Sudety, czyli kiedy Czechy przestają być Czechami | recenzja książki „Sudety. Raj utracony”

Są książki, które czyta się dla fabuły. Są takie, które czyta się dla języka. I są takie, które zmieniają sposób patrzenia przez okno pociągu. „Sudety. Raj utracony. Opowieści z czesko-niemieckiego pogranicza” należy właśnie do tej ostatniej kategorii. Po tej lekturze zwykła podróż przez czeskie pogranicze przestaje być tylko podróżą – staje się spotkaniem z miejscami, które pamiętają więcej, niż są gotowe opowiedzieć.

Sudety, czyli kiedy Czechy przestają być Czechami

Zdarza mi się wracać pamięcią do pierwszych wyjazdów w Sudety – jeszcze zanim wiedziałam, że to, co widzę za oknem, ma swoją historię. Góry, lasy, miasteczka, knedliki, browary, kapliczki i ten charakterystyczny krajobraz, w którym po pięciu minutach jazdy zaczynam podejrzewać, że za najbliższym zakrętem znajduje się albo piękny zamek, albo bardzo przeciętna restauracja z napisem hotová jídla. Kocham to pogranicze bezwarunkowo. Ale ono nie pozwala mi być bezrefleksyjną czechofilką.

Bo kiedy już zachwycę się kolejnym miasteczkiem, kolejną stacją, która wygląda tak, jakby ostatni remont przeprowadzono za monarchii austro-węgierskiej, prędzej czy później przypominam sobie, że pod tym wszystkim kryje się historia. I że nie każda jej warstwa jest czeska.

Dlatego z dużą ciekawością sięgnęłam po „Sudety. Raj utracony. Opowieści z czesko-niemieckiego pogranicza” – antologię, która wpisuje się w coraz silniejszy w czeskiej kulturze nurt opowiadania o pograniczu nie przez daty i traktaty, lecz przez zwykłych ludzi. Tych, którzy po prostu chcieli tam żyć.

„Raj utracony”, czyli ostrożnie z tym rajem

Tytuł jest przewrotny, i dobrze, bo jeśli wierzyć historii, w przedwojennych Sudetach Czesi i Niemcy nie siedzieli sobie zgodnie przy piwie, spierając się, co lepsze – pilsner czy lager. Historia nie jest czeską reklamą piwa i nie musi kończyć się przyjemnym posmakiem.

I właśnie to najbardziej cenię w tej antologii: autorki i autorzy nie budują mitu utraconej idylli. Piszą o świecie prawdziwym, w którym ludzie kochają, pracują, zazdroszczą, wychowują dzieci, popełniają błędy – i nagle orientują się, że wielka historia weszła im do domu.

W czeskiej kulturze nostalgia bywa niemal sportem narodowym – Czesi potrafią tęsknić za Austro-Węgrami, pierwszą republiką czy zamkniętą gospodą sprzed lat, nawet jeśli te czasy wcale nie były aż tak dobre. Ta książka też jest nostalgiczna. Na szczęście nie jest przy tym sentymentalna.

Přepište dějiny w wersji literackiej

Nieprzypadkowo tom otwierają Martin Groman i Michal Stehlík, twórcy podcastu Přepište dějiny. Kto go słuchał, wie, że powtarzają jedno: historia jest znacznie bardziej skomplikowana, niż chcielibyśmy wierzyć.

To samo robią autorki i autorzy kolejnych opowiadań. Najpierw wielka historia – granice, państwa, narodowości, wysiedlenia. A potem okazuje się, że najważniejsze jest to, czy ktoś zdąży wrócić do domu, uratować gospodarstwo albo powiedzieć bliskiej osobie, że ją kocha.

Cenię takie opowiadanie historii – bez rozliczania i bez wybielania, w którym Czesi nie są wyłącznie ofiarami, Niemcy nie są wyłącznie oprawcami, a człowiek pozostaje po prostu człowiekiem, często zagubionym i bezradnym wobec wydarzeń, na które nie miał żadnego wpływu. Trochę brakuje tego typu narracji w Polsce, więc tym bardziej zachęcam do przeczytania jak do tego tematu podchodzą Czesi.

Ta książka najlepiej smakuje w pociągu

Ta lektura sprawiła mi jeszcze jedną niespodziankę. To jedna z tych książek, które najlepiej czyta się w pociągu. Za oknem przesuwają się niewielkie stacyjki, stare fabryki, opuszczone domy, sady i miejscowości, w których czas płynie odrobinę wolniej. Czytałam kolejne opowiadania i co chwilę odrywałam wzrok od stron – bo świat opisany przez autorów wcale nie był tak odległy. Historia przestawała być datą z podręcznika, a stawała się krajobrazem za szybą wagonu.

To jedna z tych lektur, które zmieniają sposób patrzenia na krajobraz, i chyba właśnie dlatego poleciłabym ją każdemu, kto wybiera się do Czech koleją.

Dziesięć opowiadań, dziesięć spojrzeń

W antologii znalazły się teksty między innymi Jaroslava Rudiša, Kateřiny Tučkovej, Petry Dvořákovej, Jakuby Katalpy czy Michaeli Klevisovej. Każde jest inne i właściwie każde zasługuje na osobne omówienie. Mnie najbardziej zapadły w pamięć dwa.

Pierwsze – „Oh Gott, ale szczapa” Petry Dvořákovej– ma w sobie wszystko to, za co lubię czeską literaturę: humor, czułość, absurd i poetyckość ukrytą w rzeczach zupełnie zwyczajnych. Nie pamiętam, kiedy ostatnio z takim uśmiechem czytałam opis kobiecych pośladków porównanych do Mont Blanc. Brzmi absurdalnie, ale w takich momentach przypomina mi się Hrabal – bo tylko literatura tego rodzaju potrafi jednocześnie rozbawić i napisać o ludzkim ciele z ogromną czułością. To spojrzenie na człowieka pełne życzliwości, nie żart dla samego żartu.

Drugie – „Sezon na raki” Kateřiny Tučkovej– jest znacznie cichsze i bardziej melancholijne. To opowieść o przemijaniu i o tym, że pewnych rzeczy po prostu nie da się odwrócić. Nie cofniemy czasu, nie odbudujemy świata sprzed wojny, nie przywrócimy dawnych mieszkańców ich domom. Od kilku dni wraca do mnie jedno zdanie – o tym, że najwyższy czas, żeby stare raki wróciły do domu. Nie potrafię go wyrzucić z głowy, bo przecież ono wcale nie mówi tylko o rakach.

Najbardziej sudecka jest pamięć

Czytając tę książkę, wracałam myślami do własnych podróży po czeskim pograniczu – do starych cmentarzy, kapliczek stojących samotnie przy drogach, sadów, które owocują, choć nikt już nie pamięta, kto je sadził, domów, które zmieniły mieszkańców, ale nie krajobraz.

W czeskich recenzjach tej antologii często podkreślano rolę krajobrazu jako niemego świadka historii i trudno się z tym nie zgodzić. Bo w Sudetach bardzo szybko dochodzi się do wniosku, że krajobraz ma lepszą pamięć niż ludzie. Trawa rośnie, drzewa owocują, mury stoją. A ludzie odchodzą, zmieniają język, zmieniają obywatelstwo, znikają. I tylko czasem ktoś zatrzyma się przy starej kapliczce i pomyśli: „ładnie tutaj” – nie wiedząc, że pod tą urodą kryje się historia, której nie da się opowiedzieć jednym zdaniem.

Wydanie, które też chce się trzymać w rękach

Na koniec słowo o samej książce jako przedmiocie, bo w tym przypadku forma naprawdę potęguje przyjemność czytania. To jedna z najpiękniej wydanych pozycji, jakie ostatnio trzymałam w rękach.

Ogromna w tym zasługa ilustracji Jaromíra 99. Nie są jedynie ozdobnikami między tekstami – ich oszczędna kreska, inspirowana archiwalnymi fotografiami i stylem znanym z Alois Nebel, świetnie współgra z atmosferą pogranicza. Są trochę surowe, trochę nostalgiczne, i podobnie jak same opowiadania zostawiają miejsce na własną wyobraźnię. Do tego papier, typografia, starannie zaprojektowana okładka – i drobiazg, który mnie szczególnie ucieszył, czyli tasiemka. Niby nic, a w polskich wydaniach wciąż rzadkość. Nie trzeba wkładać między strony paragonu czy biletu kolejowego, wystarczy ją przesunąć.

Powiem coś, czego nie mówię często: czytanie „Sudetów. Raju utraconego” na czytniku odbiera, moim zdaniem, przynajmniej połowę przyjemności. Historia zostaje ta sama, ale tracimy ilustracje, fakturę papieru i tę zwykłą satysfakcję z przesuwania tasiemki po kolejnych rozdziałach. Warto sięgnąć po wersję papierową.

Czy polecam?

Bardzo – i nie dlatego, że to kolejna książka o Czechach, ale dlatego, że przypomina, iż nie ma nic bardziej podejrzanego niż historia opowiedziana zbyt prosto. Po jej lekturze trudniej patrzeć na czeskie pogranicze wyłącznie jak na malowniczy cel weekendowej wycieczki.

Najlepiej zabrać ją do pociągu jadącego przez Czechy. Czytać powoli. Od czasu do czasu podnosić wzrok znad książki i sprawdzać, czy świat z opowiadań przypadkiem nie przesuwa się właśnie za oknem wagonu. Bo być może właśnie wtedy najłatwiej zrozumieć, że Sudety nie są rajem utraconym. Są pamięcią, która wciąż trwa w krajobrazie. Trzeba tylko nauczyć się ją dostrzegać.

Autorka: Dorota Chmielewska

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑