Jízdenka na léto- czyli 7 dni podróży po Czechach

Jízdenka na léto to bilet na czeskie koleje ważny przez 7 lub 14 dni. Dzięki niej można podróżować po całej Republice wszystkimi dostępnymi pociągami przewoźnika Ceske Drahy. Jednynie w ekspresach trzeba dokupić obowiązkową miejscówkę i dopłacić do podróży pendolino 70 koron (ale w zamian dostaje się butelkę wody mineralnej i gazetę, co niemal równoważy koszt). Czytaj dalej „Jízdenka na léto- czyli 7 dni podróży po Czechach”

Reklamy

Z Radomia do Pragi

„Jeśli kiedykolwiek poczułeś się bezużyteczny, to pomyśl o lotnisku w Radomiu” Dość stary suchar, z którego i tak pewnie wielu z Was się wciąż śmieje. A ja już nie, ponieważ…

z Radomia można polecieć do Pragi! Godzina i 40 minut i jestem na lotnisku imienia Vaclava Havla. Oczywiście z Polski można też polecieć chociażby Czech Airlines, ale cena biletu jest ponad dwa razy wyższa (149 zł w Sprint Air, 323 zł w Czech Airlines) a na Okęciu zwykle trzeba być co najmniej 2 godziny wcześniej żeby przejść przez wszystkie kontrole itp. W Radomiu jest (nie)stety wciąż jak na memie z Travoltą, czyli pusto…

Dzięki temu można przyjechać niemal w ostatniej chwili i nie tracić czasu.

A po przylocie? Jak dostać się z lotniska w Pradze do centrum? Wystarczy kupić bilet na zwykłą komunikację miejską i wsiąść do autobusu 100 lub 119 i dojechać odpowiednio do stacji Zličín (żółta linia) i Nádraží Veleslavín (zielona). Potem Praga jest już Wasza!

Co kryje Kosmo?

Czeski serial „Kosmo” podbił polski Internet, włącznie z głównymi stronami największych portali. Właściwie tylko kilka scen z serialu, przede wszystkim ta z „czterema kosmonautami i psem”, ale dobre i to. W końcu od czasu Jožina z bažin żaden wytwór czeskiej popkultury nie wzbudził w Polsce takiego zainteresowania. Czytaj dalej „Co kryje Kosmo?”

W królestwie Karkonosza i olbrzymów

Są takie miejsca, które wydają się dziełem kogoś większego, o niezwykłej sile. Tam właśnie powstają legendy o gigantach, olbrzymach, stolemach, ograch i wszystkich tych silnorękich budowniczych, którzy ukształtowali niezwykły krajobraz. Bo przecież nie możliwe by był on wynikiem trwającego miliony lat procesu erozji. To nie mieści się w głowach nawet racjonalnych, ateistycznych Czechów. Skalne miasta pod Adršpach i Teplicami nad Metuji nie mogły powstać w wyniku przypadku. Są na to zbyt niesamowite. Czytaj dalej „W królestwie Karkonosza i olbrzymów”

Hostele w Pradze – gdzie można tanio się przespać

Dostaję czasem zapytania, czy mogę polecić jakieś tanie i dobre miejsca noclegowe w Pradze. Ten artykuł będzie w większości o tym, których miejsc lepiej unikać, ale jest to moja osobista opinia, więc mam nadzieję, że żadne z tych miejsc nie będzie miało do mnie żalu o antyreklamę.

Nie samym piwem człowiek żyje. Musi gdzieś przenocować nawet podczas wypadu do Pragi. Ci którzy mają nadmiar koron mogą wybrać hotel, z pewnością bardziej komfortowy, ale w żadnym wypadku nie mający takiego klimatu jak znacznie tańsze od niego hostele. Tych w czeskiej stolicy nie brakuje. Nie wszystkie są jednak równie fajne.

Po prostu miejsce do spania, ale może śmierdzieć bezdomnym

Po pierwszej wizycie w AZ Hostel (w 2014 roku) napisałabym: „Jeśli potrzebujesz tylko miejsca gdzie przytulisz się do poduszki na parę godzin, możesz je znaleźć blisko centrum. AZ Hostel na ulicy Vodićkovej nie oferuje nic specjalnego, jest po prostu bardzo dobrze położony. Na zwiedzanie Pragi można ruszyć z niego nawet piechotą. Wybierzesz go jeśli Ci się śpieszy i chcesz wyspać się w dość wygodnym łóżku.” Po drugiej wizycie z tego roku (2016) dodałabym- łóżko jest wygodne, ale może zdarzyć się, że pokój śmierdzi jakby nocował tam bezdomny, który zsikał się w łóżko. Gdy weszłam do pokoju już śmierdziało, ale myślałam, że to tylko kwestia tego, że okno było długo zamknięte. Jednak po 4 godzinach wietrzenia okazało się, że przyczyna leżała w łóżku, które co prawda było puste, ale smród przeniknął do głębi jego materac- ot kostka smrodkowa o wymiarach 90×200 cm.

IMAG0273 DSC07172Hostelik Chili położony jest w miejscu tyleż malowniczym, co zaskakującym. Jeszcze zanim do niego wejdziesz zobaczysz parkę wiszącą na parasolach ponad ulicą. Po wejściu będzie więcej rzeźb i grafik.

Klimat jest tu niezwykły, wspólna sala jakby samoistnie skłania do poznawania innych gości hostelu i wspólnego z nimi urządzania mini-imprezki. Coś jakby było się gdzieś między górskim schroniskiem, galerią sztuki, a squatem. Klimat jest tak niezwykły, że łatwo nie zwrócić uwagi na sam budynek. Ten jest dość stary i nie należy spodziewać się po nim hotelowych standardów.

DSC05746Prawdziwa perełką jest Hostel Sir Toby’s. Jest tak tylko do momentu gdy wejdzie się po raz pierwszy do tego uroczego hostelu. O każdym pokoju można usłyszeć inną historię, opowiadaną przez namalowane na ścianach krasnoludy czy anioły. Wielonarodowe towarzystwo zgadza się pod jednym względem: Ale tu fajnie! Wystrój tworzy klimat, ale w przeciwieństwie do Chili nie sposób tu narzekać na komfort. Jest ładnie, czysto, można zjeść śniadanie, a nawet zamówić piwko w znajdującej się pod hostelem i należącej do niego hospodzie. Oczywiście drugie, bo pierwsze jest w cenie noclegu. Szkoda tylko, że miejsca trzeba zarezerwować sobie z pewnym wyprzedzeniem.

W tym roku nocowałam również w Hostelo-hotelu A&O Prag Metro Strizkov. Zdecydowanie nie polecam. Jest dość drogo, jak na hostelowy standard, daleko od metra, więc nazwa może podobnie jak mnie zmylić. Obsługa nie jest zbyt uprzejma, a opłaty są doliczane niemal do wszystkiego (łącznie z pościelą).

Nie próbowałam jeszcze nocować w Pradze za pośrednictwem Airbnb, ale myślę, że następnym raz zdecydowanie wybiorę tę opcję.

Wycieczka do Czech na narty biegowe

„Marzy mi się, żebyśmy byli jak Czesi”. Jeszcze trzy lata temu takie życzenie wypowiadali prowadzący portal nabiegowkach.pl. W 2013 roku sport ten u nas dopiero się rozwijał, ale czynił to niezwykle dynamicznie, do czego przyczyniły się zwłaszcza sukcesy Justyny Kowalczyk. Biegaczy na nartach zaczęło w Polsce przybywać i to lawinowo. Oddano też do użytku sporo tras biegowych. Rozwój tych ostatnich zahamowały jednak nieco niefortunne przepisy. Polscy biegacze ruszają więc na biegówkach także na amatorsko wyznaczone szlaki lub jadą odwiedzić południowego sąsiada.

Czechom trzeba przyznać, że są dobrze przygotowani na przyjęcie biegaczy. Łącznie w całym kraju jest ponad 3000 kilometrów tras biegowych. Z reguły są to szlaki dobrze utrzymane, o niezbyt dużym poziomie trudności. Bardzo duża część z nich jest położona tuż przy polskiej granicy – w Karkonoszach i Górach Izerskich. Magistrala Karkonoska i Magistrala Izerska to długie, doskonale przygotowane trasy, być może najlepsze w tej części Europy. Pierwsza z nich zaczyna się w Harrachovie i łączy z również dobrze przygotowanymi trasami w okolicach Szklarskiej Poręby.

Biegówki warto też wziąć ze sobą jadąc na Moravy. Niecałe sto kilometrów na północny zachód od Brna znajdują się Góry Żdarskie, które są trochę zbyt płaskie jak na góry, ale które idealnie nadają się do biegania na nartach. Nieco mniej tras jest też w Szumawie i Rudawie. Gdyby nie autostrady (hmmm, w Czechach są, u nas też by mogły) dałoby się obiec cały kraj na biegówkach.
Tutaj możecie znaleźć inspiracje i szczegóły tras na Morawach: www.dolnimorava.cz

Można powiedzieć, że marzenie z pierwszego cytatu spełniło się. Polacy biegają na nartach równie chętnie co Czesi co widać np. po wyjściu do Lasu Kabackiego w Warszawie lub na wały we Wrocławiu. Biegać na nartach można wszędzie gdzie jest śnieg. Jeśli chcemy robić to po dobrze przygotowanych trasach – mamy kolejny powód by pojechać do Czech.

Infografika_Polacy_biegaja_w_Czechach

Najlepsza restauracja w Ostrawie – Restaurace u Dvořáčků

Poprzedni wpis na blogu o Cieszynie był oczywiście ironią, szkoda, że niektórzy z Was zupełnie tego nie zrozumieli. Dziwią mnie też pytania pod wpisem typu: Właśnie się tam wybieram, co ciekawego można zobaczyć? No właśnie to, co w tekście. Ale tym razem wpis będzie traktował o mieście, w którym przez jakiś czas mieszkałem i pracowałem. Chętnie też tam wracam o czym za chwilę Was przekonam.

Ostrawa z tymi wszystkimi swoimi kontrastami jest bardzo ciekawym miastem. Jest nieoczywista – co chwila zmienia się architektura i krajobraz. Od przemysłowych rejonów przez komunistyczne zabudowania do zielonych rejonów Śląskiej Ostrawy. Wpisów o tym mieście poczyniłem już sporo dlatego teraz skupię się na opisaniu najlepszej według mnie restauracji w jakiej byłem.

IMG_2442

Restaurace u Dvořáčků na ulicy. Hladnovskiej 19 odwiedziłem po raz pierwszy pięć lat temu. Wtedy zaskoczył mnie wystrój: wypchane dziki, kaczki i lisy wiszące na ścianach. Od tego czasu nic się tam nie zmieniło. Jedzenie wciąż jest smaczne, piwo i kofola z kija są zimne, a obsługa nienaganna. Kelnerzy tam pracujący obsługują tak, jak to widziałem w filmie „Kelner, płacić!”: elegancko, z powagą i szacunkiem. Są szybcy, dokładni, kulturalni i co najważniejsze – niewidzialni. Jeszcze nigdzie nie byłem tak obsługiwany. Pięć lat temu zrobił na mnie wrażenie pan Martin Mareček (przynajmniej tak było napisane na paragonie). Łysawy facet przed czterdziestką w służbowym czarno-zielonym stroju. Po pięciu latach wygląda i podaje zupę w ten sam sposób jak kiedyś. Ustalone i niezmienne standardy – to jest to, co najbardziej podoba mi się w knajpach.

IMG_2460

Z racji tego, że knajpa leży na uboczu, nie spotkałem tam ani jednego Polaka. O dziwo, kelnerzy starają się mówić po polsku. Jednak, gdy tak rozkosznie wymawiają polskie słowa znika ta ich dostojność. Jest to miły ukłon w naszą stronę.

Restauracja nie jest najtańszą w Ostrawie, ale ceny nie wypalają oczu i mózgu. Dania podawane są bardzo szybko, tak szybko, że nawet nie było czasu nacieszyć się darmowym Wi-Fi. Świeżo i sycąco. Menu to czeska klasyka: svičkova czy vepřo-knedlo-zelo. Spory wybór zup i dań głównych. Według mnie najlepsza jest jednak czosnkowa. Stopień intensywności czosnku jest idealny. Czasem się zdarza, że zupy czosnkowe są mdłe lub zbyt aromatyczne. Grzanki u Dvořáčků są chrupiące, a ser ciągnący. Dla mnie zupa idealna.

Dania główne, które zamówiliśmy (vepřo-knedlo-zelo) smakowały tak samo jak pięć lat temu. Porcje słuszne. Knedliki bramborowe, ale nie mam pewności czy domowe. Bez zastrzeżeń. Zresztą zobaczcie sami. Zachęcam do wypróbowania pozostałych pozycji z karty. Mam nadzieję, że nikt nie będzie zawiedziony. Na koniec zjedliśmy jeszcze deser czyli gorące maliny z lodami.

Gdy tylko zasiądziecie przy stoliku waszym oczom ukażą się domowe chipsy. Są smaczne, ale kosztują 25 koron. Kwota zostanie wam doliczona do rachunku. Nie ma za to dopłaty za obsługę, jednak aż głupio jest nie dać napiwku. Pamiętajcie o tym.

Po obiedzie był jeszcze czas na wizytę w Pivovarskym Domku. Szeroki wybór piw z różnych zakątków Republiki Czeskiej i świata. Klika z nich wziąłem do Warszawy.

IMG_2434

Powstało nowe państwo z urzędowym językiem czeskim

W miniony poniedziałek na mapie Europy pojawiło się nowe państwo. Jest nim Liberland, enklawa wolności położona między Chorwacją i Serbią. Samozwańcze państwo, które nie zdobyło jeszcze międzynarodowego uznania, ma już swojego prezydenta. Teraz prowadzony jest nabór obywateli.

image

Liberland nie ma jeszcze konstytucji (ta jest dopiero tworzona), ale posiada już własny serwis internetowy. Wyjaśniono w nim, że nowe państwo leży na terenie, do którego żaden inny kraj nie wysuwa roszczeń. Założyciele Wolnej Republiki Liberlandu uznali, że jest to ziemia niczyja.

Liberland ma 7 km kwadratowych powierzchni i mieści się na zachodnim brzegu Dunaju, w pobliżu chorwackiej miejscowości Zmajevac. Założycielem państwa jest czeski polityk Vít Jedlička, który należy czeskiej Partii Wolnych Obywateli.

Flaga Liberlandu
Flaga Liberlandu

Jedlička został pierwszym prezydentem Liberlandu. Polityk zapowiedział, że niebawem wyśle noty dyplomatyczne do rządów Serbii i Chorwacji, prosząc o oficjalne uznanie nowego państwa. Podobne noty zostaną później wysłane do innych krajów.

Konstytucja Liberlandu będzie wzorowana na prawie szwajcarskim. Państwo, któremu przyświeca hasło „Żyj i pozwól żyć”, ma być „konstytucyjną republiką z elementami demokracji bezpośredniej”. Z przedstawianych zapowiedzi wynika, że władze Liberlandu będzie obowiązywał konstytucyjny zakaz zadłużania państwa.

Na oficjalnej stronie Liberlandu prowadzona jest rekrutacja obywateli. Zgłaszać mogą się wszystkie osoby, które nie były karane, nie mają komunistycznej bądź nazistowskiej przeszłości, szanują własność prywatną oraz innych ludzi, niezależnie od ich rasy, pochodzenia etnicznego, religii i orientacji.

Liberland ma już własną flagę i własne godło. Językiem urzędowym jest czeski.

Leśny Bar czyli nietypowa atrakcja koło Jesionika

Polski pisarz i czechofil Mariusz Szczygieł już telefonował do czeskiego leśnika inżyniera Pavliczka. Wypytał go dokładnie o leśny bar w górach za Jesenikiem. Zanim przeczytacie o tym w najnowszej książce Szczygła, wybierzcie się sami na piwo do czeskiego eksperymentu.

bilde

Po czesku „napad” to pomysł. Inżynier Vaclav Pavlicek na pytanie, kto miał „napad” z leśnym barkiem, skromnie odpowiada, że to pomysł turystów.

On tu tylko pracuje. Jego rewir w lasach państwowych to ponad tysiąc hektarów w górach nad wioską Horni Lipova. Codziennie jest tutaj zawodowo, ale lubi po pracy sam albo z przyjaciółmi przemierzać leśne ścieżki na rowerze czy na nartach biegowych.

– Jadąc od wioski, jest tu po drodze bardzo stromy podjazd. Niektórzy nie dawali rady pedałować i prowadzili rower pod górę. Tu zawsze czekaliśmy na pozostałych, więc najpierw zrobiłem miejsce do siedzenia nad potokiem – opowiada leśnik. – Idąc w góry w gorące dni, zacząłem tu zostawiać w potoku jeden czy dwa napoje.

Wracając z pracy, zatrzymywałem się na odpoczynek i posiłek. Pewnego dnia jakiś nieznany turysta zabrał moje picie i zostawił pieniądze. Na papierku obok napisał: „Zabrałem jedno picie, zostawiam 10 koron”.

Ktoś inny skląłby bezczelnego turystę i poszukał lepszej skrytki na swoje piwo. Ale nie inżynier Pavliczek. On następnym razem przywiózł 10 napojów i położył w chłodnej wodzie. Po kilku dniach zabrał 100 koron. Za trzecim razem przywiózł na górę 30 butelek z piwem i lemoniadą. I odebrał 300 koron.

– W końcu postawiłem tu blaszaną puszkę – skarbonkę – opowiada Pavliczek. – Ludzie sami ją otwierali, żeby rozmienić pieniądze, zabrać sobie resztę.

Początkowo nie wywieszał żadnego cennika. Potem napisał na tabliczce: Wszystko za 10 koron. On kupował za 10 i chciał tylko zwrotu pieniędzy. Stopniowo proste miejsce odpoczynku zaczęło się rozrastać.

Źródło oraz dalsza część artykułu: nto.pl

Poznajcie ich: to oni są głosami praskiego metra

Przedłużenie linii A sprawiło, że po wielu latach konieczne jest ponowne nagranie komunikatów zapowiadających nowe stacje. Do zadania ponownie przystąpiła Světlana Lavičková, osoba, której głos słyszymy w najstarszej linii metra. 

Linia A: Světlana Lavičková

m4

Każdy zna jej głos, nie każdy jednak zna jej historię. W czasach, gdy ogłoszono konkurs na głos metra Světlana Lavičková jako młoda dziewczyna przyuczała się w Karlíně do zawodu lektora. W latach siedemdziesiątych władze metra praskiego zorganizowały casting, szukano odpowiednego głosu. Szef techniczny podszedł do mnie i poprosił, żebym spróbowała wypowiedzieć próbne zapowiedzi. To wszystko działo się bardzo szybko. Za chwilę dostałam telefon, że będę „jeździć” na linii A.

Sposób wyboru lektora poprzez casting działa do dnia dzisiejszego. Kilka lat temu do konkursu na głos linii C przystąpiło osiem osób: prezenterów z telewizji, redaktorów z Czeskiego Radia oraz aktorów. Każda z osób nagrała zapowiedzi, które były puszczane po kolei w jadącym metrze. Konkurs wygrywała ta osoba, której głos brzmiał najlepiej w działającym metrze. Bo tu nie chodzi o to, żeby właściciel głosu miał nienaganną dykcję czy ładną barwę. W metrze chodzi o to, aby głos brzmiał dobrze z głosników pociągów (zarówno tych starych jak i nowych) oraz by nie był zagłuszany przez huk jazdy. Każdy członek komisji wybiera anonimowo swego faworyta, osoba z największą liczbą głosów zostaje „metráčkem”

Linia C: Tomáš Černý

m3

Zwycięzcą takiego konkursu jest Tomáš Černý, lektor użyczający głosu na linii C. Zastąpił on na tym stanowisku Jiřího Hrabáka. Było to dokładnie w roku 2004, gdy linia C została przedłużona przez  Ládví do Letňan. Wiadomość o konkursie dostałem od współpracowniczki Czeskiego Radia i właścicielki głosu linni A, Světlany. Pierwszego dnia przy nagrywaniu zapowiedzi dostałem instrukcję, żeby kominukaty te nie brzmiały jak w radiu, że mają być dostojne i mają budzić respekt. Zaskoczyło mnie, że w tego typu komunikatach najważniejsze jest by nie akcentować całego zdania, całej informacji, a jedynie jedno słowo: Kačerov. Nie można tego wykrzyczeć, musi być odpowiednia intonacja. Jest to o tyle dziwne, że pasażerowie i tak nie zajmują się zapowiedziami, często nawet nie wiedzą czy męski czy może żeński głoś zapowiada daną linię metra.

Sam staram się nie jeździć linią C by siebie nie słuchać, ale pamiętam jedną zabawną scenkę. Na przeciwko mnie siedział tata z małym synkiem i ten maluch wciąż powtarzał na głos zapowiedzi: „Nááádraží Holešovice“. Jego tata gdy to słyszał odrzekł, że w ten sposób się tego nie wymawia, nie tak, jak ten pan z głośnika. Żaden z nich nie miał pojęcia, że Pan z głośnika siedzi na przeciwko nich.

Linia B: Eva Jurinová

m2

Eva Jurinová użyczyła głos dla linii B. Jej znajomi z Czeskiej Telewizji uznali, że skoro jest taka szalona i wszędzie jej pełno, wygraną ma w kieszeni, I nie pomylili się. Spośród 25 zgłoszonych osób wybrano właśnie Evę. Przez całe popołudnie nagrywałam zapowiedzi linii B. Za te kilka godzin dostałam 500 koron. Warunkiem nagrań było to, aby mój głos brzmiał energicznie i wyraźnie. Komunikat „konečná stanice, vystupte“ to miał być już prawie rozkaz, który obudzi nawet pijaków, chcących pojechać do bazy. Zaproponowałam, aby do tego komunikatu dodać słowo „prosím”, jednak wszyscy byli przeciwni. Największym dla mnie problemem okazała się nazwa stacji Moskevská. Dla mnie to wciąż był  Anděl i kiedy dochodziło do wypowiedzenia słowa Moskevská zamiast kropki na końcu było u mnie słychać pytajnik. Komisja była wkurzona, musieliśmy to powatrzać kilka razy.

Największym przeżyciem dla mnie była sytuacja, gdy jechałam jako dziennikarka na szkolenie do Wiednia. Podczas luźnego spotkania z politykami okazało się, że jedna posłanka podczas wizyty w Pradze „zakochała się” w moim głosie. Jakież było jej zdziwienie, gdy przeprowadzając z nią wywiad odezwałam się tym swoim głosem z metra. Posłanka była w takim szoku, że kazała mi podczas obiadu wypowiadać każdą stację metra. Na sam koniec musiałam te zapowiedzi ngrywać na kasetę by posłanka mogła sobie je włączać za każdym razem, gdy tylko zechce.

m1

Chaos i burdel czyli jak Czech widzi Warszawę

Chociaż mój kolega Czech wyjechał z Warszawy już we wtorek, dopiero teraz mam siłę by napisać o tej ważnej wizycie słów kilka. Opóźnienie spowodowane jest faktem, iż musiało minąć aż kilka dni by moje siły umysłowe wróciły do siebie po tylu dniach ciągłej imprezy.

10805586_10204024898937137_2519913589235707664_n

#1: dojazd

Podróżujący z Pragi do Warszawy (i odwrotnie) nie mają lekko. Do wyboru jest pociąg, autobus oraz samolot. Nikt o zdrowych zmysłach zarabiający jak przeciętny Polak nie wybierze samolotu. Pozostaje PolskiBus (odpowiednio wczesna rezerwacja to koszt 20 PLN w jedną stronę) lub pociąg. Podróż w obu przypadkach jest długa i męcząca. Ale cóż począć, gdy tak kocha się Pragę? Jakub wybrał czerwony bus i już na przystanku we Wrocławiu wiedział, że to nie była mądra decyzja. Chciał wysiąść i uciec na dworzec PKP by przyjechać do Warszawy pozornie wygodniejszym pociągiem. Pozornie, bo ten również telepie się do stolicy aż 5 godzin! Przynajmniej dworzec Metro Młociny wygląda reprezentacyjnie i połączone jest z nowocześnie wyglądającym metrem. Ocena dojazdu na 3 z plusem.

#2: jaka jest ta Warszawa?

Wyjście z metra w Centrum i od razu widok na Pałac Kultury i warszawski Manhattan. Stanie i wpatrywanie się we wspomniane budowle przez dziesięć minut przyprawiało mnie o mdłości. No, ale cóż skoro „w Pradze my tego nie mamy”. Jak się później okazało Kuby nie interesuje odbudowana pieczołowicie po wojnie starówka: gdy mieszka się w centrum Pragi tego typu zabudowę ma się na co dzień.

„Praga jest jak skansen zorganizowany jedynie dla rzeczy turystów. Tutaj normalni ludzie nie mają czego szukać – jest to jak wesołe miasteczko, które kręci się szlakami od Vaclavaka przez Most Karola i Hradczany. Ludzie niczym zombie idą beznamiętnie tym szlakiem zahaczając o sklepiki i kawiarnie, które nie są w czeskich rękach i ani korona nie skapnie z tego dla Czechów. A poza tym i tak żadnego normalnego czeskiego przedsiębiorcę nie stać by płacić tak nieludzkie stawki za wynajem przy tym turystycznym trakcie”.


„Warszawa mi się podoba – macie tutaj taki specyficzny nieład i chaos. Nic nie jest zorganizowane, wszystko się zaprzecza i wyklucza. Tunele nie łączą się ze sobą, chodniki kończą się ślepo. Tutaj trzeba nauczyć się żyć. Ale z racji tego, że to wszystko jest inne niż w Pradze czy Wiedniu, właśnie dlatego mi się podoba”.

Trzy godziny później na „patelni” w godzinie największego szczytu:

„Boże, jak można tak łazić i krążyć przez te tunele, tu nawet przejść się nie da. I wciąż są czerwone światła, nawet autobus nie jedzie płynnie. Nie wspominając już o SKM, która szybkość ma tylko w nazwie”. Warszawa to stan umysłu.

#3: zwiedzanie

Co pokazać Czechowi skoro nie mamy hospudek (zamiast tego bary mleczne, które w Czechach nazywane są jidelnami), taniego piwa („Wy Polacy musicie napić się w domu, bo nikt normalny nie wyda 10 PLN za pół litra piwa w knajpie”), a stare miasto i inne zabytki go nie interesują? Oto jest pytanie. Okazało się, że najbardziej przyciąga to, czego już nie ma. Pawiak, tereny byłego getta i mury, które po nim pozostały to był hit tego wyjazdu. Na ul. Chłodnej historia sama wychodzi z ulic (dosłownie). Nie sądziłem, że mi również tak się to będzie podobać.

Podczas zwiedzania (spacery ulicami i oczywiście jazda kochanym ZTM) okazało się, że warszawiaków można podzielić na dwie grupy: „przesadnie wylaszczona młodzież” i „starsi wyglądający jak robole czy żule ubrani bez gustu i pojęcia”. Patrząc na ilość słoików w Warszawie można by wręcz powiedzieć, że był to nawet przekrój polskiego społeczeństwa! Wspomniałem, że tak samo wyglądają ludzie w Ostrawie – „Ostrawa to jeszcze inna bajka”. Ciężko nie przyznać „Kubovi” racji.

10384102_10204041375389038_6128960617415942101_n

#4: clubbing

Wspomniany przekrój polskiego społeczeństwa najlepiej podkreśla sytuacja zastana w warszawskich klubach: tutaj są miejsca dla zapatrzonych w siebie lanserów oraz z drugiej strony swojskiej grupy młodych fanów disco-polo z szerokimi karkami. Nie ważne gdzie wylądujesz – pijany będziesz tak samo. To, że Polacy piją wódkę na umór jest chyba najgorszym przykładem naszej kultury picia. Trzymanie się ścian i łapanie się podłogi to najłagodniejsze z zachowań. Trzeba mieć oczy dookoła głowy.

#5: duma narodowa

Najciekawsze na koniec. Nie jeden raz słyszałem, że Czesi to tchórze, nic sobą nie reprezentują. Najlepiej jest „wpuścić” Czecha w towarzystwo na domówce, krzyknąć od progu: „Uwaga, to Czech” i czekać, aż zwierzyna rzuci się na przynętę. Ilość stereotypowych opinii jaka padnie na temat Czechów w ciągu minuty przyprawia o łysienie. A zwłaszcza mężczyznom nie jest ono wskazane. Nie mogłem tego słuchać, postanowiłem się napić. Tym większe było moje zdziwienie, gdy Jakub stwierdził, że on Czechem nie jest, a jedynie na terenie Czech się urodził. To fakt, nie zawsze dla wszystkich narodowość określa miejsce urodzenia… To tak jest, że jeden Czech nie ma dobrej opinii o drugim Czechu. Tak samo jest zresztą z Polakami – w tej materii akurat niczym się nie różnimy. Czarę goryczy przelały jednak „obchody” święta 11 listopada w Polsce – tak bardzo nie chciałem, aby Kuba zobaczył te wzajemne obrzucanie się płytą chodnikową, że nakazałem mu opuścić Warszawę już o 7:00 tegoż dnia. Nich Polacy obrzucają się co najwyżej wyzwiskami, a płyty chodnikowe i wiaty przystankowe zostawią w spokoju. Nawet jeśli czyniła to grupa 200 kiboli, nie robi to nam, Polakom dobrej opinii wśród gości zza granicy.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑