które wyglądają tak samo, ale znaczy coś innego. Na przykład „czerstwa bułka” znaczy po czesku świeża, a po polsku stara. Ale kiedy tylko ma sie ochotę, można się porozumieć. Nie lubię, kiedy Czesi w Polsce czy Polacy w Czechach mówią po angielsku. Są to przecież języki zachodniosłowiańskie!

*Pokolenie naszych rodziców – czeska Karta77 i polski KOR – współpracowało ze sobą, interesowali się wzajemnie swoją historią, kultura. Dziś to zainteresowanie jakby ucichło. Dlaczego?*

Temu sprzyjały warunki historyczne. Czesi na wzór KOR-u zrobili Kartę 77, czytali książki wydawane w polskich wydawnictwach – polskie czy też tłumaczenia zachodnich książek, których w Czechach nie było. Dziś jesteśmy bardziej zapatrzeni na Zachód niż na siebie. Po ‘89 mogliśmy podróżować po całej Europie i trudno się dziwić np. mojej mamie, która chce zobaczyć Paryż, Londyn oraz Atlantyk, a nie Bałtyk, który kojarzy jej się ze starymi czasami.

*Nie zatraciliśmy gdzieś tej wielkiej szansy jaką mogła być Europa Środkowa. Václav Havel w „Sile bezsilnej” pisał o trzeciej drodze, o bogatej kulturowo Europie Środkowej*

Rzeczywiście tej szansy nie wykorzystaliśmy, ale to nie znaczy, że dziś jest brak komunikacji między naszymi krajami – te kontakty przebiegają raczej po drodze osobistej, przykładem jest przyjaźń Andrzeja Stasiuka i Jáchyma Topola.

*Dziś Petrovi Pithartovi – legendzie czeskiej opozycji – Europa Środkowa przypomina stale powiększający się parking. Wszędzie te same Mc Donaldy, te same sklepy… Zwyciężyła amerykanizacja i homogenizacja kultury*

Wierzę w to, że trzeba więcej czasu. Nasza generacja już jest inna, moi przyjaciele szukają już czegoś innego, podróżują po Europie Wschodniej. I nasze dzieci będą otwarte, zobaczą, że nie wystarczy tylko mieć dużo pieniędzy, ale że ważne jest też otoczenie człowieka – przestrzeń miasta oraz natura.

Rozmawiał Łukasz Grzesiczak
Zdjęcie: Roman Zakopal

Lucie Kněžourková – polonistka i komparatystka. Publikuje teksty o Polsce i polskiej literaturze w najważniejszych czeskich dziennikach i tygodnikach. Współpracuje z poznańskim komiksowym projektem Central European Comics Art. Mieszka w Pradze.

(Tekst ukazał się w Dzienniku Zachodnim)

Śnieżka

Serdecznie zachęcam Was, mimo tego śniegu i mrozu, na wypad na Śnieżkę. Ale oczywiście od tej strony czeskiej, gdyż Czesi, jak ludzie, jadą na sam szczyt wyciągiem, a Polacy, jak to Polacy – nóżkami – nóż widelec, nie złamię kopytka, a może też nie spadnę w przepaść w połowie drogi. Mimo wszystko – zachęcam.

Połowa szczytu należy do Polski, druga połowa do Czech. Restauracja jest polska, kościół i poczta czeskie. W kościele odbywają się śluby i mimo iż w Czechach spada liczba ślubów w ogóle, to kościółek na Śnieżce jest oblegany. Wasi znajomi na pewno też ucieszą się z kartki wysłanej ze szczytu tej pięknej góry. A po ciężkiej wspinaczce polecam zamówić cynamonówkę w restauracji – ja z pewnych względów mam ją przy barze za darmo. Pozdrawiam panie pracujące w restauracji na Śnieżce.

Widoki ze szczytu są niesamowite. Do tego ta głusza i wrażenie, że nie ma nic wyżej ponad tobą. Ty na górze a daleko daleko w dole wielkie kotliny. Teren pod Śnieżką wygląda jak w epoce lodowcowej, zamarznięte choinki wyglądają jak prehistoryczne oblodzone zwierzęta!

Jednym słowem: MEGA!

Czechy i Słowacja

W 1992 r., kiedy ważyły się losy Czechosłowacji, zdecydowana większość Czechów i Słowaków lubiła swoje państwo, które traktowała jako oczywistość. Co więcej, żadna licząca się siła polityczna w ówczesnej federacji nie szła do wyborów z hasłami jej rozbioru.

Tym większe było zaskoczenie, kiedy przywódcy dwóch zwycięskich ugrupowań – Vaclav Klaus w Czechach i Vladimir Mecziar na Słowacji – umówili się, że od 1 stycznia 1993 r. wspólne państwo przestanie istnieć.

Dziś sondaże pokazują, że to 72 proc. Czechów jest zadowolonych z powstania własnego państwa, ale już tylko 40 proc. Słowaków deklaruje żal, że Czechosłowacji już nie ma. – Czesi i Słowacy oddalili się od siebie na początku lat 90., kiedy na Słowacji rządził Mecziar, polityk o zapędach autorytarnych. Wtedy Czechy i Słowacja to były dwa różne światy. Stosunki między społeczeństwami zostały jednak wyśmienite, a od kiedy Mecziar został odsunięty od władzy, następuje ponowne zbliżenie – mówi Samuel Abraham, politolog z Bratysławskiej Szkoły Sztuk Wyzwolonych.

Politycy zadbali, by rozwód był „aksamitny”. Czesi i Słowacy mogli więc jeździć na drugą stronę tylko z dowodem osobistym, mogli podejmować pracę, mogli też uczyć się za darmo w drugim kraju. Ze względu na wyższy poziom życia w Czechach migracja miała jeden kierunek. Na Słowacji studiuje więc dziś 450 Czechów, a w Czechach 14 tys. Słowaków.

Czechosłowacja trwa również w kulturze. W Pradze działa np. popularne wśród młodych Radio Express grające muzykę funky i soul. Choć dominuje twórczość anglojęzyczna, to z twórczości rodzimej o wiele częściej można w nim usłyszeć piosenki słowackie niż czeskie. W radiu pracuje też mnóstwo słowackich prezenterów, podobnie jak w czeskim radiu publicznym, które w niektórych miastach korzysta z usług dziennikarzy słowackich.

W lipcu 2003 r. odbył się na Leteńskich Błoniach w Pradze koncert Rolling Stonesów, który organizatorzy okrzyknęli wydarzeniem muzycznym roku. Wszystko wskazywało na to, że tak będzie, aż do czasu kiedy dwa miesiące później w tym samym miejscu wystąpił słowacki zespół rockowy Elan, niezwykle popularny w całej federacji w latach 80. Na koncert przyszło 80 tys. widzów, tyle samo co na Stonesów.

– Tyle że połowa widzów na koncercie Stonesów to byli cudzoziemcy, a na Elan przyszli sami Czechosłowacy – podkreśla Michal Czimera, menedżer grupy.

Dominacja Czechów

Stosunki czesko-słowackie mają jednak jedną niebezpieczną tendencję – brak symetrii.

Wszystkie najważniejsze filmy czeskie wchodzą na słowackie ekrany, ale słowackich filmów na czeskich ekranach praktycznie nie ma. Kiedy odbywają się wielkie festiwale muzyczne na Słowacji, nie mogą się one obejść bez czeskich wykonawców. Słowackich zespołów w Czechach występuje mniej.

Słowacy wszędzie w swoim kraju mogą kupić czeską prasę i książki, słowacka prasa do Czech nie dociera. Tylko w Pradze są miejsca, gdzie da się ją kupić, ale można je policzyć na palcach jednej ręki. Czeską telewizję można oglądać w całej Słowacji dzięki sieciom kablowym, słowacka jest dostępna jedynie na wschodzie Czech.

Najmłodsze pokolenie Czechów ma problemy z rozumieniem rówieśników ze wschodu. – Ostatnio pojechałem do swojego ulubionego czeskiego Hradca Kralove. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że syn moich przyjaciół wciąż pytał rodziców, o czym mówię – opowiada Samuel Abraham. – To niebywałe, że jakiś Czech może nie rozumieć po słowacku, ale w najmłodszym pokoleniu tak właśnie się dzieje. Inaczej jest u młodych Słowaków, którzy oglądają dostępną w całym kraju czeską telewizję.

Czeska TV podjęła już decyzję, za co jest krytykowana przez część komentatorów, by podkładać dubbing pod niektóre filmy słowackie przeznaczone dla najmłodszej publiczności. Ówczesny Premier Paroubek chciałby natomiast przywrócić „słowackie poniedziałki”, kiedy telewizja przez cały dzień nadawała filmy i programy słowackie. Choć telewizja publiczna nie chce wrócić do tego pomysłu, to Fabio Fenicz, szef jednego z festiwali filmowych w Pradze, który właśnie pracuje nad uruchomieniem własnej telewizji, zapowiada, że w jego telewizji dni słowackie będą.

Problemy ze zrozumieniem dotyczą jednak tylko dzieci. Kiedy właściciel willi, w której odbywał się program typu Big Brother, nagle wypowiedział stacji telewizyjnej umowę, uczestnicy przenieśli się na Słowację, gdzie w tym samym czasie trwała słowacka edycja programu. Zarówno młodzi Czesi, jak i Słowacy nie mieli problemów ze zrozumieniem mądrości wymienianych przez czeskiego Gulczasa ze słowacką Frytką.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Halina Pawlowská

Opowiedziane z humorem perypetie czeskiej rodziny na tle bolesnych wydarzeń politycznych lat 1968-1989. Gdy w 1968 roku rodzina kilkuletniej Oleny zmuszona jest przerwać wakacje i wracać do Pragi, dziewczynka obawia się tylko o jedno: czy żołnierze obcych armii nie zechcą zjeść jej kotka. Dojrzewanie Oleny przypada na czasy normalizacji; wszechobecny strach skłania do zachowań konformistycznych, ulegają mu nauczyciele, koledzy, zaprzyjaźnieni dorośli. W powieści Pawlowskiej, bardzo osobistej i w dużej mierze autobiograficznej, koleje losu bohaterki splatają się z historią społeczną i polityczną kraju. Autorka z dystansem i dowcipnie opowiada o rzeczach często nieśmiesznych, przywołując mity rodzinne, świadectwa nadzoru bezpieki i obserwacje obyczajowe. Pawlowská śmiesznie opowiada rzeczy wcale nieśmieszne. W sposób naturalny miesza mity rodzinne i obserwacje obyczajowe, tworząc niepowtarzalne świadectwo o życiu w czasach totalitaryzmu. A w to wszystko wplata własną opowieść o pogoni za wielką miłością, pełną dramatycznych, ale i pomyślnych zwrotów losu. Mariusz Szczygieł nazywa autorkę książki „najzabawniejszą kobietą w Republice Czeskiej” i twierdzi, że Dziennik Bridget Jones nie sprzedał się w Czechach tak dobrze, jak mógł, gdyż była tam już Pawlowská.

Wydawnictwo:
WAB , Czerwiec 2008

Europa z płaskostopiem

Europa z płaskostopiem to rozmowy z czeskimi (a także słowackimi, węgierskimi i polskimi) muzykami, pisarzami, reżyserami filmowymi, historykami i politykami o kulturze i historii najnowszej Czechosłowacji, Czech, Słowacji. A tak naprawdę o dzisiejszej Europie Środkowej. Bo te rozmowy są o Czechach i o nas. Jak mówi autor: „To jest książka popularyzatorska, adresowana do kogoś, kto już dążył się odrobinę Czechami czy Europą Środkową zainteresować, ale tak naprawdę wszystkiego jeszcze chciałby się dowiedzieć”.

*FRAGMENTY*

*Na czym polega ta czeskość Czecha?*
*Istnieje jakieś stereotypowe wyobrażenie na ten temat?*

Oczywiście że istnieje i nie ma co tego idealizować. Społeczeństwo czeskie nie jest niczym wyjątkowym w swoim otoczeniu. Ono przypomina społeczeństwo austriackie, którym się w Polsce specjalnie nie zachwycamy i bardzo przypomina społeczeństwo słoweńskie, o którym w ogóle nikt nie wspomina, bo mało kto o nim słyszał. To są mieszczanie, czy drobnomieszczanie, bardzo liczna jest klasa robotnicza posiadająca pewną kulturę, której częścią jest choćby to przesiadywanie w piwiarniach – dzień w dzień właściwie, również w niedzielę, bo do kościoła tam mało kto chodzi.

*A jak oni sobie bez Boga radzą?*

Radzą sobie doskonale. Tak samo jak radzi sobie większość Francuzów, Niemców czy Hiszpanów. W Europie, w której społeczeństwo jest zlaicyzowane, to nie jest niczym nadzwyczajnym, to raczej my jesteśmy wyjątkiem i wielu ludzi za granicą mnie pyta „jak wy Polacy radzicie sobie z tą wiarą w Boga”. To samo pytanie chętnie zadaliby Muzułmanom czy Turkom, ale się boją.
W społeczeństwie czeskim bardzo się przestrzega niepisanych zasad, zwyczajów, konwenansów. Tam się trzeba umieć zachować: zawsze mówić „dzień dobry”, tam się na drzwiach wiesza na wizytówce swój tytuł – „magister”, „inżynier” czy „doktor”. Dzięki temu to społeczeństwo obywa się bez Kościoła, w przeciwieństwie do Polski, gdzie Kościół jest przede wszystkim spoiwem społecznym, choć oczywiście nie tylko.

*Którą z rozmów z książki uważa Pan za najcenniejszą?*

Np. rozmowę z Petrem Zelenką, którego filmy bardzo lubię. Ma on bardzo nieortodoksyjny pogląd na Aksamitną Rewolucję, na wydarzenia 89. roku – uważa, że to był spisek KGB. Nie podzielam tego poglądu, ale chciałem i taki pogląd zawrzeć w książce. Zresztą to symptomatyczne, że on jest jednym z najmłodszych rozmówców – i to właśnie on ma taki defensywny, kapitulancki stosunek do przeszłości. W gruncie rzeczy uważa, że cała rzeczywistość jest zmanipulowana i ucieka w te swoje fantazje, zresztą bardzo piękne, które możemy oglądać w filmach.

*Czy to jest książka dla specjalisty, „czechofila”, czy także dla kogoś, kto nie miał do tej pory do czynienia z historią i kulturą tego kraju?*

To jest książka popularyzatorska, adresowana do kogoś, kto już dążył się odrobinę Czechami czy Europą Środkową zainteresować, ale tak naprawdę wszystkiego jeszcze chciałby się dowiedzieć.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑